poniedziałek, 16 marca 2026

Rozdział IV [Fiodor]

Minęły równe trzy tygodnie, a wiosna zagościła w mieście na dobre. Przez okna studenckiej kawalerki wlewały się złote, popołudniowe promienie, niosąc ze sobą pierwsze uderzenia prawdziwego gorąca.

— Nie zadzwoni, Pete. Nie jest idiotą — powiedział do siebie, przypominając sobie zmiętą kartkę z numerem telefonu, którą zostawił Fiodorowi na pościeli tuż przed powrotem do miasta.

Przecież tamten mężczyzna widział go pod klubem. Widział, jak chętnie i łatwo dał się wciągnąć w tę pułapkę. Rosjanin go nie znał, ale błyskawicznie przejrzał. Wyłuskał jego prawdziwą naturę: spragnioną uwielbienia, kruchą i bezczelnie puszczalską.

— Głupi... — wysyczał przez zaciśnięte zęby, przekręcając się gwałtownie na brzuch.

Sam nie rozumiał, dlaczego ten człowiek w ogóle nie dawał mu spokoju. Niezbyt często przywiązywał się do przelotnych kochanków. Właściwie tylko Arthur zajmował jego myśli na tyle długo, by móc to nazwać czymś na kształt tęsknoty. Tymczasem teraz desperacko pragnął, by ten obcy, milczący mechanik chciał od niego czegoś więcej niż tylko uległego ciała. Żeby robili razem te wszystkie prozaiczne rzeczy: poranne kawy, wspólne śniadania, milczące pikniki za miastem.

Nie mógł mieć pretensji do nikogo prócz siebie. Oczekiwał, że facet po prostu go zaliczy i zostawi, bo przecież sam nie planował niczego innego. Szukał ostrego seksu, by znieczulić ból po odrzuceniu, a skończył z głową pełną absurdalnych marzeń o kimś, kto i tak żył w zupełnie innym wymiarze.

Wściekły na własną słabość, zerwał się z kanapy. Wyciągnął z szafy odważniejsze, krzykliwe rzeczy. Chciał zapomnieć.

Klub wibrował od muzyki i gęstego, lepkiego powietrza. Właściciel powitał tancerza z drapieżnym uśmiechem, natychmiast wciskając mu w dłoń zwitek banknotów i popychając w stronę garderoby. Kilka kwadransów później Peter, spięty skórzanymi pasami i łańcuszkami, z powiekami podkreślonymi brokatem, był gotowy. Makijaż nie maskował jego rysów, jedynie wyostrzał naturalną urodę, nadając mu wygląd upadłego anioła. Tym razem miał tańczyć w klatce, w strefie VIP.

Po kilku szybkich drinkach, które miały stępić resztki wstydu, dał się zaprowadzić na wyższe piętro. W luksusowej, półmrocznej sali został sam na sam z barmanem i stalową konstrukcją. Wspiął się do środka, przytulając rozpalony policzek do chłodnych prętów. Z głośników popłynął ciężki, basowy bit. Choć honorowych gości wciąż brakowało, poddał się rytmowi, leniwie rozgrzewając giętkie mięśnie.


Fiodor ani na moment nie zapomniał o swoim młodym kochanku. Każdego wieczoru, siedząc w fotelu, czuł palącą potrzebę wykręcenia zapisanego numeru. Dlaczego tego nie zrobił? Sam do końca nie wiedział. Powstrzymywał go racjonalny rozsądek, pragnienie powrotu do chłodnej stabilności i głęboko zakorzenione poczucie, że uleganie męskiemu ciału nie jest do końca właściwe. Ta społeczna trucizna sączyła się w jego umyśle, choć przecież co noc, gasząc niedopałek, wpatrywał się w skrawek papieru z rzędem cyfr.

Pod prysznicem katował się najpierw wrzątkiem, a potem lodowatą wodą, próbując zmyć z pamięci gładkość skóry Petera i wspomnienie rozkosznej, obezwładniającej ciasnoty. Na szczęście wraz z wiosną sezon w warsztacie ruszył pełną parą. Praca fizyczna wyczerpywała, odbierając siły na rozmyślania. Jednak po trzech tygodniach celowego celibatu, napięcie seksualne osiągnęło punkt krytyczny. I podczas gdy tancerz wił się właśnie na scenie, Fiodor z chłodną kalkulacją umawiał się na wolny wieczór z jedną ze swoich niezobowiązujących przyjaciółek, by zrzucić ciśnienie w sposób, który uważał za bezpieczny.


Ciało przyprószone złotym pyłem prześlizgiwało się między szczeblami klatki. Peter wspinał się, zwisał głową w dół, rozsuwał nogi, wyginając się pod nienaturalnym, hipnotyzującym kątem. Chwilę później zmieniał tempo – ruszał się powoli, niemal niewinnie. Opadł na kolana, wyciągnął ramiona, na których brzęczały ciężkie bransolety, i wygiął kręgosłup w perfekcyjny mostek, opierając ciężar ciała na smukłych palcach.

Kilkudziesięciu zamożnych, elegancko ubranych mężczyzn obserwowało go początkowo z rezerwą. Jednak drogi alkohol szybko zmył pozory kultury. Zapragnęli tego chłopca z bliska. W kierunku klatki poleciały kolejne banknoty, a obsługa pospiesznie rozstawiła rurę na środku sali.

Peter musiał coraz zwinniej unikać chciwych rąk. Ale nie wszystkich. Dał się skusić jednym, pewnym ramionom. Pozwolił się objąć, ignorując własne stłumione protesty, gdy usta smakujące wytrawnym koniakiem brutalnie zderzyły się z jego wargami. Czuł obce, natarczywe palce wkradające się pod skąpe spodenki. Z głośników dudniła muzyka, zagłuszając basowy śmiech reszty widowni. Najmłodszy z grupy przycisnął drobne ciało tancerza do siebie, zupełnie nie przejmując się złotym pudrem rujnującym jego jedwabny garnitur.

Peter jęknął, odchylając się na jego udach, gdy wyraźne, gorące wybrzuszenie pod materiałem spodni klienta otarło się o jego własne krocze. Obca dłoń miętosiła jego pośladek ze ślepą zachłannością. Syknął cicho, zmuszając się do otwarcia oczu. Spojrzał w twarz mężczyzny – perfekcyjne, chłodne rysy i błękitne spojrzenie przepełnione tępym, samczym pożądaniem. Facet zapewne miał w domu żonę lub narzeczoną. Seks z nim na pewno byłby fizycznie satysfakcjonujący. Mógłby zagłuszyć myśli, dać złudzenie bliskości i wypełnić na chwilę pustkę.

Szatyn wywinął się jednak z jego uścisku. Wykonał płynny piruet, ukłonił się nisko – jakby to brutalne macanie było tylko częścią wyreżyserowanego show – i błyskawicznie umknął tylnym wyjściem.

Główna sala huczała. Dziesiątki ciał ściśniętych na parkiecie polowały na łatwą zdobycz. Kilku próbowało go złapać, jeden przytrzymał mocniej, zmuszając do kilku wspólnych kroków, zanim Peter znów się wyrwał.

Tęsknił. Tak cholernie tęsknił za tym, czego nikt w tym tłumie nie potrafił mu zaoferować. Za szorstkim bezpieczeństwem. Szybko pozbył się scenicznych rekwizytów. Złote jocksy zostały na nim – nie miał czasu ani siły na przebieranki. Wciągnął przez głowę luźną bluzę, narzucił dżinsy i wybiegł z klubu, byle tylko nie wpaść na szefa. Z roztartym makijażem, połyskującymi cieniami na powiekach i w wysokich, czarnych trampkach wciąż wyglądał jak zjawisko, gdy szybkim, zdeterminowanym krokiem przemierzał nocne ulice.

Znalazł właściwą kamienicę. Właściwy dzwonek. Oparł się o ścianę. Pachnąc mieszanką cudzych, drogich perfum, z pulsującym śladem ugryzienia na szyi, drżał, desperacko pragnąc znów znaleźć się w ramionach Rosjanina.


Przedsionek eleganckiej kamienicy świecił pustkami. Brak portiera, absolutna cisza. Winda czekała na dole, zapraszająco otwarta, jakby specjalnie dla niego. Wcisnął guzik, a kabina z cichym szumem ruszyła w górę. Głuche uderzenia jego własnego serca wydawały się głośniejsze niż szmer mechanizmu.

Godzina była późna. Fiodor od dawna leżał w łóżku. W sypialni mrugał ekran wyciszonego telewizora – Rosjanin nie znosił spać w absolutnej ciszy, chyba że dzielił z kimś materac, co zdarzało się rzadko. Dźwięk dzwonka wyrwał go z płytkiego, niespokojnego snu.

— Na litość boską, Peter, jak ty wyglądasz... — warknął Fiodor, otwierając drzwi.

Obrzucił chłopaka ciężkim, pełnym wyrzutu spojrzeniem, odpalając złapanego w przedpokoju papierosa. Zaciągnął się głęboko, krzywiąc z niesmakiem.

— Nie wejdziesz do mojego łóżka, dopóki tego z siebie nie zmyjesz — stwierdził twardo. Ostry, słodkawy odór cudzych perfum przyprawiał go o mdłości.

Widział, że wizyta musiała wynikać z jakiegoś załamania, ale po szybkiej ocenie uznał, że chłopakowi nie stała się bezpośrednia krzywda. Zamknął za nim drzwi. Pochylił się, złożył szorstki pocałunek na oprószonym brokatem policzku i bez słowa wskazał łazienkę. Potrzebował tych kilku minut, by przetrawić fakt, że jego obsesyjna, skrywana fantazja właśnie stanęła w jego progu i posłusznie maszeruje pod prysznic.

Nogi Petera zmiękły. Ulga, jaka spłynęła na jego zmęczone ciało, była obezwładniająca. Zrobiłby wszystko, czego ten człowiek zażąda. Posłusznie zamknął się w łazience, wdzięczny za to szorstkie milczenie. Zrozumiał, że Fiodor nie potrzebował tłumaczeń, nie zadawał pytań. Po prostu go wpuścił.

Zauważył, że mężczyzna przypatruje mu się przez uchylone drzwi, gdy ściągał ubranie. Złota, skąpa bielizna opadła na płytki, odsłaniając jasną, piegowatą skórę. Zszedł pod prysznic, odkręcając wrzątek, by zmyć z siebie całe to sceniczne brudne złoto, cudzy dotyk i fałszywe zapachy.

Czysty, pachnący mydłem i owinięty tylko w ręcznik, znalazł Rosjanina w kuchni. Fiodor właśnie rozlewał coś do dwóch kubków. W powietrzu unosił się aromat gorącej czekolady, ale to nie za tą słodyczą Peter tęsknił. Ostrożnie, badając wzrokiem ciemne oczy gospodarza, podszedł bliżej. Nie napotkawszy oporu, wtulił twarz w jego twardy tors, chłonąc naturalne ciepło i surowy zapach mechanika.

Fiodor musiał mieć pewność, że z chłopaka zniknął każdy ślad klubu. Nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego te tanie, krzykliwe dodatki na tak zgrabnym ciele wywoływały w nim niemal agresję. Uspokojony widokiem czystej skóry, zaczął przygotowywać gorący napój, by jakoś zastąpić sen, który i tak już bezpowrotnie prysł.

— Delikatniej — syknął cicho, gdy szczupłe ramiona oplotły go w talii.

Pod cienkim materiałem koszulki Peter wyczuł sztywną fakturę bandaża. Zapach też się nie zgadzał. Oprócz tytoniu, mydła i cienia alkoholu, z bliska wyraźnie wyczuwalna była ostra, apteczna woń medykamentów. Mimo bólu, potężne ramiona mężczyzny zamknęły się wokół drobnego ciala. Fiodor wsunął dłoń w wilgotne loki chłopaka, a jego serce, wyczuwalne pod żebrami, biło zdecydowanie za szybko.

Peter zmarszczył nos. Odruchowo chwycił materiał koszulki, próbując ją podciągnąć. Duża dłoń natychmiast unieruchomiła jego nadgarstek. Spojrzał na twarz Rosjanina, przygryzł wargę i odpuścił. Zamiast tego zsunął dłonie niżej, ostrożnie obejmując go na wysokości bioder.

— To coś poważnego? — zapytał cicho, przesuwając chłodnym nosem po linii jego szyi. — Powinieneś leżeć, a nie niańczyć zagubionych tancerzy erotycznych.

Odsunął się, by zabrać ze stołu kubki z czekoladą. Ręcznik opadł nieco niżej na jego biodrach, a jasna skóra złociła się w przytłumionym świetle. Posłał Fiodorowi krzywy uśmiech i wskazał głową w stronę salonu. Z tym gorącym napojem lepiej było omijać pościel. Nie czekając na odpowiedź, ruszył miękkim krokiem w stronę kanapy, upewniając się tylko przez ramię, czy gospodarz podąża za nim.

Umysł Rosjanina przez moment zarejestrował tylko pragnienie, by przycisnąć ten chłodny nos do materaca i ucałować resztę twarzy. Otrząsnął się szybko.

— Przejdzie mi — rzucił burkliwie, siadając ostrożnie na kanapie. — A w łóżku leżałem, dopóki się nie zjawiłeś.

Sięgnął po papierosa. Leki przeciwbólowe – z pewnością nie te dostępne bez recepty – otępiały zmysły i ciążyły na powiekach. Zaciągnął się głęboko, ukradkiem obserwując półnagiego chłopaka. Wzrok ślizgał się po wilgotnej skórze z lubieżnym głodem, a Fiodor zastanawiał się, czy przypadkiem znów nie śni.

— Opowiedz mi o tym — poprosił z nieoczekiwaną łagodnością. Skoro i tak nie spali, wolał zająć głowę czymś innym. Ciekawość walczyła w nim z rozsądkiem. Wiedział, że im więcej dowie się o tym chłopaku, tym głębiej wpuści go do swojego hermetycznego świata.

Peter zamrugał zdezorientowany, zlizując słodką piankę z warg. Spojrzał w twarz mężczyzny, częściowo ukrytą za zasłoną dymu. Pragnął go. Ta świadomość uderzyła w niego z taką mocą, że aż zabrakło mu tchu. Jak to możliwe, że ten obcy, szorstki i poturbowany człowiek przyciągał go silniej niż ktokolwiek przedtem?

— Masz na myśli... mój taniec? — upewnił się. Widząc skinienie głowy, westchnął ciężko i wbił wzrok w kubek. — Studiuję na uczelni artystycznej. Taniec to mój główny kierunek. Pozwala mi... zebrać myśli. Jakbym scalał wszystkie rozbiegane kawałki siebie i wyrażał emocje wyłącznie przez ruch. Bez analizowania. Naprawdę to kocham.

Skulił nieco ramiona, odruchowo przyjmując pozycję obronną.

— A taniec w klubie to tylko... dorabianie — dodał ciszej, starając się wyprzeć wspomnienie tego brudnego uczucia, gdy pozwalał traktować się jak kawałek luksusowego mięsa dla stada pijanych biznesmenów.

— I dzisiaj byłeś w klubie? Taki... wyrysowany? — zapytał Fiodor. Doskonale rozumiał kontrast między pasją a zarabianiem własnym ciałem. Zgasił papierosa, opróżnił swój kubek kilkoma dużymi łykami i zadrżał, gdy gorący płyn rozlał się w żołądku.

Nie czekając na tłumaczenia, przysunął się bliżej. Oparł wargi na nagim, piegowatym ramieniu Petera.

— Nie podobały mi się te odciski łap na twoich plecach. Ani te tanie perfumy — wyznał chrapliwie, wdychając czysty zapach jego skóry. Zapach, którego miał unikać za wszelką cenę.

— Chodźmy do łóżka — polecił łagodnie. Nie miał siły na nic więcej. Ból w klatce piersiowej skutecznie studził żądzę, która normalnie kazałaby mu docisnąć tego bezczelnego smarkacza do materaca i pokazać mu, gdzie jego miejsce.

Peter odetchnął z ulgą. Zgasił lampę i posłusznie podążył za nim do sypialni.

— Nie dzwoniłeś. A ja nienawidzę samotności — wyszeptał w ciemności, wsuwając się pod kołdrę.

Podpełzł bliżej, ostrożnie układając głowę na zdrowej stronie piersi Fiodora, a ramię opierając na jego biodrze.

— Jeden z nich nawet mówił po rosyjsku. To znaczy, chyba nic innego nie potrafił. Przypomniał mi o tobie, ale... nie był tobą — urwał, zaciskając mocno powieki.

Jak miał przyznać, że obsesyjnie o nim myślał?

— Co ci się właściwie stało? — zapytał w zamian, nie unosząc głowy.

— Wypadek w pracy. Nic ważnego — uciął chłodno Rosjanin.

Cieszył się, że leżą w mroku. Potłuczone żebra rwały bólem, a świeże szwy ciągnęły przy każdym ruchu. Zdecydowanie nie zamierzał wtajemniczać tancerza w prawdziwe powody swoich obrażeń. To, że chwilowa utrata koncentracji wynikała właśnie z myślenia o tym konkretnym chłopaku, było jego najpilniej strzeżoną tajemnicą.

— Trochę mnie to ogranicza — mruknął, naciągając kołdrę na nagie pośladki Petera. Przytulił go mocniej, jedną dłonią masując jego ramię, a drugą wplatając we wciąż wilgotne włosy. Zaskakująco, to właśnie teraz poczuł, jak schodzi z niego całe trzytygodniowe napięcie.

— Nie dzwoniłem, bo... — urwał, szukając wymówki, która nie zdradziłaby jego lęków. — Widocznie obecność pary jąder w łóżku jednak robi mi różnicę — skłamał gładko, choć jego klatka piersiowa zadrżała od tłumionego, gorzkiego rozbawienia.

Peter prychnął cicho. Czuł, jak stres wreszcie opuszcza jego mięśnie. Senność uderzyła w niego ze zdwojoną siłą.

— Może — zgodził się leniwie. — Ale to nie wszystko. Serio nie podobało ci się to, jak wyglądałem? Większość facetów wręcz traci rozum na widok takiej... oprawy. Szczególnie przy kimś o mojej budowie — dodał z sennym zaciekawieniem, bezwiednie kreśląc leniwe wzory na udzie Fiodora.

Tym razem omijał ciepłe wybrzuszenie w pachwinie. Po raz pierwszy w życiu po prostu leżał z mężczyzną, nie oczekując niczego więcej.

— Jesteś młodym, pięknym chłopakiem. Ten cały cyrk cię... zniekształcał — odpowiedział poważnie Fiodor. — Rozumiem scenę, rozumiem sztukę. Ale przy mnie nie musisz udawać. Wręcz nie chcę, żebyś to robił.

Ujął podbródek Petera, zmuszając go do uniesienia głowy, i wpił się w jego usta miękkim, ostrożnym pocałunkiem.

— Poza tym, wyobraź sobie to technicznie. Całuję cię po szyi, brzuchu, udach... podnoszę twarz, a ona cała świeci się od brokatu jak tania bombka — prychnął cicho. Zamknął oczy, woląc skupić się na perspektywie spokojnego, porannego parzenia kawy dla nich dwóch.

Był to pierwszy prawdziwy komplement, jaki Peter od niego usłyszał. Uderzył w niego mocniej niż jakakolwiek deklaracja. Z delikatnym uśmiechem przyszczypnął zębami linię szczęki Rosjanina. Wsunął dłoń pod koszulkę mężczyzny, kładąc ją ostrożnie na twardym brzuchu, poniżej krawędzi bandaża. Czuł miarowe uderzenia jego tętna.

— Dziękuję, że mnie wpuściłeś — szepnął.

Zasypiał, ukojony wonią tytoniu i obietnicą poranka. Gdzieś na dnie umysłu tliło się pragnienie, by jutro, kiedy nabierze sił, odwdzięczyć mu się w ten wyuzdany, bezwstydny sposób, zatracając się pod ciężarem jego ciemnego spojrzenia.


Kiedy rano Peter otworzył oczy, druga strona łóżka była już pusta. Mimo to powietrze w sypialni przesiąknięte było charakterystycznym zapachem kawy i podgrzewanych w piecyku drożdżówek. Przeciągnął się z cichym jękiem satysfakcji. Słodkie śniadanie czekało na szafce nocnej, ale uwaga chłopaka natychmiast powędrowała w stronę dobiegających z łazienki dźwięków.

Fiodor siarczyście przeklinał po rosyjsku. Był to ten rodzaj cedzonych przez zęby, syczących wulgaryzmów, które zwiastowały utratę cierpliwości.

Peter roześmiał się w duchu. Wyplątał się z pościeli i, wciąż nagi, rozejrzał się za ubraniem. Zgarnął z oparcia fotela jakąś luźną, ciemną koszulkę Rosjanina. Wciągnął ją przez głowę. Materiał sięgał mu do połowy ud, całkowicie zasłaniając to, co trzeba. Złapał bułkę w zęby i miękkim krokiem pomaszerował do łazienki.

Przez uchylone drzwi zobaczył, jak sfrustrowany gospodarz z wściekłym prychnięciem ciska zwojem bandaża o podłogę.

— Pomóc w czymś? — zapytał leniwie, opierając się ramieniem o futrynę. Odgryzł spory kęs słodkiego ciasta, obserwując widowisko.

— Nie powinieneś na to patrzeć — odpowiedział twardo Fiodor. Nie był wściekły na Petera, tylko na własną bezradność. Rany, które próbował opatrzyć, w najmniejszym stopniu nie wyglądały na wypadek przy pracy szlifierką. Z drugiej strony, fizycznie nie był w stanie dosięgnąć pleców.

Westchnął ciężko.

— Wejdź — mruknął z rezygnacją. Gdy chłopak przekroczył próg, Rosjanin zacisnął szczęki, unikając jego wzroku.

— Odkryj tę cholerną maść i posmaruj dookoła szwów — polecił szorstko, wskazując na ranę po lewej stronie łopatek. Tę z przodu, wyglądającą niepokojąco podobnie do postrzału, zabezpieczył już sam, nakładając gazę i plastry. Żebra, boleśnie sine, domagały się jednak usztywnienia bandażem elastycznym.

— Potem załóż jałowy opatrunek i zaklej — dodał, opierając dłonie o umywalkę i zamykając oczy w oczekiwaniu na ból.

Peter przełknął kęs bez słowa. Zauważył, co trzeba, ale nie skomentował. Sięgnął po butelkę płynu antybakteryjnego, dokładnie odkażając dłonie. Odkręcił tubkę z maścią i z niezwykłą delikatnością zaczął rozprowadzać chłodny żel wokół poszarpanej, zasinionej rany.

Przez jego głowę przelatywały dziesiątki pytań. W warsztatach samochodowych mechanicy nie łapali kul. Zamknął jednak usta, decydując, że dociekanie prawdy w tym momencie to najgorszy z możliwych pomysłów.

Sprawnie przykleił gazę. Kiedy Fiodor zaczął owijać bandaż wokół żeber, Peter w milczeniu pomagał mu z tyłu, przejmując rolkę, gdy mężczyzna nie mógł sięgnąć wystarczająco daleko, i podając mu ją z powrotem.

Gdy skończyli, szatyn opłukał dłonie, opierając pośladki o krawędź wanny. Obserwował, jak Fiodor chowa leki do apteczki. Miał ochotę zapytać o nową szczoteczkę do zębów, ale widząc ciemne, czujne spojrzenie mężczyzny w lustrze, tylko uśmiechnął się niewinnie i wykonał prosty gest naśladowania szczotkowania. Przemilczenie tajemnicy wydawało się najlepszą walutą w ich nowym układzie.




niedziela, 15 marca 2026

Rozdział III [Fiodor]

    Peter nie potrafił określić momentu, w którym ostatecznie pochłonął go sen. Mężczyzna nie dręczył go długo, ale fizyczne doznania, splecione z obezwładniającą aurą Rosjanina, były tak intensywne, że chłopak nie miał nawet siły na analizowanie własnych wyrzutów sumienia. Nie myślał o tym, że znów oddał się komuś tak łatwo, rzekomo spłacając dług wdzięczności. Podskórnie czuł zresztą, że ofiarował temu człowiekowi znacznie więcej niż tylko proste zaspokojenie.

    Drgnął, wybudzony niskim, wibrującym w klatce piersiowej śmiechem.

    — Wybacz — usłyszał cichy szept.

    Peter sapnął sennie, moszcząc się w pościeli. Przez uchylone powieki obserwował, jak potężna sylwetka odrywa się od krawędzi materaca, by zgasić tlącego się w popielniczce papierosa, a potem lampkę. Ciemność natychmiast wyostrzyła pozostałe zmysły. Łóżko ugięło się pod ciężarem drugiego ciała, a chłopak mimowolnie wypuścił z płuc drżący oddech, gdy ogarnęło go bijące od mężczyzny ciepło. Ciężkie ramię opadło na jego talię, zaborczo przyciągając go do twardego torsu. W nagłym, odurzającym przypływie potrzeby bliskości, Peter odwrócił głowę i złożył miękki pocałunek na ostrej linii szczęki Fiodora. Otulony zapachem tytoniu i skóry, ponownie zapadł w spokojny sen.

    Gdy tylko pierwsze, blade promienie słońca prześlizgnęły się przez rolety, Fiodor otworzył oczy. Wysunął się z łóżka z bezszelestną ostrożnością drapieżnika, by nie wybudzić śpiącego kochanka. W jego żyłach wciąż pulsowała dziwna, leniwa satysfakcja nasyconego kocura. Spoglądając w półmroku na rozrzucone w pościeli zgrabne ciało, ani przez sekundę nie pomyślał o wczorajszym seksie w kategoriach zapłaty. Od momentu, w którym wniósł tego chłopaka do swojego mieszkania, ciągnęła go do niego niewytłumaczalna siła. Otwierała boleśnie zabliźnione wspomnienia, ale jednocześnie uwalniała latami tłumione, brutalne pożądanie do mężczyzn.

    Z tym cichym, wewnętrznym triumfem ruszył do kuchni, odpalił papierosa i wstawił wodę na kawę, zgarniając przy okazji poranną gazetę spod drzwi. Zazwyczaj wolne dni spędzał na absolutnej izolacji i morderczych treningach. Zdarzało mu się zaprosić którąś z zaprzyjaźnionych kobiet, by zrzucić samcze napięcie, ale teraz, smarując pieczywo, uświadomił sobie z zaskakującą ostrością, że w ogóle nie czuje takiej potrzeby. Przemknęło mu wręcz przez myśl, że mógłby z tamtym życiem skończyć. Przecież to wcale nie musiał być jednorazowy epizod z tym ślicznym, uległym tancerzem, który właśnie przez sen szukał jego ciepła.

    Spalił trzy papierosy, zanim w ogóle zaparzył kawę i ułożył śniadanie na tacy. Wrócił do sypialni nagusieńki, jakby noszenie ubrań we własnym domu było zbrodnią. Odstawił kubki i wsunął się z powrotem pod jedwab, rozkładając gazetę. Kiedy tylko chłopak poruszył się niespokojnie, Fiodor bezwiednie zgarnął go w ramiona, pozwalając mu się w siebie wtulić. Dopiero wtedy wrócił do lektury w bladym świetle, pośród zapachu palonych ziaren, nikotyny i ciężkiej, piżmowej woni wczorajszego seksu.

    Cierpki aromat osiadł na języku Petera, gdy ziewnął bezgłośnie, wyciągając się niczym kot i oplatając ramię mężczyzny swoimi szczupłymi kończynami. Wcisnął nos w szorstką skórę, chłonąc uderzającą dawkę testosteronu. Wcale nie chciał otwierać oczu. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie czuł palącej potrzeby ucieczki o poranku. Nigdy go, rzecz jasna, nie wyganiano – mężczyźni uwielbiali jego doskonałą urodę, giętkość i bezwstydne oddanie. Zazwyczaj jednak nie mieli sobie nic do powiedzenia. Zdał sobie sprawę, że Fiodorowi nawet się nie przedstawił. A może Rosjanin wcale nie potrzebował jego imienia?

    Uchylił wreszcie powieki, spoglądając na szeleszczący papier gazety. Palcami wolnej dłoni zaczął leniwie gładzić umięśniony bok kochanka. Nie odzywał się, pozwalając, by cisza słonecznego poranka trwała niezakłócona. Stygnąca kawa była jasnym komunikatem: nigdzie im się nie spieszy.

    Zdecydowanie mieli czas. Kiedy jednak Fiodor poczuł ten miękki dotyk, a na wargach chłopaka wykwitł nieświadomy, ufny uśmiech, odłożył gazetę i zsunął z nosa okulary do czytania.

    — Kawa wystygła — stwierdził niskim głosem, osuwając się niżej, by zrównać swoją twarz z twarzą Petera. Ujął ją w dużą, ciepłą dłoń, gładząc zarumieniony od snu policzek. Odpowiedział mu cichy, gardłowy pomruk aprobaty.

    Słowa wydawały się w tym momencie zbędne. Rosjanin wolał tonąć w zaspanych, butelkowozielonych oczach, które patrzyły na niego z niemal nabożną fascynacją. Zignorował śniadanie, całkowicie przygniatając chłopaka swoim ciężarem. Zmiażdżył jego wargi w głębokim, leniwym pocałunku, wwiercając się językiem w słodkie wnętrze. Czuł pod brzuchem budzącą się, niewinną twardość porannego wzwodu chłopaka. Masował jego zmęczone wczorajszymi pchnięciami pośladki, bezczelnie wsuwając opuszki w szparę między nimi, tylko po to, by go drażnić.

    — Nie musimy wstawać — wyszeptał mu wprost w usta. — Nie chcę, żebyś jeszcze szedł. Po południu wyjedziemy za miasto. Chcę cię pieprzyć na łonie natury.

    Jego ton był tak śmiertelnie poważny, że wzdłuż kręgosłupa Petera przebiegł lodowaty dreszcz absolutnego podniecenia. Młodzik uświadomił sobie, że mężczyzna nie żartuje. Wizja tak zwierzęcego aktu, choć specyficzna, wydała mu się w ułamku sekundy jedyną słuszną. Oblizał spierzchnięte wargi, na których wciąż czuł cierpki smak tytoniu i śliny Rosjanina. Pytanie, czy poznaczony bliznami dryblas nie wywiezie go do lasu, by zakopać w płytkim grobie, jakoś nie przeszło mu przez myśl. W ciemnych oczach Fiodora nie było morderczej groźby – była tam czysta, niepohamowana fascynacja.

    — Właściwie... nie mam dziś nic innego do zrobienia — szepnął, ocierając się udem o biodro mężczyzny w prowokacyjnym geście uległości. Przymrużył kocie oczy. — Pozwolisz mi wziąć najpierw prysznic?

    — Weźmiemy go razem — uciął Fiodor, całując go krótko, lecz stanowczo. Nim Peter zdążył się chociażby przeciągnąć, potężne ramiona odwinęły go z pościeli i uniosły w górę z bezwysiłkową łatwością. — I zjesz śniadanie — dodał tonem nieznoszącym sprzeciwu.

    Chwilę później znaleźli się w ciasnej kabinie. Zanim Fiodor odkręcił wodę, postawił nagiego chłopaka na chłodnych kafelkach. Uderzenie gorących kropel zrekompensowało szok termiczny. Mężczyzna, nie pytając o zgodę, uklęknął ulegle na mokrej posadzce. Zarzucił sobie smukłe udo Petera na ramię, a dłonią objął jego sztywniejącego penisa. Chwilę później gorące usta Fiodora pochłonęły go w całości.

    Peter wygiął się w łuk, wbijając łopatki w mokrą ścianę kabiny. Palce jednej dłoni wcisnął między własne zęby, by stłumić piskliwy jęk, który rozerwałby intymną ciszę. Wolną ręką odruchowo nakierował słuchawkę prysznica tak, by woda obmywała tylko szerokie, poorane jasnymi bliznami plecy klęczącego przed nim mężczyzny. Nie śmiał dyktować mu tempa. Po prostu brał wszystko, co dostawał – ssące, miażdżące ciśnienie ust, pieszczotę bezwstydnego języka. Wzdrygnął się, gdy duża dłoń zsunęła się z jego pośladka na jądra, pieszcząc je z wyrafinowaną delikatnością. Ten kontrast doprowadził go na skraj w kilka sekund. Szatyn zapiszczał w obrys własnej dłoni i doszedł, spazmatycznie uderzając biodrami.

    Ani jedna kropla nasienia nie zdążyła zmieszać się z wodą. Fiodor gładko przełknął wszystko, wydając z siebie głęboki pomruk zadowolenia. Podniósł się niespiesznie, znacząc mokrą skórę brzucha i klatki piersiowej Petera gorącymi pocałunkami. Na wysokości twarzy uwięził spuchnięte wargi chłopaka, zsuwając jednocześnie jego udo ze swojego ramienia. Przesunął kciukiem po ustach Petera, wsuwając go na moment do wnętrza.

    — Twoje usta będą do mnie idealnie pasować — stwierdził z zadowoleniem.

    Uśmiechnął się, ale zaraz potem w jego klatce piersiowej coś boleśnie zgrzytnęło. Powróciła niechciana fala przeszłości. Sięgnął po żel pod prysznic na oślep, próbując odegnać te myśli. Przecież Peter nie był jego dawną miłością. Był tylko żywym uosobieniem seksapilu, energii i ślepego oddania. To, że był mężczyzną – czymś, czego Fiodor zakazywał sobie przez dekadę – jedynie dolewało oliwy do ognia. Wiedział, że postępuje egoistycznie, karmiąc się tym chłopakiem, nie dając nic w zamian, a mimo to nie potrafił przestać.

    Peter zamierzał zapytać, co Fiodor miał na myśli, ale gęsta piana nagle spłynęła mu na twarz. Szorstkie palce Rosjanina zaczęły masować jego skórę głowy z zaskakującą czułością. Chłopak opuścił głowę, poddając się tej opiece. Gdy przyszła jego kolej, z lubością namydlił umięśniony tors Fiodora. Wił się przy tym powoli, niemal leniwie, czerpiąc dziką satysfakcję z faktu, że ostra twarz mechanika znów tężeje z pożądania.

    Prysznic nie trwał długo. Kiedy dłonie Petera zaczęły wędrować w niebezpieczne rejony podbrzusza, Fiodor z uśmiechem zablokował jego nadgarstki.

    — Zjedz, a ja zrobię nową kawę — polecił, wychodząc z łazienki owinięty tylko w ręcznik.

    W kuchni pachniało już świeżym naparem, a mężczyzna ze skupieniem kroił prowiant.

    — Na górze w szafie są koce. Wybierz taki, który najbardziej polubią twoje pośladki — rzucił beztrosko przez ramię.

    Peter przełknął ostatni kęs słodkiej bułki. Nadal czuł się nierealnie w tej sytuacji. Bał się tego wielkiego faceta, bał się głębi tych emocji, a jednocześnie ufał mu w sposób niemal samobójczy. Podszedł do niego cicho od tyłu, wsuwając palce za pasek jego dresowych spodni. Kiedy Fiodor się odwrócił, Peter wspiął się na palce, ukąsił go lekko w dolną wargę i ze śmiechem wywinął się z objęć, uciekając na piętro po koc.

    Rosjanin przeklął pod nosem. Przez moment jego serce zabiło nienaturalnie szybko. Zdał sobie sprawę, że w ręku nadal trzymał nóż kuchenny. Gdyby Peter zaskoczył go w innej chwili, instynkt mógłby wziąć górę. Odetchnął ciężko i schował ostrze do zlewu.

    Tymczasem na górze Peter otworzył szafę. Były tam trzy koce. Gdy pociągnął za ten najbardziej puszysty i błękitny, coś metalowego z głuchym brzękiem spadło na podłogę. Poturlało się pod łóżko. Chłopak zamarł, spoglądając na ciężki wojskowy koc leżący obok. Powoli kucnął. W cieniu, odbijając resztki słońca, leżał nabój. Karabinowy.

    Kusiło go, by zacząć szukać dalej, sprawdzić czarną walizkę wciśniętą w głąb półki, ale zdrowy rozsądek wreszcie zadziałał. Zamknął drzwi szafy. Wziął głęboki, drżący oddech i zszedł na dół z niebieskim materiałem przyciśniętym do piersi. Stanął w futrynie kuchni.

    — Fiodor... powiedz coś do mnie — poprosił cicho. Nagle ta relacja – jeśli w ogóle mógł ją tak nazwać – wydała mu się nie tylko obca, ale i potencjalnie niebezpieczna.

    — Hm? — Mężczyzna odwrócił się, wkładając banana do wiklinowego koszyka. Spojrzał na bladą twarz chłopaka i zmarszczył brwi. — Zapomniałem uprzedzić, że mam tylko trzy koce? Rozmyśliłeś się? — zapytał, ewidentnie nie łapiąc kontekstu jego lęku.

    Peter patrzył na jego twarz, na tę paskudną bliznę. Nagle uśmiechnął się, kręcąc głową. Strach wyparował, zastąpiony przez tę samą zgubną fascynację. Podszedł do Rosjanina, wpychając się w jego przestrzeń osobistą i położył koc na koszyku.

    — Nie, nie rozmyśliłem się — zamruczał, odchylając głowę do tyłu, by spojrzeć w jego oczy. — Jeśli nie planujesz wywieźć mnie na mróz bez bluzy, to jestem gotów.

    — Nad jezioro — sprostował Fiodor, po czym przyciągnął go do siebie, chowając twarz w jego pachnącej żelem szyi. — Bardzo mnie cieszy, że nie uciekłeś. Pozwól, że wypełnimy ten dzień przyjemnościami, a ja wypełnię sobą twoje ciało. Raz, drugi, trzeci. Aż będziesz nieprzytomnie skomlał o litość.

    Jego szept był groźny, władczy i cholernie podniecający.

    Peter przełknął ślinę.

    — Ubiorę się tylko — wydukał, uciekając spojrzeniem, ale rumieniec na jego policzkach mówił wszystko.

    Krótko potem siedzieli już w potężnym, naprawianym przez Fiodora dżipie. Miasto szybko zostało w tyle, ustępując miejsca dzikiej przyrodzie. Zanim Peter zdążył zadać jakiekolwiek pytanie o cel podróży, ciężka, szorstka dłoń mężczyzny spoczęła na jego udzie. Płynnie przesunęła się wyżej, zatrzymując dokładnie na krawędzi rozporka. Fiodor jednym ruchem rozpiął guzik dżinsów chłopaka i wsunął palce do środka, powoli, rytmicznie masując mięknącego po prysznicu penisa. To nie był dotyk mający przynieść ulgę. To była psychologiczna tortura, nieustanne przypominanie, do kogo Peter teraz należy. Chłopak rozsunął szerzej nogi, zagryzając wargę, i wlepił wzrok w surowy profil kierowcy, ostatecznie zgadzając się na ten układ.

    Jezioro było ukryte w malowniczej, zarośniętej sosnami kotlince. Szatyn patrzył na lśniącą taflę wody z autentycznym zachwytem.

    — Nikt nigdy... nie zabrał mnie w takie miejsce — wyznał z ociąganiem, wciąż wiercąc się pod zniewalającym dotykiem dłoni Fiodora.

    — Bywam tu czasem latem — odparł mężczyzna bez cienia uśmiechu. Zabrawszy dłoń, poprawił materiał bielizny Petera. — Zapnij spodnie. Chcę, żeby cię uciskały.

    Wysiadł z auta, wyciągając koszyk i koc. Chwilę zajęło mu znalezienie odpowiedniego skrawka gładkiej trawy. Gdy to zrobił, podszedł do zdezorientowanego tancerza. Chwycił go za podbródek i wbił się w jego usta zaborczym pocałunkiem, całkowicie dominując jego zmysły.

    — Chcę, żebyś wziął mnie w usta — rozkazał prosto do jego ucha.

    Odsunął się, opierając leniwie o maskę wozu. Rozpiął bluzę, a dresowe spodnie zsunął nieznacznie w dół, prowokacyjnie odsłaniając linię ciemnych włosów, prowadzącą prosto do nabrzmiałego wybrzuszenia.

    Peter osunął się na kolana w mokrą trawę z drżącym wydechem. Rozchylił uda, robiąc miejsce dla własnego, twardego jak skała wzwodu. Złapał za krawędź bawełnianego materiału i zsunął go ostrożnie w dół. Gorącym językiem przejechał po masywnym trzonie, czując, jak tkanka twardnieje pod jego dotykiem. Gdy wziął go do ust, drugą ręką zaczął masować jądra Fiodora, dokładnie badając znajomy już kształt. Z gardłowym jękiem sięgnął wolną dłonią do własnych spodni, by przynieść sobie choć odrobinę ulgi.

    — Zostaw — warknął ostrzegawczo Fiodor, chwytając jego nadgarstek. Uśmiechnął się z bezlitosną satysfakcją, widząc ból niezaspokojenia na twarzy chłopaka.

    Rosjanin ujął potężnego penisa i zaczął bezceremonialnie nacierać nim o uchylone wargi i brodę Petera, rozmazując na nich słonawe kropelki własnego płynu. Kiedy uznał, że upokorzenie i pragnienie sięgnęły zenitu, wplótł palce w kasztanowe loki i pchnął biodrami, wbijając się głęboko w ściśnięte gardło młodzika.

    — Tylko ostrożnie — chrypiał, wpatrując się w falujące pod nim ciało. — Bo jak dojdę, pół dnia będziesz czuł w sobie moje palce zamiast kutasa.

    Peter dławił się, połykając ten rozmiar, ale wykonywał swoją pracę perfekcyjnie. Zaciskał palce na udach Fiodora, czując, jak napięcie w mięśniach mężczyzny rośnie z każdą sekundą. Gdy Rosjanin zaczął tracić oddech, chłopak niespodziewanie przerwał. Odsunął czerwoną, ociekającą śliną twarz, spoglądając na oprawcę załzawionymi, ciemnymi z pożądania oczami. Odmówił mu finiszu. Chciał poczuć go w sobie.

    Fiodor warknął niczym sprowokowane zwierzę. Podciągnął chłopaka brutalnie do góry, miażdżąc jego usta. W sekundę zerwał z niego dżinsy i bieliznę. Przeniósł wyrywające się, drżące ciało na rozłożony błękitny koc i cisnął je na kolana.

    — Do twarzy ci w zielonym — rzucił, podciągając koszulę Petera na plecy.

    Bez zbędnych ceregieli nałożył prezerwatywę na ociekający obficie śliną trzon. Zanim Peter zdążył przygotować się mentalnie, Fiodor uderzył biodrami w przód. Wszedł w ciasną, nieprzygotowaną dziurkę w jednym, płynnym, bolesnym pchnięciu, rozrywając ciszę nad jeziorem stłumionym krzykiem tancerza.

    Nie narzucił morderczego tempa z poprzedniej nocy. Tym razem rżnął go z mrożącą krew w żyłach powolnością. Każde wbicie było kalkulowane, głębokie i dobijające do samego dna. Chwycił sztywny organ Petera u nasady, blokując mu możliwość dojścia, podczas gdy sam używał jego jędrnych pośladków do własnej, egoistycznej satysfakcji. Trwało to wieczność, aż obaj stanęli w ogniu absolutnej desperacji. Fiodor nagle wysunął się z głośnym mlaśnięciem.

    Klepnął zaczerwieniony pośladek, wymuszając zmianę pozycji.

    — Odwróć się.

    Peter runął na plecy, rozpaczliwie zarzucając szczupłe nogi na szerokie barki Fiodora, zanim ten zdążył w ogóle ułożyć się poprawnie. Palce dłoni wbił w wilgotną ziemię, zrywając trawę z korzeniami, gdy Rosjanin nabił go na siebie ze zwojoną siłą. Tym razem nie było litości. Twarde ciało uderzało w niego, wbijając w błękitny materiał. Ich spojrzenia się spotkały – zielone, zapłakane z bólu i rozkoszy oczy Petera oraz czarne, zdeterminowane źrenice Fiodora.

    — Dojdź ze mną — rozkazał Rosjanin twardo, gdy lędźwie zaczęły mu płonąć. Zmiażdżył usta chłopaka w ostatecznym, rozpaczliwym pocałunku i wbił się tak głęboko, jak to było fizycznie możliwe, zalewając lateks własnym ogniem w tym samym ułamku sekundy, w którym spazmy Petera wystrzeliły jego nasieniem na jego własny brzuch.

    Zwisający z ramion Fiodora, Peter szlochał. Nie potrafił zapanować nad lawiną emocji, łzami ulgi, fizycznym wyczerpaniem i czymś potwornie ciężkim, co zaciskało mu się na gardle.

    — Nie wychodź, jeszcze nie... — błagał, zaplatając nogi na biodrach mężczyzny, jakby bał się, że bez tego wewnętrznego scalenia, jego rozpalone ciało po prostu się rozpadnie.

    Fiodor zamruczał, opadając ciężko na klatkę piersiową chłopaka. Ukrył twarz w jego szyi, chłonąc ten rozdzierający, cichy płacz. Przez długie minuty trwał w nim, gładząc jego biodra, zanim w końcu dźwignął ich obu do siadu, pozwalając Peterowi zawisnąć na sobie niczym bezwolnej lalce. Odpalił papierosa, wydmuchując dym w stronę spokojnego jeziora, a wolną dłonią masował plecy chłopaka pod zieloną koszulą, kryjącą brutalne, czerwone ślady jego palców.

    Peter, uspokojony miarowym biciem serca Rosjanina, zamknął oczy. Opuszkami palców zaczął powoli badać topografię szerokich pleców. Śledził wypukłości starych, sztywnych blizn, zmuszając Fiodora do mimowolnego spięcia mięśni. Zrobił to celowo, by zakotwiczyć ten moment, wchłonąć z tego mężczyzny tyle surowego poczucia bezpieczeństwa, ile się dało.

    Brutalna rzeczywistość nadeszła wraz ze wstrząsającym chłodem wody w jeziorze podczas pośpiesznej kąpieli, a potem uderzyła z pełną siłą dźwiękiem dzwonka telefonu. Kiedy wrócili do miasta i zaparkowali pod mieszkaniem, świat znów upomniał się o Petera. Uczelnia. Rodzina. Matka, która dzwoniąc, zapomniała o jego urodzinach, i ojciec, dla którego był tylko piątym z kolei synem do wyżywienia.

    Pożegnanie było niezgrabne. Romantyczny pocałunek wydawał się niestosowny po tym, co ze sobą zrobili, a tanie słowa nie potrafiły oddać ciężaru tego dnia.

    Peter stanął przy potężnym dżipie, wbijając wzrok w ciemne, nieprzeniknione oczy Rosjanina.

    — Dziękuję ci... było w tym coś... niezwykłego — wydukał, machając mu z zakłopotaniem.

    Odwrócił się, wkraczając z powrotem w swój chaotyczny, nieważny świat. Przecierając twarz, poczuł w ustach widmo popiołu i krwi. Zastanawiał się, czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczy.




 

Rozdział II [Fiodor]

    Wizja powrotu pod drzwi rosyjskiego wybawcy nie należała do najprzyjemniejszych, lecz Peter postanowił raz na zawsze porzucić mentalność zagubionego nastolatka. Był dorosły. Może i puszczalski, może lekkomyślny, ale dorosły. Facet, którego imienia wciąż nie znał, uratował go przed brutalnym gwałtem, a niewykluczone, że i przed czymś znacznie gorszym. Wymagało to podziękowań. Prawdziwych i namacalnych. Kupił więc butelkę doskonałej whisky – omijając wódkę szerokim łukiem, by uniknąć tanich stereotypów. Przeliczył się tylko w jednym: nie miał pojęcia, o której rzekomy bohater wraca z pracy, a przy okazji zamierzał odzyskać swój zapomniany telefon.

    Stojąc w cieniu eleganckiej kamienicy, po raz kolejny uświadomił sobie żałość własnego położenia. Przynajmniej wiedział, że nie czeka na marne – portierka doskonale kojarzyła lokatora, a także samego Petera z poprzedniej, feralnej nocy. Mężczyzna miał wrócić wieczorem. Peter czekał więc, wciśnięty w mur, ubrany tym razem w sposób cywilizowany. Miał na sobie modną, swobodną koszulę w głębokim, butelkowym odcieniu zieleni, proste granatowe dżinsy i trampki na koturnie – jedyny element zdradzający cokolwiek z jego artystycznej natury. Wpatrywał się w gęstniejący mrok, zastanawiając się, dokąd właściwie zmierza w tym bezmyślnym poszukiwaniu miłości.

    Doczekał się. Fiodor wyłonił się z mroku, wyglądając tak, jakby własnoręcznie zaszlachtował stado krów. Tylko ostry zapach smaru i garażu rozwiewał złudzenia o seryjnym mordercy. Rosjanin miał na sobie ciężkie, niebieskie ogrodniczki, niemiłosiernie umazane brudem.

    — Zawołaj windę — rzucił na powitanie, obdarzając zaskoczonego chłopaka cieniem uśmiechu. Choć starał się tego nie okazywać, Fiodor był zadowolony. Przez cały dzień w warsztacie nie potrafił wyrzucić z głowy obrazu drobnego, bladego ciała okrytego jedwabiem.

    Po krótkiej wymianie zdań z portierką i odebraniu poczty, stanął obok chłopaka. Milczał. Praca wyciągnęła z niego resztki energii, a użeranie się z klientami wyssało resztki cierpliwości.

    — Dobrze, że zabrałeś alkohol — odezwał się dopiero, gdy winda wiozła ich na górę w gęstej od napięcia atmosferze. Zanim Peter zdążył otworzyć usta, by wygłosić przygotowaną przemowę, Fiodor zgasił go jednym zdaniem. — Mmm, daruj sobie. Weź szklanki i rozlej. Nie musisz mi dziękować.

    Zaprosił go do środka i, jak gdyby nigdy nic, zaczął się rozbierać w przedpokoju. Zrzucił z siebie robocze ciuchy, stając w samej bieliźnie. Dla niego weekend zaczynał się teraz, a pranie nie mogło czekać.

    Peter stał przez chwilę jak wryty. Widząc, jak zmęczony mechanik przepoczwarza się w drapieżnego samca, przypominającego mokry sen każdego uległego, postanowił bez słowa wykonać polecenie. Zostawił buty i przeszedł do ascetycznego salonu. Kryształowe szklanki znalazł bez trudu. Złoty płyn pachniał dymnie i słodko. Oblizał nerwowo wargi, słysząc ciężkie kroki zbliżającego się mężczyzny. Odwrócenie się i spojrzenie w jego twarz zajęło mu kilka stanowczo zbyt długich sekund.

    — Wybacz... za najście. Zapomniałem telefonu. I jednak chciałem podziękować. Mimo wszystko — zamruczał cicho, wyciągając ku niemu szkło.

    — Fiodor — przedstawił się krótko mężczyzna, przejmując szklankę. Peter nawet nie zarejestrował cichego brzęknięcia kryształu.

    Rosjanin wypił alkohol duszkiem, siedząc już na brzegu łóżka. Rozciągnął z trzaskiem mięśnie potężnego karku. Jego naga, pokryta bliznami skóra wciąż lśniła od potu, ale prysznic musiał poczekać. Miał przed sobą zjawiskowego, młodego chłopca, który drżał, wręcz prosząc się o uwagę. Przerażone, butelkowozielone spojrzenie i nerwowo przygryzane wargi nie uszły uwadze Fiodora. Sięgnął po papierosa i zapalniczkę.

    — Potrzeba odwdzięczenia się drażni cię niesamowicie — mruknął, zaciągając się głęboko. Jego spojrzenie ściemniało, stając się na wskroś drapieżne. — Rozbierz się. Chcę cię zobaczyć nago.

    To nie była prośba. Miękki, rezonujący wschodnim akcentem ton łagodził żądanie, ale nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.

    Tyle zostało z elokwencji Petera. Opróżnił swoją szklankę w jednym, palącym przełknięciu, odstawiając kryształ na blat. Podszedł bliżej, czując, jak po raz pierwszy od dawna jego policzki zalewa gorący rumieniec. Pod ciężarem bezwzględnego spojrzenia Fiodora drżącymi palcami zaczął rozpinać guziki koszuli, odsłaniając jasną, gładką skórę. Szybko uciekł wzrokiem, nie mogąc znieść tej absolutnej, oceniającej dominacji. Patrzył na swoje dłonie, gdy zsuwał dżinsy przez wąskie biodra. Tym razem miał na sobie bieliznę – ciasne, turkusowe bokserki, które bezlitośnie uwydatniały pęczniejący już zarys jego członka.

    — Jesteś... pewien? — szepnął, czując na sobie palący wzrok mężczyzny.

    — Mmm, nie krępuj się — zachęcił Fiodor, chłonąc każdy centymetr odsłanianego ciała niczym wyschnięta ziemia wodę.

    Jego twarz pozostawała niemal spokojna, kryjąc mroczną fascynację. Dopiero gdy drżące palce Petera zsunęły ostatni fragment materiału, Fiodor uniósł szorstką dłoń. Przesunął opuszkami palców wzdłuż linii brzucha, od pępka, aż po sam nasadę sztywniejącego penisa. Ostatni raz zaciągnął się papierosem, po czym zgasił go w popielniczce. Wypuścił gęstą chmurę dymu prosto na nagą skórę chłopaka, pieszcząc ją tym ciepłym tchnieniem. Zza tej mgły wyłoniła się sylwetka Rosjanina. Jak wielki kot szykujący się do skoku, pochylił się i zamknął usta Petera w twardym, krótkim pocałunku, smakującym tytoniem i mocnym alkoholem.

    — Czekaj na mnie w łóżku. Idę pod prysznic — polecił cicho. Nie pytał. Wiedział, że chłopak posłusznie wsunie się w pościel.

    Peter stęknął prosto w ten twardy pocałunek, całkowicie zaskoczony jego natarczywością. Kiedy Fiodor go wyminął, zostawiając za sobą smugę ciężkiego zapachu, chłopak musiał zaczerpnąć gwałtownie powietrza. Cierpki posmak nikotyny na wargach był tak uzależniający, że odruchowo zlizywał go, przymykając oczy. Co on właściwie robił? Dlaczego dobrowolnie szedł w ogień, od którego miał uciekać? A jednak coś w surowej postawie Rosjanina sprawiało, że pragnął... spłonąć. Tłamsząc resztki zdrowego rozsądku, wsunął się na obszerne łóżko. Ułożył się na brzuchu, a przytłumione światło sypialni idealnie rzeźbiło krągłość jego piegowatych pośladków. Kiedy po dłużących się minutach drzwi łazienki otworzyły się, zawstydzenie wzięło górę. Przetoczył się na bok, nerwowo owijając się jedwabną kołdrą. Kasztanowe loki rozsypały się na poduszce, a on spoglądał spod nich, drżąc w oczekiwaniu.

    Pod strumieniami gorącej wody Fiodor toczył walkę z własnymi demonami. Chłopak budził w nim pragnienia, o których dawno zapomniał. Z trudem wyrzucał z głowy wizję zerżnięcia go na miejscu. Wypucowany z brudu i oleju, wyszedł do sypialni zupełnie nagi. Jego penis kołysał się bezwstydnie, na wpół uniesiony, potężny i wpisujący się w masywne proporcje jego wyrzeźbionego ciała. Podszedł do łóżka pewnym krokiem. Wsunął się na materac od strony nóg chłopaka, jego szorstkie palce złapały brzeg kołdry i zdarły ją z Petera, obnażając go całkowicie przed głodnym spojrzeniem.

    Peter westchnął z paniką, odruchowo podpierając się na łokciach i cofając. Musiał zachować choć pozory kontroli. Fiodor nie był wiele starszy, może z siedem lat, ale w jego surowych rysach i poszarpanej bliźnie krył się ciężar całego życia w mroku. Ta brutalność dziwnie przyciągała. Wbrew lękowi, Peter opadł z powrotem na poduszki. Zmrużył lśniące oczy i wyciągnął ramię, opuszkami palców dotykając twardej piersi Rosjanina. Kiedy powoli rozchylił ugięte nogi, zauważył, jak źrenice Fiodora rozszerzają się, pochłaniając resztki tęczówki. Odurzony tą nienazwaną dotąd władzą, zadrżał. Zwiększył nacisk, badając mięśnie pokrywające żebra Fiodora, po czym przesunął wewnętrzną stroną swojego uda po jego biodrze.

    To przełamało ostatnie bariery. Fiodor runął w dół, przygniatając go swoim ciężarem, i wpił się zachłannie w miękkie wargi. Pocałunek był miażdżący, mokry, brutalnie dominujący. Z cichym, zwierzęcym warknięciem oderwał się, chwytając zębami skórę na szyi Petera. Znaczył ją mocnymi ukąszeniami i wilgotnym śladem języka, zjeżdżając coraz niżej. Zatrzymał się przy napiętych z podniecenia, różowych sutkach, liżąc je i ssąc, aż chłopak wyginał się w łuk. Nagi, włochaty brzuch Fiodora tarł bezlitośnie o pulsującego członka Petera. Kiedy wreszcie Rosjanin znalazł się odpowiednio nisko, zarzucił szczupłe uda blondyna na swoje szerokie ramiona. Złożył kilka mokrych, palących pocałunków na wewnętrznej stronie ud, zanim objął ustami rozpalonego penisa.

    Peter wygiął się z głośnym, przeciągłym jękiem. Nienawiść do samego siebie wyparowała, spalona żarem pożądania. Ledwie gorący oddech owiał jego skórę, zadrżał spazmatycznie, a gdy Fiodor pochwycił w wargi jaskraworóżową żołądź, natrafiając językiem na drobny, srebrny kolczyk, chłopak wydał z siebie wysoki okrzyk. Złapał dłońmi ciemne włosy kochanka, ciągnąc z siłą, wymuszając bezwstydny rytm.

    Fiodor natychmiast wyczuł to żądanie i odpowiedział na nie głębokim, powolnym ssaniem, doprowadzając chłopaka na skraj wytrzymałości. Czuł, jak biodra Petera konwulsyjnie unoszą się w górę. Nie zamierzał mu jednak pozwolić na tak szybkie spełnienie. Wziął go do samych oporów gardła, aż zakrztusił się cicho, po czym cofnął usta, pozwalając, by wilgoć spłynęła po trzonie aż do moszny. Zakończył to kilkoma stanowczymi ruchami dłoni po śliskiej od śliny skórze. Zanim chłopak zdążył zaprotestować, Fiodor boleśnie ugryzł go w udo, odsunął się i gwałtownie odwrócił dygoczące ciało na brzuch.

    Szarpnął go w górę, łapiąc za biodra, brutalnie wymuszając pozycję na kolanach. Perfekcyjnie wyrzeźbione, piegowate pośladki uniosły się, podczas gdy twarz i klatka piersiowa Petera zostały wgniecione w poduszki. Fiodor wsunął szorstkie palce między napięte półkule. Splunął bezemocjonalnie prosto na wejście chłopaka. Ten dźwięk i mokry, chłodny dotyk w ułamku sekundy wywołały u Petera kolejną falę ogłupiającego dreszczu. Gdy Fiodor pochylał się do szafki nocnej, jeden z jego palców już wdzierał się do niespodziewanie ciasnego wnętrza. Rosjanin wydał z siebie niski pomruk skrajnej satysfakcji. Jedną ręką bezwzględnie rozciągał posłuszne, pulsujące mięśnie, drugą sprawnie nakładał prezerwatywę, chłonąc widok, który miał przed oczami.

    Peter dygotał, z twarzą ukrytą w obcej, pachnącej twardym życiem poduszce, na granicy wyczerpania zmysłów. Był rozdarty między strachem a obezwładniającą rozkoszą, która odbierała mu racjonalne myślenie. Wygięty pod nienaturalnym kątem, instynktownie wsunął własne dłonie pod brzuch, zaciskając palce na swoim mokrym członku, odcinając sobie drogę do samodzielnego spełnienia. Z każdym wepchnięciem palców Fiodora, chwytał zachłannie powietrze otwartymi ustami. Odczuwał nagle bolesną pustkę, gdy intruz się wycofał. Z ochrypłym jękiem sięgnął do tyłu, kładąc dłoń na swoim własnym pośladku i odchylił go mocniej, zapraszająco. Spojrzał przez ramię błyszczącymi od gorączki oczami, szukając aprobaty, ale zobaczył jedynie absolutny, drapieżny głód z powodu braku zaspokojenia.

    Fiodor oblizał spierzchnięte wargi. Patrząc na to zjawiskowe, ofiarowane mu ulegle ciało, splunął raz jeszcze, po czym wtarł ślinę wokół zaciśniętego pierścienia, bezwzględnie masując go kciukiem. Bez dłuższego ociągania naparł potężną żołędzią w rozszerzone mięśnie. Musiał zacisnąć zęby, by nie krzyknąć z rozkoszy, jaka otuliła jego twardość. Z warknięciem pchnął mocniej, a jego ciało przygniotło plecy Petera. Złapał dłoń chłopaka, wsuwając mu w usta własny kciuk.

    — Ssij — polecił chrapliwie.

    Wtargnął w niego w całości. Tamowany wcześniej popęd wylał się z Rosjanina falą czystej agresji. Jego biodra zaczęły pracować w brutalnym, niszczącym rytmie, forsując opór ciasnego, wibrującego wnętrza. Niemal natychmiast wyszarpnął dłoń Petera, unieruchamiając ją na jego plecach z wykręcającą stawy siłą, po czym przestał się kontrolować, rżnąc młodą powłokę z opętańczą intensywnością.

    Dla Petera myślenie przestało istnieć. Został tylko rwący oddech wymuszany potężnymi pchnięciami. Każde zderzenie promieniowało bólem w dole pleców, ale zaraz za nim podążała płonąca fala ekstazy. Bunt, strach i uległość stopiły się w jedną, napędzaną adrenaliną masę rozkoszy. Tępy ucisk grubej tkanki rozciągającej jego trzewia kumulował się w krzyżu, strzelał dreszczami po kręgosłupie. Jego członek ocierał się o prześcieradło przy każdym gwałtownym szarpnięciu. W ustach żarliwie ssał szorstki, słony palec oprawcy, a gdy zęby zacisnęły się na nim w geście ostatecznej utraty zmysłów, napiął wyćwiczone mięśnie i ześlizgnął się prosto w czarną, iskrzącą otchłań orgazmu.

    Jego wnętrze zacisnęło się w konwulsyjnych skurczach na członku Fiodora. To miażdżące ciśnienie pchnęło Rosjanina prosto w przepaść. Z jego gardła wyrwało się donośne warczenie. Wbił się najgłębiej jak potrafił kilkoma zwierzęcymi, bezlitosnymi uderzeniami i zesztywniał, pompując gorące nasienie w naprężoną powłokę.

    Ciała drżały jeszcze przez długie chwile. Fiodor powoli wysunął kciuk z warg wciąż spazmatycznie dyszącego chłopaka. Opadł niżej, klatką piersiową przyklejając się do jego spiętych pleców i zaczął z nowo narodzoną łagodnością całować wilgotny od potu kark Petera, na koniec delikatnie przygryzając jego skórę.

    Zsunął się z materaca, przysiadając na krawędzi łóżka i natychmiast sięgnął po papierosa. Bezceremonialnie ściągnął zabezpieczenie z wiotczejącego członka, a nagie, dygoczące ciało, które przed chwilą posiadł z taką furią, starannie przykrył luksusowym jedwabiem. Przez dłuższą chwilę zaciągał się dymem, gapiąc się przed siebie. Gdy poczuł na plecach roziskrzone spojrzenie zielonych oczu, odwrócił głowę. Peter wtulał się w jego poduszkę z taką rozkoszną ufnością, że Fiodor nie potrafił powstrzymać ciepłego uśmiechu. Wypuścił dym, pochylił się nad nim i złożył miękki pocałunek na spuchniętych wargach chłopaka.

    — Śpij, jutro się umyjemy — mruknął niskim głosem, przeczesując ciemne kosmyki z zaskakującą wręcz czułością, maskującą resztki zmęczenia na jego twardej twarzy.