Przez jedną, ulotną chwilę Michael
poczuł się jak zdrajca. Zamarł w bezruchu, gorączkowo analizując każde słowo,
które przed momentem opuściło jego usta. Czyżby zdradził Jamesa? Nie, to
niemożliwe. Przecież bardzo pilnował się, by nie chlapnąć niczym, co powinno
pozostać tajemnicą. Odetchnął z wyraźną ulgą, chowając dłonie za plecami i
splatając mocno palce. Uniósł się lekko na palcach, a następnie opadł na pięty,
powtarzając ten ruch bezwiednie i kiwając się przy tym niczym skarcona
uczennica pierwszej klasy.
— Rage, czy ja ci kiedykolwiek
powiedziałem, że on jest gejem? Przepraszam, jeśli moja radość tak bardzo cię
denerwuje, ale...
Słowa uwięzły mu w gardle. Dorian
wyciągnął z kieszeni swój telefon i bez słowa wręczył go aktorowi, po czym
całkowicie zignorował pisarza, przenosząc całą swoją uwagę z powrotem na
jasnowłosego przyjaciela.
— Oj, młody... — zaczął malarz, kręcąc z
niedowierzaniem głową. — Należy ci się solidna zjebka za opuszczenie zajęć. Ale
jak patrzę na ciebie z tą miną cierpiącej dziewicy...
Uśmiechnął się szeroko i — dokładnie w
ten sam sposób, co James niedługo wcześniej, o czym oczywiście nie mógł mieć
pojęcia — mocno potargał blond czuprynę tancerza. W jego spojrzeniu kryła się
czysta, braterska czułość.
— Jak babcię kocham, nie pamiętam, kiedy
ostatnio widziałem cię aż tak radosnego.
Nie czekając na odpowiedź, przyciągnął
Michaela do siebie, przerywając jego nerwowy taniec. Przytulił go z całych sił,
a gdy go wypuszczał, złożył na jego czole głośny, ojcowski pocałunek.
— Masz wielkie szczęście, że jesteś
cały. Tylko nie myśl, że na tym koniec. Jak tylko do ciebie wpadnę, opowiesz mi
wszystko ze szczegółami, minuta po minucie — zapowiedział, czochrając go po raz
ostatni, po czym odwrócił się, by spojrzeć na Rage'a.
Pisarz był jednak zbyt zajęty obsługą
cudzego telefonu, by zwracać uwagę na czułości, jakie Dorian serwował
Michaelowi. Przyłożył aparat do ucha, a gdy tylko usłyszał sygnał łączenia,
odwrócił się na pięcie i odszedł kilka kroków w stronę zaparkowanego wozu.
Oparł się o chłodną blachę i dopiero wtedy przeniósł wzrok na malarza,
uśmiechając się do niego miękko, z dystansu.
— Cześć, Jamie. Dzwonię od Doriana,
dlatego nie znasz numeru — zaczął swobodnie. — Nie miałbyś nic przeciwko,
żebyśmy wpadli do ciebie na chwilę? Nie, nie martw się. Tylko ja i on.
Zrobił dłuższą pauzę, najwyraźniej
słuchając zawiłych tłumaczeń przyjaciela. Uśmiech nie schodził jednak z jego
twarzy. Postukał butem o chodnik, po czym w zamyśleniu spojrzał w niebo i cicho
westchnął.
— Dobrze. To nastaw wodę, będziemy
niedługo. Chcę mocną kawę. Tę najlepszą, jaką potrafisz zrobić, bo czuję się
absolutnie skonany. Do zobaczenia.
Zakończył połączenie, odbił się od maski
samochodu i podszedł do czekającej dwójki. Dał im wystarczająco dużo czasu na
powitania i czułości, których i tak nie widział; teraz nadeszła jego kolej na
spotkanie z przyjacielem. Wyciągnął rękę, oddając aparat Dorianowi.
— Dziękuję. Możemy jechać. Jamie czeka
na nas z kawą i ciastem — poinformował ich obu, choć jechać zamierzał wyłącznie
z fotografem. W duchu żywił szczerą, głęboką i niezbyt chwalebną nadzieję, że
Michael nie wpadnie na genialny pomysł, by dołączyć do ich spotkania.
I oczywiście, że Michael miał na to
ogromną ochotę. Aż go nosiło, by znów zobaczyć się z Jamesem. Jednakże szybko
zrezygnował. Zbyt dobrze wyczuwał lodowate nastawienie Rage'a do swojej osoby,
by ryzykować. Nie miał najmniejszego zamiaru narażać się temu groźnemu,
powściągliwemu facetowi.
Posłał mu oszałamiający, pozbawiony cienia
żalu uśmiech i pierwszy wyciągnął do niego dłoń na pożegnanie, ubiegając
jakąkolwiek reakcję Doriana.
— Do zobaczenia w takim razie.
Pozdrówcie ode mnie Jamesa i jeszcze raz podziękujcie mu za uratowanie mi dnia —
wyrecytował z niezwykłą, aktorską lekkością.
Mogłoby się wydawać, że wizyta u
"wybawiciela" absolutnie go nie interesuje. Jednak w jego głowie
szalało tornado. Był potwornie zdenerwowany. Spodziewał się gradu ciężkich
pytań od Doriana, gdy tylko ten wróci do domu, więc już teraz zaczął gorączkowo
układać sobie w myślach bezpieczne wersje odpowiedzi.
Malarz przyjął nagły spokój Michaela z
lekką rezerwą, ale pożegnał się z nim ciepło. Po odebraniu od Rage'a telefonu i
wsunięciu go do kieszeni, w milczeniu skierował się do samochodu.
Rage zajął miejsce pasażera. W kabinie
zapadła cisza. Dorian milczał, uruchamiając silnik. Miał mnóstwo do
przemyślenia. Potrzebował chwili spokoju, ale równie mocno potrzebował rozmowy
z tajemniczym, nowym opiekunem Michaela, by wreszcie ułożyć sobie w głowie kompletny
obraz sytuacji.
— Nie podoba mi się to — stwierdził
nagle Rage, gdy tylko wyjechali na ulicę. — Twój przyjaciel nazbyt wiele sobie
wyobraża. Widzę to jak na dłoni.
Zabrzmiał odrobinę jak przewrażliwiona,
zazdrosna panna, ale w tym momencie zupełnie go to nie obchodziło. Sam nie
wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć i jak powinien zareagować. Na dodatek
miał graniczące z pewnością przeczucie, że usłyszy od Jamesa standardową, męską
śpiewkę: „Nic się nie działo, było po prostu miło, jak na zwykłym spotkaniu
kumpelskim”. Przeniósł wzrok na Doriana i wbił w niego nachalne, badawcze
spojrzenie.
— Co o tym sądzisz? — zapytał z
wyczuwalnym niepokojem.
Chciał, by chłopak był z nim brutalnie
szczery. Martwił się. Nie o Michaela, rzecz jasna, ale o Jamesa. Dlatego każdy,
nawet najostrzejszy osąd dotyczący małego, upierdliwego blondynka był gotów
przyjąć ze stoickim spokojem. Zresztą, swoje zdanie na jego temat zdążył już
jasno wyrazić. Nie ukrywał, że chłopak drażni go do granic możliwości. I
drażniłby go równie mocno, nawet gdyby Dorian nie istniał.
— James mieszka na strzeżonym osiedlu w
szklanych wieżowcach — dodał pospiesznie, gdy tylko zorientował się, że malarz
krąży bez celu, nie mając pojęcia, dokąd jechać.
Dorian słuchał go w milczeniu.
Cierpliwie znosił tę tyradę, czekając, aż chłopak wreszcie wyrzuci z siebie
wszystko i łaskawie wskaże mu kierunek. Gdy tylko padła nazwa osiedla,
uśmiechnął się pod nosem i pewnie skręcił kierownicą. Musiał skupić się na
miejskim ruchu, więc tylko rzadko zerkał na pasażera.
— Wiesz, nie podejrzewam, by oczekiwania
Michaela miały tu jakiekolwiek szanse na przetrwanie. On tak ma. Zawsze. Kiedy
tylko poznaje kogoś, kto potraktuje go odrobinę lepiej niż reszta, zapala się
do nowej znajomości jak ognisko z suchego siana. I, dzięki Bogu, równie szybko
gaśnie, bo większość tych jego "idealnych przyjaciół" okazuje się
ostatecznie skończonymi dupkami — wyjaśnił spokojnie Dorian. Wzruszył
lekceważąco ramionami. Nauczył się nie przejmować słomianym zapałem blondyna. —
Wyciągnę z niego wszystkie szczegóły wieczorem, przy filmie i coli. To gdzie
teraz? I przestań się tak trząść o tego swojego przyjaciela. Michaś jest po
prostu naiwnym, zbyt szybko obdarzającym ludzi sympatią chłopaczkiem. Chcesz?
Zrobię to dla ciebie i wybiję mu Jamesa z głowy.
— Żadnego wybijania — uciął ostro Rage,
wskazując palcem bramę wjazdową i stróżówkę luksusowego osiedla.
To nie zazdrość nim kierowała. Ani w
stosunku do Doriana, ani Jamesa. Dręczyło go coś zupełnie innego,
niepokojącego, choć sam jeszcze nie potrafił ubrać tego w słowa.
— Poza tym, James nie jest dupkiem.
Wiem, że go nie znasz i nie masz podstaw do oceny, ale zaufaj mi: nie zrobi
krzywdy Michaelowi. A dla mnie jest... po prostu idealnym przyjacielem — dodał
ciszej, wzdychając z ciężkim sercem.
Spojrzał przez szybę na znajomą budkę
strażnika, gładki beton podjazdu i oszklone, przyciemniane wieżowce odbijające
słońce. Dawno tu nie był. Zazwyczaj to James przychodził do jego zagraconego,
blokowego mieszkania, by mogli w spokoju porozmawiać. Rage nie potrafił znieść
obecności ojca fotografa — dyrektora uczelni, który swoim irytującym optymizmem
i radością życia zbytnio przypominał mu Michaela.
Opuścił szybę, gdy tylko Dorian
zatrzymał wóz przed opuszczonym szlabanem.
— My do Jamesa. Czeka na nas — mruknął
do strażnika.
Mężczyzna w mundurze, który doskonale
znał pisarza, na jego widok dosłownie spłonął rumieńcem. Bez słowa nacisnął
guzik, otwierając przejazd.
— Zatrzymaj się przed drugim budynkiem.
Boy parkingowy odprowadzi ci samochód do garażu podziemnego — poinstruował
malarza.
— Weź się w końcu zdecyduj, dobrze? Raz
ci przeszkadza, raz nie — rzucił Dorian z nutą irytacji. — Michael to dorosły
człowiek. Zasługuje na to, by żyć po swojemu i popełniać własne błędy. Nie
podoba ci się jego towarzystwo? Trudno. Postaram się, by wasze ścieżki
przecinały się jak najrzadziej. Ale błagam cię, pozwól, by dla mnie pozostał
przyjacielem — dokładnie tak samo, jak James dla ciebie. Po prostu zaciśnij
zęby i przestań marudzić.
Zamilkł. Pozwolił Rage'owi na
przeprowadzenie krótkiej wymiany zdań ze strażnikiem, a następnie ruszył powoli
we wskazane miejsce. Miał jeszcze na końcu języka kilka cierpkich słów, ale
milczał. Nie uważał, by obcy ludzie obsługujący podjazd byli odpowiednią
widownią dla ich prywatnych, napiętych dyskusji.
Rage nie odpowiedział. Jedyne, na co
było go w tej chwili stać, to zdawkowe i dość chłodne „mhm”. Czuł się potwornie
nieswojo na samą myśl, że Dorian za kilkadziesiąt sekund stanie twarzą w twarz
z Jamesem. Zagryzł wargę i czekał w milczeniu, aż malarz zatrzyma wóz, by móc
wreszcie wysiąść.
Sam nie wiedział, czego tak naprawdę w
tamtym momencie oczekiwał. Miał ochotę spotkać się z przyjacielem, a
jednocześnie chciał udowodnić malarzowi, że... no właśnie, że co? Tego nie
wiedział, a perspektywa spotkania w trójkę nagle przestała wydawać się dobrym
pomysłem.
Kiedy tylko wysiadł, wsunął ręce do
kieszeni i czekał, aż Dorian odda kluczyki młodemu, stanowczemu pracownikowi
osiedla, który z wyraźnym zapałem szykował się do odstawienia sportowego cacka
na podziemny parking. Pisarz wodził wzrokiem po malarzu, jakby spodziewał się
kolejnej tyrady i złotych rad, czując się przy tym coraz bardziej jak kompletny
kretyn.
Dorian rzucił kluczyki chłopakowi z
obsługi, posyłając mu w podziękowaniu rozbrajający, uroczy uśmiech. Nie
zamierzał go kokietować. Chłopak po prostu wydał mu się sympatyczny w swoim
służbistym zaangażowaniu, więc nie widział powodu, by odmawiać mu ludzkiej
życzliwości.
Ruszył za Ragem w stronę przeszklonego
wejścia do wieżowca, wsuwając dłonie głęboko w kieszenie spodni. Kiedy znaleźli
się w cichej, wyłożonej lustrami windzie, oparł się plecami o chłodną ścianę i
spojrzał na aktora tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.
— To jak będzie? — zaczął wolno. —
Postarasz się pozwolić innym na odrobinę własnego życia? Nie możesz z góry
zakładać, że ktoś jest dla kogoś zły, a ktoś dobry. Ciekawy jestem, co byś
powiedział, gdybym to ja z góry zjechał tego całego Jamesa, nawet go nie
znając, tylko dlatego, że Michaś się z nim spotkał. Przecież to czysta
hipokryzja, przyznaj sam.
Zamilkł. Miał dość prawienia morałów i
uznał, że chłopak powinien dostać chwilę na przemyślenia. Sam z kolei nie mógł doczekać
się konfrontacji. Był piekielnie ciekaw, jakiego to nowego „Super Przyjaciela”
znalazł sobie w przerwie między zajęciami Michael.
— Możesz coś dla mnie zrobić, zanim
wysiądziemy? — odezwał się nagle Rage.
Stanął na środku windy i wbił w malarza
wzrok jeszcze intensywniejszy niż na parkingu. W jego czarnych oczach doskonale
było widać szalejące myśli, goniące się w panice jak stado wściekłych psów.
Ręce trzymał opuszczone wzdłuż ciała, ale nie garbił się i nie wyglądał na
spłoszonego.
Dorian miał całkowitą rację.
Niepotrzebnie przejmował się tym wszystkim aż do tego stopnia. Nie był przecież
jasnowidzem, a jedyne, co nim w tej chwili kierowało, to mroczne, niejasne
przeczucia względem całej tej poplątanej sytuacji.
— Słucham — odparł spokojnie Dorian.
Nie ruszył się od ściany. Nie miał
zamiaru. Jego dłonie nadal tkwiły głęboko w kieszeniach, co skutecznie trzymało
je z dala od ciała chłopaka. Rage chciał przecież zachować dystans, prawda?
Zakomunikował to nader wyraźnie, gdy wysiadali pod domem Michaela. Dorian
potrafił doskonale kodować takie granice i starał się ich przestrzegać.
Zmierzył aktora powolnym, badawczym spojrzeniem z góry na dół. Czekał na jego
słowa z dziwnym przeczuciem, że za chwilę chłopak wypali z czymś całkowicie
irracjonalnym.
— Przytul mnie.
Wypowiedział te dwa słowa bez cienia
zawahania, robiąc krok w stronę Doriana. Nie wykonał jednak żadnego innego
ruchu, by przyspieszyć fizyczny kontakt. Prosił o coś do bólu prozaicznego —
nie o dziki seks w windzie, nie o namiętny pocałunek, choć zaledwie pół godziny
wcześniej ich ciała płonęły z pożądania. Patrzył Dorianowi głęboko w oczy. Na
jego twarzy nie było ani uśmiechu, ani grymasu smutku. Był absolutnie opanowany
i z tym opanowaniem czekał, aż jego prośba zostanie spełniona. Potrzebował tego
tu i teraz. Kotwicy.
Dorian musiałby być wyzbytym z uczuć
potworem, by mu odmówić. Ten drażniący go chłopak zdążył stać mu się na tyle
bliski, że malarz nie potrafił obrócić tej prośby w żart ani okazać mu chłodu,
widząc, że Rage po prostu potrzebuje odrobiny bezpieczeństwa i upewnienia, że
świat wcale się nie wali.
Odepchnął się od ściany, podszedł do
chłopaka i zamknął go w mocnym, ramiennym, na wskroś przyjacielskim uścisku,
pozbawionym jakiegokolwiek seksualnego podtekstu.
— To ciągłe zamartwianie się zabija w
tobie ludzkie odruchy, wiesz? — zamruczał miękko wprost do jego ucha.
Tylko mruknął. Nie pocałował go. Nie
prowokował. Wyczuwał, że Rage nie ma teraz przestrzeni na takie gesty, więc nie
przekraczał wyznaczonej granicy.
Kiedy winda zatrzymała się na
odpowiednim piętrze z cichym sygnałem dźwiękowym, uwolnił chłopaka z objęć i
ponownie wsunął dłonie do kieszeni. Z lekkim, pokrzepiającym uśmiechem czekał,
aż pisarz pierwszy przekroczy próg i poprowadzi go na to wiekopomne spotkanie.
Rage czuł, że mógłby stać w tym uścisku znacznie
dłużej. Ten czysty, przyjacielski gest wcale nie pomógł mu tak bardzo, jak
naiwnie zakładał. Milcząc, potwierdził słowa Doriana skinieniem głowy i ruszył
przed siebie korytarzem. Skierował się do jedynych drzwi znajdujących się na
tym piętrze — potężnych, fornirowanych drzwi prowadzących do apartamentu
Jamesa.
Nie było tu wylewnego komitetu
powitalnego, jak w przypadku wizyty u Michaela. James nie stał w progu z
otwartymi ramionami. Rage musiał zadzwonić.
Dopiero po chwili z głębi mieszkania
dobiegły ich pospieszne kroki. Zamki odskoczyły, a drzwi otwarły się szeroko.
Stanął w nich wysoki, dobrze zbudowany
blondyn. Fizycznie stanowił całkowite przeciwieństwo drobnego, rozchichotanego
tancerza. Do ich nosów natychmiast dotarł intensywny zapach świeżo mielonej,
parzonej kawy. James uśmiechał się, co dla pisarza było sygnałem uspokajającym,
nawet pomimo braku euforycznej radości.
— Kawa prawie wam wystygła — rzucił na
powitanie i odsunął się, przepuszczając Rage'a. Pisarz bez wahania zniknął w
głębi przestronnego przedpokoju.
Z Dorianem James musiał jednak rozegrać
oficjalne starcie. Mijanie się z obojętnością na uczelnianych korytarzach i
ignorowanie szkolnych plotek to jedno, ale wejście na własne terytorium
wymagało twardych, męskich zasad. Fotograf odsunął się od drzwi, robiąc
malarzowi miejsce, i wyciągnął w jego stronę dużą dłoń, wciąż posyłając mu
badawczy, choć przyjazny uśmiech.
Dorian skinął głową z chłodnym
szacunkiem. Nie oczekiwał fanfar ani czerwonego dywanu, więc powitanie uznał za
naturalne. Przekroczył próg i bez wahania uścisnął wyciągniętą dłoń,
potrząsając nią pewnie i mocno.
— Dorian. Nie wiem, jak to się dalej
ułoży, ale póki co — miło mi cię wreszcie poznać osobiście — powiedział.
Znał tego faceta z widzenia, to fakt,
ale nie przypominał sobie, by kiedykolwiek weszli sobie w drogę. Przyglądał się
Jamesowi uważnie, z nieskrywanym zainteresowaniem. Chciał wyrobić sobie własne
zdanie, zanim wyda ostateczny wyrok, a do tego musiał go najpierw wysłuchać i
skonfrontować z jego wersją dzisiejszych wydarzeń. Na twarzy malarza błąkał się
uprzejmy, choć czujny uśmiech. Nie miał przecież powodu, by pałać do niego
nienawiścią. Wyznawał prostą zasadę: albo daje się ludziom szansę, by się
poznać, albo uderza na nich z podrywem i sprawdza, z jakiej gliny są ulepieni.
A ten tu wydawał się normalnym,
rozsądnym, twardo stąpającym po ziemi facetem. Dokładnie z takich ludzi
rekrutowali się najlepsi kumple.
— James, ale to już pewnie doskonale
wiesz.
Fotograf uśmiechnął się szerzej,
wskazując wolną dłonią na otwartą przestrzeń nowoczesnego salonu.
Rage zdążył już opanować kanapę i, co
ważniejsze, zagarnąć dla siebie jeden z kubków z parującą kawą, której tak
rozpaczliwie potrzebował jego otumaniony lekami organizm. Siedział cicho,
zafascynowany czarnym płynem i chłonąc jego aromat jak tlen.
— I nie, nie musisz zdejmować butów —
dodał pospiesznie James, widząc zerkającego na podłogę Doriana. Kompletne
zdezorientowanie Michaela w tej kwestii zaledwie godzinę wcześniej mocno go
rozbawiło, wolał więc uprzedzić kolejnego gościa, by nie psuł sobie tym głowy.
Zamknął za nimi drzwi, upewniając się,
że zamki kliknęły, i poczekał, aż Dorian zrzuci kurtkę i znajdzie dla siebie
wygodne miejsce. Sam skierował się z powrotem do strefy kuchennej, by
skompletować zastawę i dostarczyć im obiecane do kawy słodkości.
Przy okazji pozwolił Dorianowi — celowo
czy nie — dokładnie zlustrować swoją sylwetkę. Po wyjściu Michaela zdążył wziąć
szybki prysznic, zmienić przepoconą koszulkę i nieco ujarzmić sterczące we
wszystkie strony blond włosy. Wrócił do salonu z dużym, ceramicznym talerzem
pełnym pokrojonego ciasta. Postawił go na środku szklanego stolika i z głuchym
stęknięciem opadł na wolny, skórzany fotel. Zapiął zielone, bystre spojrzenie
na twarzy malarza.
— No, więc? Co was sprowadza w moje
skromne progi? W dodatku razem? Bo jeśli chodzi o powody... — przygryzł wargę,
ledwo powstrzymując kpiący śmiech. — Dobrą nowinę już w zasadzie znam.
Rage, usłyszawszy to, brutalnie
zakrztusił się gorącą kawą i na ile tylko pozwalał mu kaszel, posłał
przyjacielowi mordercze, czarne spojrzenie.
Oczywiście, że Dorian zlustrował go
dokładnie, od stóp do głów, gdy ten szedł do kuchni po ciasto. Był wzrokowcem,
nie potrafił funkcjonować inaczej. Rozsiadł się na jednym z foteli i również
sięgnął po swój kubek. Kawa pachniała tak obłędnie, że zignorował fakt, iż
mogła być jeszcze za gorąca.
Słysząc pytanie Jamesa, nie odezwał się
natychmiast. Skoro pytanie teoretycznie było wymierzone w Rage'a, poczekał.
Obserwował dławiącego się pisarza w milczeniu, a gdy James napomknął o „dobrej
nowinie”, uśmiechnął się do wnętrza swojego kubka.
— Michael — rzucił krótko, przenosząc
rozbawiony wzrok to na jednego, to na drugiego. — Zgadłem? Michael i ta jego
nieposkromiona, absolutnie irytująca chęć uszczęśliwiania świata i egzaltowania
się dobrem bliźnich.
Pokręcił z rezygnacją głową, śmiejąc się
cicho, po czym upił solidny łyk. Jakoś w ogóle nie przeszkadzało mu to, że
James z całą pewnością wiedział już o wszystkim, co wydarzyło się między nim a
aktorem.
Rage milczał jak zaklęty. Wpatrywał się
to w Doriana, to w Jamesa, z twarzą pozbawioną wyrazu. Mimo to świadomość, że
James już wie i nie robi z tego afery, przyniosła mu gigantyczną, upragnioną
ulgę. Nareszcie miał pewność, że chociaż przed nim nie musi grać kolejnego
spektaklu.
— To bardzo fajny chłopak. Chociaż bywa,
że gada znacznie szybciej, niż myśli — stwierdził James, obracając w dłoniach
kubek. Zwracał się wyłącznie do Doriana. To on, zdaniem fotografa, miał prawo
być najbardziej ciekawy i zaniepokojony. — Bardzo miło spędziło mi się z nim
dzisiejsze południe. Pewnie jeszcze kiedyś wyciągnę go na miasto... O ile
oczywiście ty nie będziesz miał nic przeciwko temu, bo odniosłem silne
wrażenie, że w wielu kwestiach młody polega niemal wyłącznie na twojej opinii.
Był szczery. Tak, jak wspomniał
blondynowi w łazience — nie zamierzał przed nikim ukrywać, że bawił się
świetnie.
— A co do jego uszczęśliwiania świata...
jego entuzjazm bywa potwornie zaraźliwy. Odkąd wyszedł z tego mieszkania, łapię
się na tym, że nie mogę przestać się uśmiechać do samego siebie.
Dodał to cicho, podciągając nogi i
siadając w głębokim fotelu po turecku. Oparł zrelaksowane dłonie na kolanach.
Kawy nie pił; nie czuł już potrzeby kofeiny.
Taka opinia o Michaelu, i to z ust
najbliższego, rzekomo brutalnego przyjaciela Rage'a? To była naprawdę
odświeżająca odmiana. Dorian wyczuwalnie rozluźnił mięśnie ramion. Patrzył na
wciąż zestresowanego, ukrytego za kubkiem pisarza z nutą rozbawienia.
Biedaczysko, pewnie zaraz zejdzie na zawał. Skupił się jednak z powrotem na
Jamesie. Jego swobodny, wyzbyty z uprzedzeń stosunek do życia coraz bardziej
przypadał mu do gustu.
— Tak, wiem o tym doskonale — przyznał
malarz. — Znam go od dzieciaka. Za każdym razem, gdy wpadam w dołek, wystarczy
mi godzina w jego chaotycznym towarzystwie, żebym wrócił do żywych. Powiedz mi
tylko jedną, zasadniczą rzecz: nie narobisz sobie przez niego problemów u
swoich kolegów? Wiesz... jeśli cokolwiek się posypie, możesz na mnie liczyć. Te
dupki spod wydziału boją się ze mną zadzierać, i mają ku temu solidne powody.
To nie były puste słowa; deklaracja
pomocy była absolutnie autentyczna i poważna.
— A wiesz co ci powiem na ten temat?
Michael to wolny człowiek. Zdaję sobie sprawę, że ufa mi w stu procentach i
słucha moich rad, ale to wyłącznie jego sprawa, z kim i kiedy chce się
spotykać. Nie mam zamiaru ingerować w waszą świeżą znajomość — kontynuował
Dorian, twardo stawiając sprawę. — Jeśli go rozczarujesz, po prostu posklejam
go do kupy. Jeśli go skrzywdzisz, obiję ci mordę, że własny ojciec cię nie
pozna. Ale jeśli faktycznie będziecie się świetnie dogadywać i dobrze bawić...
będę się z tego tylko cieszył. Jasne?
— Wyjaśniłem mu już wprost: jeżeli moja
wesoła gromadka zacznie rzucać w naszą stronę przytykami, to będę wręcz skłonny
przyznać im rację. Zrobią ze mnie geja? W porządku. Zrobią ze mnie jego
chłopaka? Proszę bardzo, niech się bawią. Dam sobie z nimi radę. Poza tym dni
ich pobytu na uczelni są już policzone i wylecą stamtąd z hukiem, bo niestety,
Michael nie jest jedynym dzieciakiem, którego regularnie napadają i z którego
robią sobie tarczę strzelniczą — odpowiedział James.
Jego słowa brzmiały twardo i poważnie.
Nie spinał się; nie musiał ukrywać swoich prawdziwych uczuć. Zdążył już
wszystko przemyśleć i doszedł do chłodnego, racjonalnego wniosku, że bliskość
blondyna po prostu sprawia mu przyjemność. Jak wielką? Tego zamierzał się
dowiedzieć w swoim czasie.
— I uprzedzając groźby: nie mam zamiaru
go skrzywdzić. To chodząca, naiwna niewinność. Zresztą, ja z natury nie wydaję wyroków,
zanim sam się nie przekonam, jak jest naprawdę. Masz zresztą na kanapie na to
żywy dowód.
Wskazał dłonią na milczącego Rage'a i
uśmiechnął się do niego ciepło, uspokajająco. Następnie wstał z fotela powoli i
podszedł do kanapy. Usiadł obok pisarza i z zaskakującą, niewymuszoną lekkością
objął go ramieniem, przyciągając do siebie.
Rage drgnął, nie kryjąc szoku. James
nigdy wcześniej tego nie robił. Owszem, w zaciszu pokoju poklepywał go po
plecach, czasami przytulał, gdy świat pisarza walił się w gruzy, ale nigdy,
przenigdy nie okazywał mu fizycznego wsparcia w obecności osób trzecich,
zwłaszcza kogoś takiego jak Dorian.
James chciał mu tym prostym gestem przekazać jedną, fundamentalną rzecz: Nadal tu jestem. Chciał mu udowodnić, że mimo tego, że
być może wszedł na nową, nieznaną ścieżkę z Michaelem i będą spędzać ze sobą
mniej czasu, Rage wciąż był jego priorytetem.
Ta zszokowana, wielkooka mina Rage'a
podziałała na Doriana jak najlepszy gaz rozweselający. Obaj wyglądali tak,
jakby właśnie zostali przyłapani na czymś potwornie kompromitującym. Malarz nie
skomentował jednak tej nagłej czułości; nie chciał wpędzać pisarza w jeszcze
większe, niepotrzebne zakłopotanie.
— James, wydajesz się facetem, który ma
jaja na właściwym miejscu i doskonale wie, czego chce od życia. Nic mi do tego,
z kim i dlaczego spędzasz czas, więc... mamy układ — skwitował to ostatecznie.
Wzruszył szerokimi ramionami i opróżnił
kubek z kawą do dna. Odstawił ceramikę na ławę, po czym wreszcie sięgnął po
obiecany kawałek ciasta. Nie widział powodu, by odmawiać darmowych kalorii.
Wgryzł się w grubą warstwę masy, odruchowo przymykając oczy. Gładka, lodowata
tekstura i uderzenie cukru podziałały na jego zmysły kojąco.
— Cholernie dobre — wymamrotał z pełnymi
ustami, uśmiechając się przepraszająco.
Zamilkł. Nie zamierzał więcej strzępić
języka, gdy właśnie miał okazję w spokoju delektować się kulinarnym
arcydziełem.
— Czy ja wiem, czy zawsze wiem, czego
chcę? Szczerze mówiąc, w tej chwili nie za bardzo. A ciasto robiłem sam. —
James westchnął, pieszczotliwie tarmosząc ciemne włosy Rage'a. — Tak to bywa,
kiedy człowiek nudzi się sam w pustym apartamencie i wyczerpał już wszystkie
inne, produktywne opcje, by czymś zająć zręczne palce. I nawet nie pytaj, czym
jeszcze się zajmuję w wolnym czasie.
Opuścił ramię, uwalniając pisarza z
uścisku, by poprawić pozycję na głębokiej sofie i umościć się wygodniej.
Przesiadł się w taki sposób, by doskonale widzieć obu swoich gości.
— Mówiłem ci rano, żebyś tak nie
robił... — jęknął z rezygnacją Rage prosto w kubek, opierając się na krawędzi
ławy. Nie brzmiał na rozzłoszczonego, raczej na skrajnie zirytowanego rutyną.
Ile razy mógł powtarzać tę samą śpiewkę? Rozumiał dziwną fiksację Jamesa na
punkcie jego włosów, ale ten pieszczotliwy, ojcowski gest, wykonywany
całkowicie bez celu, działał mu na nerwy.
— Michaś wcale nie narzekał, a tobie
wizyta u dobrego fryzjera przydałaby się bardziej niż jemu — zaśmiał się głośno
blondyn. Posłał Dorianowi wymowne, porozumiewawcze spojrzenie. Według niego
Rage potrzebował nie tylko ostrego cięcia, ale generalnego remontu, który
doprowadziłby jego zrujnowany wizerunek do porządku.
Owszem, James nie był na tyle blisko, by
wyczytać z bladej twarzy przyjaciela te subtelne, zatarte już ślady głębokiego
spełnienia, jakiemu przed chwilą oddawał się w ramionach malarza. Widział
jednak coś znacznie gorszego — przerażające, wżerające się w oczy zmęczenie,
zwiastun powracającego na pełnych obrotach, depresyjnego epizodu.
James zawsze był człowiekiem boleśnie
szczerym. Typem, który mówi o wiele za dużo, nierzadko wyprzedzając własne
myśli, i nie zważa na to, czy sytuacja tego od niego wymaga. Dorian słuchał
jego wywodów z szerokim uśmiechem. Ten facet z każdą minutą przypadał mu do
gustu coraz bardziej. A fakt, że Rage obok siedział naburmuszony i — gdyby
tylko mógł — najchętniej udusiłby przyjaciela za tak swobodne, kompromitujące
zachowanie przed jego nowym kochankiem, wprawiał malarza w stan mściwej,
euforycznej wesołości.
— I widzisz, Rage? — zaczął Dorian,
opierając łokcie na kolanach. — Michael nie protestował ani razu, kiedy James
bawił się w stylistę fryzur. Dlaczego więc ty znowu robisz z tego aferę?
Malarz roześmiał się cicho, ale krótko.
Nie chciał wywoływać burzy w szklance wody o głupotę. Zwrócił się z powrotem do
fotografa:
— Masz moje oficjalne słowo, James, że
za okrągły tydzień nie poznasz tego człowieka. Osobiście zagonię go do
fryzjera, zmuszę go do odespania tych worów pod oczami i... mniejsza zresztą o
to, co mu jeszcze zafunduję, bo to i tak raczej cię ominie.
Zakończył to obiecujące przemówienie,
posyłając Rage'owi tak uwodzicielskie, bezwstydne spojrzenie, że w powietrzu aż
zaiskrzyło. Gdyby tylko James nie okupował kanapy, Dorian bez cienia
skrępowania zająłby miejsce tuż obok pisarza i, mimo jego otwartej niechęci do
takich pokazówek, wymierzyłby mu namiętny, długi pocałunek. A co mu zależało?
Rage zaszurał zębami tak mocno, że
dźwięk tarcia szkliwa rozniósł się po cichym salonie. I bynajmniej nie wynikało
to z faktu, że nie znosił wizyt u fryzjera czy miał opory przed odpoczynkiem.
To właśnie słowa Doriana, a zwłaszcza to bezczelnie urwane w połowie,
naładowane erotycznym podtekstem zdanie, sprawiły, że jego policzki zapłonęły
gwałtownym szkarłatem.
Gdyby rozmawiali w ten luźny,
prowokujący sposób przed południem na uczelni — zanim rozszarpali się nawzajem
z pożądania w mieszkaniu — przyjąłby te żarty z lodowatym opanowaniem. Ale
teraz, mając w pamięci każdy ruch dłoni Doriana na swoim nagim ciele, czuł się
całkowicie zdemaskowany. Przymknął oczy, by odciąć się od wizji, które właśnie
eksplodowały w jego umyśle.
— Nie mam nic przeciwko pójściu do
fryzjera. W zasadzie od dawna planowałem dłuższą wyprawę na zakupy. Nienawidzę
kręcenia się po galeriach, ale kończą mi się czyste rzeczy, więc to zrobię —
wycedził, mając na myśli konieczność wymiany połowy swojej garderoby. Jego
ubrania powoli zaczynały przypominać worki pokutne. Nigdy nie przejmował się
fasadą, ale czasami, w takich właśnie banalnych, prozaicznych momentach,
uświadamiał sobie z bólem, jak bardzo pozwolił sobie na zaniedbanie.
Opadł ciężko na oparcie, a po chwili bez
oporów zwalił głowę na ramię Jamesa, nie otwierając oczu.
— Po prostu fatalnie się czuję. Prawie w
ogóle nie spałem w nocy — mruknął cicho.
W jego głosie nie było jednak ani grama
użalania się nad sobą. Kofeina nie spełniła swojego zadania; zamiast go
pobudzić, jedynie uwypukliła potworne, ciągnące w dół fizyczne zmęczenie.
James automatycznie, opiekuńczo objął go
ramieniem, przyciągając jego ociężałe ciało do swojego boku. Z jego twarzy
zniknął jakikolwiek ślad rozbawienia; zapanowało na niej ciężkie, analityczne
zamyślenie.
— To jasne jak słońce. Położysz się u
mnie w sypialni, po prostu się prześpisz. Ja w tym czasie w spokoju pogadam
sobie z Dorianem. A kiedy wstaniesz... albo pojedziecie razem do ciebie, albo
sam odwiozę cię na osiedle. Albo zostaniesz u mnie na noc. Jak wolisz. Nie
widzę w tym najmniejszego problemu — zarządził łagodnie fotograf.
Delikatnym, uspokajającym ruchem
odgarnął nachalne kosmyki z czoła przyjaciela i przeniósł w pełni poważne,
oceniające spojrzenie na Doriana, jakby czekał na jego milczącą aprobatę.
Zanim ktokolwiek z nich zdążył się odezwać i skomentować ten nowy plan, salon wypełnił się miarowym, wyjątkowo donośnym chrapaniem wyczerpanego Rage'a.
Oni się jakoś licytują czy coś. Mam wrażenie, że to zawody kto kogo szybciej wyprowadzi z równowagi. Miziają się z przyjaciółmi na oczach swoich chłopaków. Mnie by normalnie szlag trafił. Ciekawe komu pierwszemu puszczą nerwy. Niech się pogodzą i umówią na seks grupowy. Toby było coś! He he jest już późno i lepiej przestanę bredzić bo jeszcze zdeprawuję jakąś niewinną duszyczkę.
OdpowiedzUsuńOkej, okej. Ja wiem, że w każdym związku muszą być zgrzyty, czy chłodniejsze chwile. Ale do cholery jasnej, nie tak wcześnie! Znaczy... pewnie ja to znów źle interpretuje, czy nad interpretuje, czy inne takie... mniejsza.
OdpowiedzUsuńOkej, wiemy już jak wygląda spotkanie w gronie : Dorian, Rage, Michael; Dorian, Rage, James... zostaje nam tylko czekać na spotkanie całej czwórki... oj może być ciekawie.
Rage jest bardziej zazdrosny o Doriana, niż odwrotnie. Albo ja mam tylko takie wrażenie, albo zależy od dnia i sytuacji...
Inna ta część mi się wydaje... Jakaś taka smutniejsza... Może to dlatego, że jakoś tak mi się udzielił nastrój Rage'a. Nie rozumiem, czemu Dorian tego nie widzi. Powinien coś z tym zrobić, bo biedak się kiedyś wykończy. No, ewentualnie muszą po seksie chodzić spać.
Nie pozostaje póki co nic innego, jak tylko czekać na rozmowę Dorian - James. A potem Dorian - Michael i Rage - James. No i oczywiście dalszej akcji!
A mnie się podoba to mizianie. Ono jest tylko takie przyjacielskie. Widać bliskość jaka łączy Michasia z Dorianem i Ragea z Jamesem. To jest takie platoniczne coś pomiędzy nimi. I nie oszukujmy się żaden hetero by tak nie przytulał swego przyjaciela, nie całował w czoło, policzek i nie czochrał włosów.
OdpowiedzUsuńA i nastrój Ragea i mi się udzielił. Nie wiem co się z nim dzieję, ale fajna jest tak tajemnica i można się domyślać o co chodzi.
A James i Dorian mogą się dogadać. Zwłaszcza, że obaj chcą dla pozostałych dwóch chłopaków, aby było dobrze. By się wspaniale czuli itd.
I co mi się u Was podoba, to to, że dodajecie tak często rozdziały. :DD
Miziają się za bardzo jak na mój gust, ale może tak ma być. Dobrze że James i Dorian się dogadali, bo tego można się było obawiać. Może niech Dorian posmakuje swojej medycyny i też będzie zazdrosny, bo jak na razie to mało mu raczej zależy na swoim chłopaku.. Ale rozdział podobał mi się bardzo :)
OdpowiedzUsuń