sobota, 8 września 2012

Rozdział IX [Rage]

Przez jedną, ulotną chwilę Michael poczuł się jak zdrajca. Zamarł w bezruchu, gorączkowo analizując każde słowo, które przed momentem opuściło jego usta. Czyżby zdradził Jamesa? Nie, to niemożliwe. Przecież bardzo pilnował się, by nie chlapnąć niczym, co powinno pozostać tajemnicą. Odetchnął z wyraźną ulgą, chowając dłonie za plecami i splatając mocno palce. Uniósł się lekko na palcach, a następnie opadł na pięty, powtarzając ten ruch bezwiednie i kiwając się przy tym niczym skarcona uczennica pierwszej klasy.

— Rage, czy ja ci kiedykolwiek powiedziałem, że on jest gejem? Przepraszam, jeśli moja radość tak bardzo cię denerwuje, ale...

Słowa uwięzły mu w gardle. Dorian wyciągnął z kieszeni swój telefon i bez słowa wręczył go aktorowi, po czym całkowicie zignorował pisarza, przenosząc całą swoją uwagę z powrotem na jasnowłosego przyjaciela.

— Oj, młody... — zaczął malarz, kręcąc z niedowierzaniem głową. — Należy ci się solidna zjebka za opuszczenie zajęć. Ale jak patrzę na ciebie z tą miną cierpiącej dziewicy...

Uśmiechnął się szeroko i — dokładnie w ten sam sposób, co James niedługo wcześniej, o czym oczywiście nie mógł mieć pojęcia — mocno potargał blond czuprynę tancerza. W jego spojrzeniu kryła się czysta, braterska czułość.

— Jak babcię kocham, nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem cię aż tak radosnego.

Nie czekając na odpowiedź, przyciągnął Michaela do siebie, przerywając jego nerwowy taniec. Przytulił go z całych sił, a gdy go wypuszczał, złożył na jego czole głośny, ojcowski pocałunek.

— Masz wielkie szczęście, że jesteś cały. Tylko nie myśl, że na tym koniec. Jak tylko do ciebie wpadnę, opowiesz mi wszystko ze szczegółami, minuta po minucie — zapowiedział, czochrając go po raz ostatni, po czym odwrócił się, by spojrzeć na Rage'a.

Pisarz był jednak zbyt zajęty obsługą cudzego telefonu, by zwracać uwagę na czułości, jakie Dorian serwował Michaelowi. Przyłożył aparat do ucha, a gdy tylko usłyszał sygnał łączenia, odwrócił się na pięcie i odszedł kilka kroków w stronę zaparkowanego wozu. Oparł się o chłodną blachę i dopiero wtedy przeniósł wzrok na malarza, uśmiechając się do niego miękko, z dystansu.

— Cześć, Jamie. Dzwonię od Doriana, dlatego nie znasz numeru — zaczął swobodnie. — Nie miałbyś nic przeciwko, żebyśmy wpadli do ciebie na chwilę? Nie, nie martw się. Tylko ja i on.

Zrobił dłuższą pauzę, najwyraźniej słuchając zawiłych tłumaczeń przyjaciela. Uśmiech nie schodził jednak z jego twarzy. Postukał butem o chodnik, po czym w zamyśleniu spojrzał w niebo i cicho westchnął.

— Dobrze. To nastaw wodę, będziemy niedługo. Chcę mocną kawę. Tę najlepszą, jaką potrafisz zrobić, bo czuję się absolutnie skonany. Do zobaczenia.

Zakończył połączenie, odbił się od maski samochodu i podszedł do czekającej dwójki. Dał im wystarczająco dużo czasu na powitania i czułości, których i tak nie widział; teraz nadeszła jego kolej na spotkanie z przyjacielem. Wyciągnął rękę, oddając aparat Dorianowi.

— Dziękuję. Możemy jechać. Jamie czeka na nas z kawą i ciastem — poinformował ich obu, choć jechać zamierzał wyłącznie z fotografem. W duchu żywił szczerą, głęboką i niezbyt chwalebną nadzieję, że Michael nie wpadnie na genialny pomysł, by dołączyć do ich spotkania.

I oczywiście, że Michael miał na to ogromną ochotę. Aż go nosiło, by znów zobaczyć się z Jamesem. Jednakże szybko zrezygnował. Zbyt dobrze wyczuwał lodowate nastawienie Rage'a do swojej osoby, by ryzykować. Nie miał najmniejszego zamiaru narażać się temu groźnemu, powściągliwemu facetowi.

Posłał mu oszałamiający, pozbawiony cienia żalu uśmiech i pierwszy wyciągnął do niego dłoń na pożegnanie, ubiegając jakąkolwiek reakcję Doriana.

— Do zobaczenia w takim razie. Pozdrówcie ode mnie Jamesa i jeszcze raz podziękujcie mu za uratowanie mi dnia — wyrecytował z niezwykłą, aktorską lekkością.

Mogłoby się wydawać, że wizyta u "wybawiciela" absolutnie go nie interesuje. Jednak w jego głowie szalało tornado. Był potwornie zdenerwowany. Spodziewał się gradu ciężkich pytań od Doriana, gdy tylko ten wróci do domu, więc już teraz zaczął gorączkowo układać sobie w myślach bezpieczne wersje odpowiedzi.

Malarz przyjął nagły spokój Michaela z lekką rezerwą, ale pożegnał się z nim ciepło. Po odebraniu od Rage'a telefonu i wsunięciu go do kieszeni, w milczeniu skierował się do samochodu.

Rage zajął miejsce pasażera. W kabinie zapadła cisza. Dorian milczał, uruchamiając silnik. Miał mnóstwo do przemyślenia. Potrzebował chwili spokoju, ale równie mocno potrzebował rozmowy z tajemniczym, nowym opiekunem Michaela, by wreszcie ułożyć sobie w głowie kompletny obraz sytuacji.

— Nie podoba mi się to — stwierdził nagle Rage, gdy tylko wyjechali na ulicę. — Twój przyjaciel nazbyt wiele sobie wyobraża. Widzę to jak na dłoni.

Zabrzmiał odrobinę jak przewrażliwiona, zazdrosna panna, ale w tym momencie zupełnie go to nie obchodziło. Sam nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć i jak powinien zareagować. Na dodatek miał graniczące z pewnością przeczucie, że usłyszy od Jamesa standardową, męską śpiewkę: „Nic się nie działo, było po prostu miło, jak na zwykłym spotkaniu kumpelskim”. Przeniósł wzrok na Doriana i wbił w niego nachalne, badawcze spojrzenie.

— Co o tym sądzisz? — zapytał z wyczuwalnym niepokojem.

Chciał, by chłopak był z nim brutalnie szczery. Martwił się. Nie o Michaela, rzecz jasna, ale o Jamesa. Dlatego każdy, nawet najostrzejszy osąd dotyczący małego, upierdliwego blondynka był gotów przyjąć ze stoickim spokojem. Zresztą, swoje zdanie na jego temat zdążył już jasno wyrazić. Nie ukrywał, że chłopak drażni go do granic możliwości. I drażniłby go równie mocno, nawet gdyby Dorian nie istniał.

— James mieszka na strzeżonym osiedlu w szklanych wieżowcach — dodał pospiesznie, gdy tylko zorientował się, że malarz krąży bez celu, nie mając pojęcia, dokąd jechać.

Dorian słuchał go w milczeniu. Cierpliwie znosił tę tyradę, czekając, aż chłopak wreszcie wyrzuci z siebie wszystko i łaskawie wskaże mu kierunek. Gdy tylko padła nazwa osiedla, uśmiechnął się pod nosem i pewnie skręcił kierownicą. Musiał skupić się na miejskim ruchu, więc tylko rzadko zerkał na pasażera.

— Wiesz, nie podejrzewam, by oczekiwania Michaela miały tu jakiekolwiek szanse na przetrwanie. On tak ma. Zawsze. Kiedy tylko poznaje kogoś, kto potraktuje go odrobinę lepiej niż reszta, zapala się do nowej znajomości jak ognisko z suchego siana. I, dzięki Bogu, równie szybko gaśnie, bo większość tych jego "idealnych przyjaciół" okazuje się ostatecznie skończonymi dupkami — wyjaśnił spokojnie Dorian. Wzruszył lekceważąco ramionami. Nauczył się nie przejmować słomianym zapałem blondyna. — Wyciągnę z niego wszystkie szczegóły wieczorem, przy filmie i coli. To gdzie teraz? I przestań się tak trząść o tego swojego przyjaciela. Michaś jest po prostu naiwnym, zbyt szybko obdarzającym ludzi sympatią chłopaczkiem. Chcesz? Zrobię to dla ciebie i wybiję mu Jamesa z głowy.

— Żadnego wybijania — uciął ostro Rage, wskazując palcem bramę wjazdową i stróżówkę luksusowego osiedla.

To nie zazdrość nim kierowała. Ani w stosunku do Doriana, ani Jamesa. Dręczyło go coś zupełnie innego, niepokojącego, choć sam jeszcze nie potrafił ubrać tego w słowa.

— Poza tym, James nie jest dupkiem. Wiem, że go nie znasz i nie masz podstaw do oceny, ale zaufaj mi: nie zrobi krzywdy Michaelowi. A dla mnie jest... po prostu idealnym przyjacielem — dodał ciszej, wzdychając z ciężkim sercem.

Spojrzał przez szybę na znajomą budkę strażnika, gładki beton podjazdu i oszklone, przyciemniane wieżowce odbijające słońce. Dawno tu nie był. Zazwyczaj to James przychodził do jego zagraconego, blokowego mieszkania, by mogli w spokoju porozmawiać. Rage nie potrafił znieść obecności ojca fotografa — dyrektora uczelni, który swoim irytującym optymizmem i radością życia zbytnio przypominał mu Michaela.

Opuścił szybę, gdy tylko Dorian zatrzymał wóz przed opuszczonym szlabanem.

— My do Jamesa. Czeka na nas — mruknął do strażnika.

Mężczyzna w mundurze, który doskonale znał pisarza, na jego widok dosłownie spłonął rumieńcem. Bez słowa nacisnął guzik, otwierając przejazd.

— Zatrzymaj się przed drugim budynkiem. Boy parkingowy odprowadzi ci samochód do garażu podziemnego — poinstruował malarza.

— Weź się w końcu zdecyduj, dobrze? Raz ci przeszkadza, raz nie — rzucił Dorian z nutą irytacji. — Michael to dorosły człowiek. Zasługuje na to, by żyć po swojemu i popełniać własne błędy. Nie podoba ci się jego towarzystwo? Trudno. Postaram się, by wasze ścieżki przecinały się jak najrzadziej. Ale błagam cię, pozwól, by dla mnie pozostał przyjacielem — dokładnie tak samo, jak James dla ciebie. Po prostu zaciśnij zęby i przestań marudzić.

Zamilkł. Pozwolił Rage'owi na przeprowadzenie krótkiej wymiany zdań ze strażnikiem, a następnie ruszył powoli we wskazane miejsce. Miał jeszcze na końcu języka kilka cierpkich słów, ale milczał. Nie uważał, by obcy ludzie obsługujący podjazd byli odpowiednią widownią dla ich prywatnych, napiętych dyskusji.

Rage nie odpowiedział. Jedyne, na co było go w tej chwili stać, to zdawkowe i dość chłodne „mhm”. Czuł się potwornie nieswojo na samą myśl, że Dorian za kilkadziesiąt sekund stanie twarzą w twarz z Jamesem. Zagryzł wargę i czekał w milczeniu, aż malarz zatrzyma wóz, by móc wreszcie wysiąść.

Sam nie wiedział, czego tak naprawdę w tamtym momencie oczekiwał. Miał ochotę spotkać się z przyjacielem, a jednocześnie chciał udowodnić malarzowi, że... no właśnie, że co? Tego nie wiedział, a perspektywa spotkania w trójkę nagle przestała wydawać się dobrym pomysłem.

Kiedy tylko wysiadł, wsunął ręce do kieszeni i czekał, aż Dorian odda kluczyki młodemu, stanowczemu pracownikowi osiedla, który z wyraźnym zapałem szykował się do odstawienia sportowego cacka na podziemny parking. Pisarz wodził wzrokiem po malarzu, jakby spodziewał się kolejnej tyrady i złotych rad, czując się przy tym coraz bardziej jak kompletny kretyn.

Dorian rzucił kluczyki chłopakowi z obsługi, posyłając mu w podziękowaniu rozbrajający, uroczy uśmiech. Nie zamierzał go kokietować. Chłopak po prostu wydał mu się sympatyczny w swoim służbistym zaangażowaniu, więc nie widział powodu, by odmawiać mu ludzkiej życzliwości.

Ruszył za Ragem w stronę przeszklonego wejścia do wieżowca, wsuwając dłonie głęboko w kieszenie spodni. Kiedy znaleźli się w cichej, wyłożonej lustrami windzie, oparł się plecami o chłodną ścianę i spojrzał na aktora tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.

— To jak będzie? — zaczął wolno. — Postarasz się pozwolić innym na odrobinę własnego życia? Nie możesz z góry zakładać, że ktoś jest dla kogoś zły, a ktoś dobry. Ciekawy jestem, co byś powiedział, gdybym to ja z góry zjechał tego całego Jamesa, nawet go nie znając, tylko dlatego, że Michaś się z nim spotkał. Przecież to czysta hipokryzja, przyznaj sam.

Zamilkł. Miał dość prawienia morałów i uznał, że chłopak powinien dostać chwilę na przemyślenia. Sam z kolei nie mógł doczekać się konfrontacji. Był piekielnie ciekaw, jakiego to nowego „Super Przyjaciela” znalazł sobie w przerwie między zajęciami Michael.

— Możesz coś dla mnie zrobić, zanim wysiądziemy? — odezwał się nagle Rage.

Stanął na środku windy i wbił w malarza wzrok jeszcze intensywniejszy niż na parkingu. W jego czarnych oczach doskonale było widać szalejące myśli, goniące się w panice jak stado wściekłych psów. Ręce trzymał opuszczone wzdłuż ciała, ale nie garbił się i nie wyglądał na spłoszonego.

Dorian miał całkowitą rację. Niepotrzebnie przejmował się tym wszystkim aż do tego stopnia. Nie był przecież jasnowidzem, a jedyne, co nim w tej chwili kierowało, to mroczne, niejasne przeczucia względem całej tej poplątanej sytuacji.

— Słucham — odparł spokojnie Dorian.

Nie ruszył się od ściany. Nie miał zamiaru. Jego dłonie nadal tkwiły głęboko w kieszeniach, co skutecznie trzymało je z dala od ciała chłopaka. Rage chciał przecież zachować dystans, prawda? Zakomunikował to nader wyraźnie, gdy wysiadali pod domem Michaela. Dorian potrafił doskonale kodować takie granice i starał się ich przestrzegać. Zmierzył aktora powolnym, badawczym spojrzeniem z góry na dół. Czekał na jego słowa z dziwnym przeczuciem, że za chwilę chłopak wypali z czymś całkowicie irracjonalnym.

— Przytul mnie.

Wypowiedział te dwa słowa bez cienia zawahania, robiąc krok w stronę Doriana. Nie wykonał jednak żadnego innego ruchu, by przyspieszyć fizyczny kontakt. Prosił o coś do bólu prozaicznego — nie o dziki seks w windzie, nie o namiętny pocałunek, choć zaledwie pół godziny wcześniej ich ciała płonęły z pożądania. Patrzył Dorianowi głęboko w oczy. Na jego twarzy nie było ani uśmiechu, ani grymasu smutku. Był absolutnie opanowany i z tym opanowaniem czekał, aż jego prośba zostanie spełniona. Potrzebował tego tu i teraz. Kotwicy.

Dorian musiałby być wyzbytym z uczuć potworem, by mu odmówić. Ten drażniący go chłopak zdążył stać mu się na tyle bliski, że malarz nie potrafił obrócić tej prośby w żart ani okazać mu chłodu, widząc, że Rage po prostu potrzebuje odrobiny bezpieczeństwa i upewnienia, że świat wcale się nie wali.

Odepchnął się od ściany, podszedł do chłopaka i zamknął go w mocnym, ramiennym, na wskroś przyjacielskim uścisku, pozbawionym jakiegokolwiek seksualnego podtekstu.

— To ciągłe zamartwianie się zabija w tobie ludzkie odruchy, wiesz? — zamruczał miękko wprost do jego ucha.

Tylko mruknął. Nie pocałował go. Nie prowokował. Wyczuwał, że Rage nie ma teraz przestrzeni na takie gesty, więc nie przekraczał wyznaczonej granicy.

Kiedy winda zatrzymała się na odpowiednim piętrze z cichym sygnałem dźwiękowym, uwolnił chłopaka z objęć i ponownie wsunął dłonie do kieszeni. Z lekkim, pokrzepiającym uśmiechem czekał, aż pisarz pierwszy przekroczy próg i poprowadzi go na to wiekopomne spotkanie.

Rage czuł, że mógłby stać w tym uścisku znacznie dłużej. Ten czysty, przyjacielski gest wcale nie pomógł mu tak bardzo, jak naiwnie zakładał. Milcząc, potwierdził słowa Doriana skinieniem głowy i ruszył przed siebie korytarzem. Skierował się do jedynych drzwi znajdujących się na tym piętrze — potężnych, fornirowanych drzwi prowadzących do apartamentu Jamesa.

Nie było tu wylewnego komitetu powitalnego, jak w przypadku wizyty u Michaela. James nie stał w progu z otwartymi ramionami. Rage musiał zadzwonić.

Dopiero po chwili z głębi mieszkania dobiegły ich pospieszne kroki. Zamki odskoczyły, a drzwi otwarły się szeroko.

Stanął w nich wysoki, dobrze zbudowany blondyn. Fizycznie stanowił całkowite przeciwieństwo drobnego, rozchichotanego tancerza. Do ich nosów natychmiast dotarł intensywny zapach świeżo mielonej, parzonej kawy. James uśmiechał się, co dla pisarza było sygnałem uspokajającym, nawet pomimo braku euforycznej radości.

— Kawa prawie wam wystygła — rzucił na powitanie i odsunął się, przepuszczając Rage'a. Pisarz bez wahania zniknął w głębi przestronnego przedpokoju.

Z Dorianem James musiał jednak rozegrać oficjalne starcie. Mijanie się z obojętnością na uczelnianych korytarzach i ignorowanie szkolnych plotek to jedno, ale wejście na własne terytorium wymagało twardych, męskich zasad. Fotograf odsunął się od drzwi, robiąc malarzowi miejsce, i wyciągnął w jego stronę dużą dłoń, wciąż posyłając mu badawczy, choć przyjazny uśmiech.

Dorian skinął głową z chłodnym szacunkiem. Nie oczekiwał fanfar ani czerwonego dywanu, więc powitanie uznał za naturalne. Przekroczył próg i bez wahania uścisnął wyciągniętą dłoń, potrząsając nią pewnie i mocno.

— Dorian. Nie wiem, jak to się dalej ułoży, ale póki co — miło mi cię wreszcie poznać osobiście — powiedział.

Znał tego faceta z widzenia, to fakt, ale nie przypominał sobie, by kiedykolwiek weszli sobie w drogę. Przyglądał się Jamesowi uważnie, z nieskrywanym zainteresowaniem. Chciał wyrobić sobie własne zdanie, zanim wyda ostateczny wyrok, a do tego musiał go najpierw wysłuchać i skonfrontować z jego wersją dzisiejszych wydarzeń. Na twarzy malarza błąkał się uprzejmy, choć czujny uśmiech. Nie miał przecież powodu, by pałać do niego nienawiścią. Wyznawał prostą zasadę: albo daje się ludziom szansę, by się poznać, albo uderza na nich z podrywem i sprawdza, z jakiej gliny są ulepieni.

A ten tu wydawał się normalnym, rozsądnym, twardo stąpającym po ziemi facetem. Dokładnie z takich ludzi rekrutowali się najlepsi kumple.

— James, ale to już pewnie doskonale wiesz.

Fotograf uśmiechnął się szerzej, wskazując wolną dłonią na otwartą przestrzeń nowoczesnego salonu.

Rage zdążył już opanować kanapę i, co ważniejsze, zagarnąć dla siebie jeden z kubków z parującą kawą, której tak rozpaczliwie potrzebował jego otumaniony lekami organizm. Siedział cicho, zafascynowany czarnym płynem i chłonąc jego aromat jak tlen.

— I nie, nie musisz zdejmować butów — dodał pospiesznie James, widząc zerkającego na podłogę Doriana. Kompletne zdezorientowanie Michaela w tej kwestii zaledwie godzinę wcześniej mocno go rozbawiło, wolał więc uprzedzić kolejnego gościa, by nie psuł sobie tym głowy.

Zamknął za nimi drzwi, upewniając się, że zamki kliknęły, i poczekał, aż Dorian zrzuci kurtkę i znajdzie dla siebie wygodne miejsce. Sam skierował się z powrotem do strefy kuchennej, by skompletować zastawę i dostarczyć im obiecane do kawy słodkości.

Przy okazji pozwolił Dorianowi — celowo czy nie — dokładnie zlustrować swoją sylwetkę. Po wyjściu Michaela zdążył wziąć szybki prysznic, zmienić przepoconą koszulkę i nieco ujarzmić sterczące we wszystkie strony blond włosy. Wrócił do salonu z dużym, ceramicznym talerzem pełnym pokrojonego ciasta. Postawił go na środku szklanego stolika i z głuchym stęknięciem opadł na wolny, skórzany fotel. Zapiął zielone, bystre spojrzenie na twarzy malarza.

— No, więc? Co was sprowadza w moje skromne progi? W dodatku razem? Bo jeśli chodzi o powody... — przygryzł wargę, ledwo powstrzymując kpiący śmiech. — Dobrą nowinę już w zasadzie znam.

Rage, usłyszawszy to, brutalnie zakrztusił się gorącą kawą i na ile tylko pozwalał mu kaszel, posłał przyjacielowi mordercze, czarne spojrzenie.

Oczywiście, że Dorian zlustrował go dokładnie, od stóp do głów, gdy ten szedł do kuchni po ciasto. Był wzrokowcem, nie potrafił funkcjonować inaczej. Rozsiadł się na jednym z foteli i również sięgnął po swój kubek. Kawa pachniała tak obłędnie, że zignorował fakt, iż mogła być jeszcze za gorąca.

Słysząc pytanie Jamesa, nie odezwał się natychmiast. Skoro pytanie teoretycznie było wymierzone w Rage'a, poczekał. Obserwował dławiącego się pisarza w milczeniu, a gdy James napomknął o „dobrej nowinie”, uśmiechnął się do wnętrza swojego kubka.

— Michael — rzucił krótko, przenosząc rozbawiony wzrok to na jednego, to na drugiego. — Zgadłem? Michael i ta jego nieposkromiona, absolutnie irytująca chęć uszczęśliwiania świata i egzaltowania się dobrem bliźnich.

Pokręcił z rezygnacją głową, śmiejąc się cicho, po czym upił solidny łyk. Jakoś w ogóle nie przeszkadzało mu to, że James z całą pewnością wiedział już o wszystkim, co wydarzyło się między nim a aktorem.

Rage milczał jak zaklęty. Wpatrywał się to w Doriana, to w Jamesa, z twarzą pozbawioną wyrazu. Mimo to świadomość, że James już wie i nie robi z tego afery, przyniosła mu gigantyczną, upragnioną ulgę. Nareszcie miał pewność, że chociaż przed nim nie musi grać kolejnego spektaklu.

— To bardzo fajny chłopak. Chociaż bywa, że gada znacznie szybciej, niż myśli — stwierdził James, obracając w dłoniach kubek. Zwracał się wyłącznie do Doriana. To on, zdaniem fotografa, miał prawo być najbardziej ciekawy i zaniepokojony. — Bardzo miło spędziło mi się z nim dzisiejsze południe. Pewnie jeszcze kiedyś wyciągnę go na miasto... O ile oczywiście ty nie będziesz miał nic przeciwko temu, bo odniosłem silne wrażenie, że w wielu kwestiach młody polega niemal wyłącznie na twojej opinii.

Był szczery. Tak, jak wspomniał blondynowi w łazience — nie zamierzał przed nikim ukrywać, że bawił się świetnie.

— A co do jego uszczęśliwiania świata... jego entuzjazm bywa potwornie zaraźliwy. Odkąd wyszedł z tego mieszkania, łapię się na tym, że nie mogę przestać się uśmiechać do samego siebie.

Dodał to cicho, podciągając nogi i siadając w głębokim fotelu po turecku. Oparł zrelaksowane dłonie na kolanach. Kawy nie pił; nie czuł już potrzeby kofeiny.

Taka opinia o Michaelu, i to z ust najbliższego, rzekomo brutalnego przyjaciela Rage'a? To była naprawdę odświeżająca odmiana. Dorian wyczuwalnie rozluźnił mięśnie ramion. Patrzył na wciąż zestresowanego, ukrytego za kubkiem pisarza z nutą rozbawienia. Biedaczysko, pewnie zaraz zejdzie na zawał. Skupił się jednak z powrotem na Jamesie. Jego swobodny, wyzbyty z uprzedzeń stosunek do życia coraz bardziej przypadał mu do gustu.

— Tak, wiem o tym doskonale — przyznał malarz. — Znam go od dzieciaka. Za każdym razem, gdy wpadam w dołek, wystarczy mi godzina w jego chaotycznym towarzystwie, żebym wrócił do żywych. Powiedz mi tylko jedną, zasadniczą rzecz: nie narobisz sobie przez niego problemów u swoich kolegów? Wiesz... jeśli cokolwiek się posypie, możesz na mnie liczyć. Te dupki spod wydziału boją się ze mną zadzierać, i mają ku temu solidne powody.

To nie były puste słowa; deklaracja pomocy była absolutnie autentyczna i poważna.

— A wiesz co ci powiem na ten temat? Michael to wolny człowiek. Zdaję sobie sprawę, że ufa mi w stu procentach i słucha moich rad, ale to wyłącznie jego sprawa, z kim i kiedy chce się spotykać. Nie mam zamiaru ingerować w waszą świeżą znajomość — kontynuował Dorian, twardo stawiając sprawę. — Jeśli go rozczarujesz, po prostu posklejam go do kupy. Jeśli go skrzywdzisz, obiję ci mordę, że własny ojciec cię nie pozna. Ale jeśli faktycznie będziecie się świetnie dogadywać i dobrze bawić... będę się z tego tylko cieszył. Jasne?

— Wyjaśniłem mu już wprost: jeżeli moja wesoła gromadka zacznie rzucać w naszą stronę przytykami, to będę wręcz skłonny przyznać im rację. Zrobią ze mnie geja? W porządku. Zrobią ze mnie jego chłopaka? Proszę bardzo, niech się bawią. Dam sobie z nimi radę. Poza tym dni ich pobytu na uczelni są już policzone i wylecą stamtąd z hukiem, bo niestety, Michael nie jest jedynym dzieciakiem, którego regularnie napadają i z którego robią sobie tarczę strzelniczą — odpowiedział James.

Jego słowa brzmiały twardo i poważnie. Nie spinał się; nie musiał ukrywać swoich prawdziwych uczuć. Zdążył już wszystko przemyśleć i doszedł do chłodnego, racjonalnego wniosku, że bliskość blondyna po prostu sprawia mu przyjemność. Jak wielką? Tego zamierzał się dowiedzieć w swoim czasie.

— I uprzedzając groźby: nie mam zamiaru go skrzywdzić. To chodząca, naiwna niewinność. Zresztą, ja z natury nie wydaję wyroków, zanim sam się nie przekonam, jak jest naprawdę. Masz zresztą na kanapie na to żywy dowód.

Wskazał dłonią na milczącego Rage'a i uśmiechnął się do niego ciepło, uspokajająco. Następnie wstał z fotela powoli i podszedł do kanapy. Usiadł obok pisarza i z zaskakującą, niewymuszoną lekkością objął go ramieniem, przyciągając do siebie.

Rage drgnął, nie kryjąc szoku. James nigdy wcześniej tego nie robił. Owszem, w zaciszu pokoju poklepywał go po plecach, czasami przytulał, gdy świat pisarza walił się w gruzy, ale nigdy, przenigdy nie okazywał mu fizycznego wsparcia w obecności osób trzecich, zwłaszcza kogoś takiego jak Dorian.

James chciał mu tym prostym gestem przekazać jedną, fundamentalną rzecz: Nadal tu jestem. Chciał mu udowodnić, że mimo tego, że być może wszedł na nową, nieznaną ścieżkę z Michaelem i będą spędzać ze sobą mniej czasu, Rage wciąż był jego priorytetem.

Ta zszokowana, wielkooka mina Rage'a podziałała na Doriana jak najlepszy gaz rozweselający. Obaj wyglądali tak, jakby właśnie zostali przyłapani na czymś potwornie kompromitującym. Malarz nie skomentował jednak tej nagłej czułości; nie chciał wpędzać pisarza w jeszcze większe, niepotrzebne zakłopotanie.

— James, wydajesz się facetem, który ma jaja na właściwym miejscu i doskonale wie, czego chce od życia. Nic mi do tego, z kim i dlaczego spędzasz czas, więc... mamy układ — skwitował to ostatecznie.

Wzruszył szerokimi ramionami i opróżnił kubek z kawą do dna. Odstawił ceramikę na ławę, po czym wreszcie sięgnął po obiecany kawałek ciasta. Nie widział powodu, by odmawiać darmowych kalorii. Wgryzł się w grubą warstwę masy, odruchowo przymykając oczy. Gładka, lodowata tekstura i uderzenie cukru podziałały na jego zmysły kojąco.

— Cholernie dobre — wymamrotał z pełnymi ustami, uśmiechając się przepraszająco.

Zamilkł. Nie zamierzał więcej strzępić języka, gdy właśnie miał okazję w spokoju delektować się kulinarnym arcydziełem.

— Czy ja wiem, czy zawsze wiem, czego chcę? Szczerze mówiąc, w tej chwili nie za bardzo. A ciasto robiłem sam. — James westchnął, pieszczotliwie tarmosząc ciemne włosy Rage'a. — Tak to bywa, kiedy człowiek nudzi się sam w pustym apartamencie i wyczerpał już wszystkie inne, produktywne opcje, by czymś zająć zręczne palce. I nawet nie pytaj, czym jeszcze się zajmuję w wolnym czasie.

Opuścił ramię, uwalniając pisarza z uścisku, by poprawić pozycję na głębokiej sofie i umościć się wygodniej. Przesiadł się w taki sposób, by doskonale widzieć obu swoich gości.

— Mówiłem ci rano, żebyś tak nie robił... — jęknął z rezygnacją Rage prosto w kubek, opierając się na krawędzi ławy. Nie brzmiał na rozzłoszczonego, raczej na skrajnie zirytowanego rutyną. Ile razy mógł powtarzać tę samą śpiewkę? Rozumiał dziwną fiksację Jamesa na punkcie jego włosów, ale ten pieszczotliwy, ojcowski gest, wykonywany całkowicie bez celu, działał mu na nerwy.

— Michaś wcale nie narzekał, a tobie wizyta u dobrego fryzjera przydałaby się bardziej niż jemu — zaśmiał się głośno blondyn. Posłał Dorianowi wymowne, porozumiewawcze spojrzenie. Według niego Rage potrzebował nie tylko ostrego cięcia, ale generalnego remontu, który doprowadziłby jego zrujnowany wizerunek do porządku.

Owszem, James nie był na tyle blisko, by wyczytać z bladej twarzy przyjaciela te subtelne, zatarte już ślady głębokiego spełnienia, jakiemu przed chwilą oddawał się w ramionach malarza. Widział jednak coś znacznie gorszego — przerażające, wżerające się w oczy zmęczenie, zwiastun powracającego na pełnych obrotach, depresyjnego epizodu.

James zawsze był człowiekiem boleśnie szczerym. Typem, który mówi o wiele za dużo, nierzadko wyprzedzając własne myśli, i nie zważa na to, czy sytuacja tego od niego wymaga. Dorian słuchał jego wywodów z szerokim uśmiechem. Ten facet z każdą minutą przypadał mu do gustu coraz bardziej. A fakt, że Rage obok siedział naburmuszony i — gdyby tylko mógł — najchętniej udusiłby przyjaciela za tak swobodne, kompromitujące zachowanie przed jego nowym kochankiem, wprawiał malarza w stan mściwej, euforycznej wesołości.

— I widzisz, Rage? — zaczął Dorian, opierając łokcie na kolanach. — Michael nie protestował ani razu, kiedy James bawił się w stylistę fryzur. Dlaczego więc ty znowu robisz z tego aferę?

Malarz roześmiał się cicho, ale krótko. Nie chciał wywoływać burzy w szklance wody o głupotę. Zwrócił się z powrotem do fotografa:

— Masz moje oficjalne słowo, James, że za okrągły tydzień nie poznasz tego człowieka. Osobiście zagonię go do fryzjera, zmuszę go do odespania tych worów pod oczami i... mniejsza zresztą o to, co mu jeszcze zafunduję, bo to i tak raczej cię ominie.

Zakończył to obiecujące przemówienie, posyłając Rage'owi tak uwodzicielskie, bezwstydne spojrzenie, że w powietrzu aż zaiskrzyło. Gdyby tylko James nie okupował kanapy, Dorian bez cienia skrępowania zająłby miejsce tuż obok pisarza i, mimo jego otwartej niechęci do takich pokazówek, wymierzyłby mu namiętny, długi pocałunek. A co mu zależało?

Rage zaszurał zębami tak mocno, że dźwięk tarcia szkliwa rozniósł się po cichym salonie. I bynajmniej nie wynikało to z faktu, że nie znosił wizyt u fryzjera czy miał opory przed odpoczynkiem. To właśnie słowa Doriana, a zwłaszcza to bezczelnie urwane w połowie, naładowane erotycznym podtekstem zdanie, sprawiły, że jego policzki zapłonęły gwałtownym szkarłatem.

Gdyby rozmawiali w ten luźny, prowokujący sposób przed południem na uczelni — zanim rozszarpali się nawzajem z pożądania w mieszkaniu — przyjąłby te żarty z lodowatym opanowaniem. Ale teraz, mając w pamięci każdy ruch dłoni Doriana na swoim nagim ciele, czuł się całkowicie zdemaskowany. Przymknął oczy, by odciąć się od wizji, które właśnie eksplodowały w jego umyśle.

— Nie mam nic przeciwko pójściu do fryzjera. W zasadzie od dawna planowałem dłuższą wyprawę na zakupy. Nienawidzę kręcenia się po galeriach, ale kończą mi się czyste rzeczy, więc to zrobię — wycedził, mając na myśli konieczność wymiany połowy swojej garderoby. Jego ubrania powoli zaczynały przypominać worki pokutne. Nigdy nie przejmował się fasadą, ale czasami, w takich właśnie banalnych, prozaicznych momentach, uświadamiał sobie z bólem, jak bardzo pozwolił sobie na zaniedbanie.

Opadł ciężko na oparcie, a po chwili bez oporów zwalił głowę na ramię Jamesa, nie otwierając oczu.

— Po prostu fatalnie się czuję. Prawie w ogóle nie spałem w nocy — mruknął cicho.

W jego głosie nie było jednak ani grama użalania się nad sobą. Kofeina nie spełniła swojego zadania; zamiast go pobudzić, jedynie uwypukliła potworne, ciągnące w dół fizyczne zmęczenie.

James automatycznie, opiekuńczo objął go ramieniem, przyciągając jego ociężałe ciało do swojego boku. Z jego twarzy zniknął jakikolwiek ślad rozbawienia; zapanowało na niej ciężkie, analityczne zamyślenie.

— To jasne jak słońce. Położysz się u mnie w sypialni, po prostu się prześpisz. Ja w tym czasie w spokoju pogadam sobie z Dorianem. A kiedy wstaniesz... albo pojedziecie razem do ciebie, albo sam odwiozę cię na osiedle. Albo zostaniesz u mnie na noc. Jak wolisz. Nie widzę w tym najmniejszego problemu — zarządził łagodnie fotograf.

Delikatnym, uspokajającym ruchem odgarnął nachalne kosmyki z czoła przyjaciela i przeniósł w pełni poważne, oceniające spojrzenie na Doriana, jakby czekał na jego milczącą aprobatę.

Zanim ktokolwiek z nich zdążył się odezwać i skomentować ten nowy plan, salon wypełnił się miarowym, wyjątkowo donośnym chrapaniem wyczerpanego Rage'a.

piątek, 7 września 2012

Rozdział VIII [Rage]

Rage poczuł rozlewające się w piersi ciepło. Słyszał w swoim życiu podobne wyznania dziesiątki razy. Często żałował chłopaków, którzy zdobywali się na takie deklaracje, zatracali się w nim bez pamięci, by ostatecznie zderzyć się z chłodnym odrzuceniem. Tym razem jednak nie poczuł znajomego, dławiącego ucisku niechęci.

Uśmiechnął się delikatnie. Przełknął ślinę, by zwilżyć gardło wysuszone ciężkim, pourywanym oddechem, i powoli odkleił się od wilgotnego ciała Doriana. Spojrzał mu prosto w twarz.

— Podoba mi się, kiedy tak mówisz — wyszeptał z namysłem.

Przesunął dłonią po czole malarza, ścierając z niego drobne kropelki potu. W tej właśnie chwili czuł się absolutnie władczo. Nie miało znaczenia to, że przed sekundą Dorian wziął go i całkowicie zdominował. Po tym cichym, mrocznym wyznaniu pisarz poczuł się silniejszy, stabilniejszy emocjonalnie. Gdzieś w środku uśpiony instynkt krzyczał, by odpowiedział równie słodkimi słowami, które wcale nie byłyby kłamstwem. Malarz działał na niego jak twardy narkotyk. Kochał smak jego ust i zapach skóry, gdy mieszał się z wonią podniecenia, jakie w nim budził.

Zdecydował jednak zachować powściągliwość. Nie chciał rzucać słów na wiatr. Nie chciał składać obietnic, których złamanie mogłoby skrzywdzić ich obu, a ucieczka zawsze była jego najsilniejszym mechanizmem obronnym. Wpatrywał się w twarz Doriana z miękkim uśmiechem, w którym wciąż tliły się resztki fizycznego spełnienia. Przymknął na moment oczy i leniwie poruszył biodrami, przywołując w pamięci doznania sprzed kilku minut.

— Jesteś jak nienasycona ziemia po latach suszy — zamruczał Dorian. Wodził wzrokiem po nagim, rozgrzanym ciele Rage'a, a na jego wargach błąkał się uśmiech czystej satysfakcji. — Jak kwiat, który łaknie seksu niczym nawozu potrzebnego do życia, do kwitnienia. Podoba mi się to. Nawet bardzo.

Nagle jego uśmiech zniknął, zastąpiony przez chłodną, wyrachowaną powagę.

— Ale nie możemy kochać się raz za razem i zapominać o całym świecie. Nie dostaniesz ode mnie takiego związku. Musisz na to zasłużyć. Musisz tęsknić za moim ciałem. Musisz o nim śnić nocami. Dopiero wtedy spełnienie będzie kompletne. Dopiero wtedy docenisz naprawdę rozkosz, jaką potrafię ci dać.

Jego ton był tak pewny i niezachwiany, że nawet największy ignorant uznałby te słowa za prawdy objawione. Dorian dokładnie tak czuł. Taka była jego życiowa polityka — dawał z siebie wiele, obezwładniał, ale pozwalał, by to tęsknota i brak podsyciły pragnienia partnera do granic wytrzymałości.

Przesunął dłońmi po klatce piersiowej Rage'a, wędrując w stronę jego szyi, by zaraz potem zjechać w dół, zatrzymując się w zagłębieniu między udem a brzuchem chłopaka.

— Ubierz się. Pojedziemy sprawdzić, co z Michaelem. Mam też ochotę na spaghetti, a absolutnie nie chce mi się dzisiaj gotować — rzucił.

To nie była prośba. To było polecenie. By jednak dodatkowo zmotywować pisarza, Dorian uśmiechnął się wrednie, chwycił go za podbródek i złożył na jego ustach krótki, prowokujący pocałunek.

— Chyba że wolisz czekać na kolejne zbliżenie okrągły tydzień...

Chociaż wywód malarza był długi, w głowie Rage'a echem odbijały się tylko cztery słowa: „Nie dostaniesz takiego związku”. Wywołały one nieprzyjemny, lodowaty skurcz w żołądku. Skrzywił się mimowolnie, ale z ogromnym wysiłkiem przywołał na twarz maskę doskonałego opanowania i skinął głową, akceptując warunki. Nie miał innego wyjścia.

Westchnął w usta Doriana, oddając mu przelotny pocałunek, i bez słowa zsunął się z jego kolan na podłogę. Nogi miał wciąż nieco chwiejne. Przeciągnął się leniwie i w milczeniu ruszył do swojej sypialni, z przyklejonym, neutralnym uśmiechem. Nie dbał o to, by doprowadzić się do idealnego ładu. Świadomość, że będzie musiał skonfrontować się z Michaelem — żywym dowodem innego, równie ważnego dla Doriana życia — wcale nie pomagała mu uspokoić nieprzyjemnych, narastających przeczuć.

Wciągnął na siebie pierwsze lepsze ubrania, które znalazł na krześle. Wyglądał, jakby ktoś przepuścił go przez magiel, ale zupełnie się tym nie przejmował. Przeczesał ciemne włosy palcami, byle tylko z grubsza ujarzmić chaos, i wrócił do salonu. Oparł się ramieniem o futrynę, spoglądając na wciąż półnagiego fotografa.

— Możemy iść — stwierdził krótko i ziewnął, nie ukrywając zmęczenia. W tej chwili marzył raczej o zapadnięciu w sen pod grubą kołdrą niż o jakichkolwiek wycieczkach po mieście.

Chciał dodać coś jeszcze, ale jego słowa przerwał ostry dźwięk stacjonarnego telefonu.

— Przepraszam cię na chwilę — burknął, zastanawiając się, kto do diabła dzwoni na numer domowy o tej porze.

Podniósł słuchawkę, odwracając się frontem do Doriana i zawieszając na nim uważne spojrzenie.

— Słucham? — powiedział do słuchawki. Po sekundzie przymknął oczy z ulgą, słysząc znajomy, nieco zaniepokojony głos przyjaciela. — Nic mi nie jest, Jamie. Przyjadę do ciebie, jak tylko znajdę wolną chwilę, to pogadamy, dobrze? Pozdrów tatę.

Na sam koniec uśmiechnął się tak ciepło i szczerze, że James po drugiej stronie linii z pewnością musiał to wyczuć. Odłożył słuchawkę na bazę.

Korzystając z faktu, że pisarz wyszedł z salonu, Dorian zdążył wciągnąć na siebie bieliznę i spodnie. Podobało mu się posłuszeństwo, jakie ostatecznie zaprezentował Rage. Niewielu było na świecie takich facetów — potrafiących zawalczyć o swoje zdanie, zachować dumę, a jednocześnie z taką gracją okazać całkowite poddanie w odpowiednim momencie.

Kiedy aktor wrócił do pokoju, Dorian już stał, gotowy wyjść. Chciał go przytulić i podarować mu w nagrodę solidnego całusa, ale dźwięk telefonu skutecznie zepsuł ten moment.

Zamarł w bezruchu, wpatrując się w Rage'a i wyłapując strzępki jednostronnej rozmowy. „Jamie”. Czyżby to był ten sam James, który rano bawił się w obrońcę Michaela? Jeśli tak, to wspaniale, troskliwa z niego bestia. Jednak to nie imię uderzyło Doriana najbardziej. To ton, jakim Rage rozmawiał z przyjacielem, i ciepły uśmiech na jego twarzy sprawiły, że ostry, lodowaty sztylet zazdrości bezlitośnie przeszył duszę malarza.

Dlaczego to czuł? Przecież byli z pisarzem dopiero na etapie budowania fundamentów, nie powinien reagować tak zaborczo!

Odczekał w milczeniu do końca połączenia. Kiedy słuchawka wróciła na swoje miejsce, podszedł do chłopaka sprężystym krokiem i jednym, władczym ruchem przyciągnął go do siebie, oplatając ramię wokół jego talii.

— Ledwie z ciebie wyszedłem, a ty już umawiasz się na moich oczach z jakąś dupą? — warknął nisko, tonąc spojrzeniem w czarnych oczach pisarza, mrużąc przy tym groźnie powieki.

— Owszem. I tak właściwie zastanawiam się, czy nie poprosić cię, żebyś mnie do niego podrzucił, zanim łaskawie ruszysz na poszukiwania Michasia — odparował Rage, a w jego głosie zadźwięczała czysta złośliwość.

On sam czuł się podobnie za każdym pieprzonym razem, gdy Dorian wspominał o blondynku z nieznośną troską w najmniej odpowiednich momentach. Po chwili z jego twarzy zniknęła jednak wrogość. Uśmiechnął się delikatnie i oparł czoło o pierś malarza z głębokim, zmęczonym westchnieniem.

— Dorian. Nawet gdybym chciał, to nie potrafię. Nie będę umawiać się z innymi... to by mnie zgubiło — wyszeptał rozbrajająco szczerze.

Chciał mieć tylko Doriana. Chciał pozostać lojalny i nie wystawiać się na pokusy. Między innymi właśnie dlatego tak mocno raniła go myśl, że ten chłopak musi wciąż niańczyć Michaela, jakby ten dwudziestoletni facet nie posiadał własnego instynktu przetrwania. Nie oczekiwał, że Dorian porzuci przyjaciela na jego rzecz, ale to małe, zaborcze pragnienie zostało już zasiane i powoli zapuszczało w nim korzenie.

Nie odwzajemnił uścisku Doriana. Oparł się o niego niemal bezwładnie, czerpiąc z jego ciepła.

— James to mój przyjaciel. A jeśli wie, że jestem gejem i nadal trzyma moją stronę, to znaczy, że jest przyjacielem wybitnym. Nigdy nie rzucił we mnie złym słowem. Nie masz się absolutnie czego obawiać. Nie mam zamiaru się puszczać.

Dorian wypuścił z płuc długi, ciężki oddech, który echem rozszedł się po niewielkim salonie.

— Rage... mówisz mi o wierności, składasz deklaracje, a nawet nie masz ochoty mnie przytulić. Mam się wściec? Nawrzeszczeć na ciebie? A może po prostu nakazać ci, żebyś mnie objął?

Malarz nie był zły. Jego uwaga o umawianiu się z „dupą” ociekała wrednością wyłącznie dlatego, że irytowało go to nowe, niechciane uczucie zaborczej zazdrości. Co z tego, że ten facet opanował jego myśli i żądze? To wciąż był facet, którego de facto nie znał. Facet, z którym przespał się dwa razy w sposób absolutnie fenomenalny, ale którego marzeń, przyzwyczajeń i lęków wciąż musiał się nauczyć. A Dorian chciał się tego dowiedzieć. Nie chciał, by skończyli jako jednorazowy epizod, i właśnie dlatego musiał trzymać go na dystans, by podsycić ogień.

Miał Michaela, to prawda. Ale blondyn był bratem z wyboru, nikim więcej. Rage okazał się niespodzianką, na którą podświadomie czekał od bardzo dawna.

— Nie mam zamiaru zamykać cię w złotej klatce — dodał spokojniej Dorian. — Nie chcę cię ograniczać, bo to oznaczałoby zmienianie cię na siłę, a tego nienawidzę. Nie mam nic przeciwko twoim znajomym i wspólnym planom z nimi. Nie jestem zły, głupolu. Jestem po prostu...

Uniósł twarz Rage'a za podbródek i ponownie zatonął w głębi jego ciemnych oczu.

— Jestem Dorianem. Facetem, który cholernie lubi mieć władzę i kontrolę nad sytuacją.

— Jesteś zazdrosny. Dokładnie tak samo jak ja — odparł cicho pisarz. Przymknął oczy i uśmiechnął się z błogą satysfakcją.

Jednak po chwili odsunął się, psując ten intymny moment. Wolał nie ryzykować, że znów zatracą się w bliskości i ostatecznie w ogóle nie opuszczą tego mieszkania. Sam dysponował znakomitymi metodami na zaciągnięcie faceta z powrotem do łóżka, ale wykorzystywanie ich teraz byłoby oszustwem. Wysunął usta do przodu z wyraźnym żądaniem.

— Pocałuj mnie i wychodzimy, zanim stracę resztki cierpliwości — dodał, zmieniając ton na poważniejszy.

Czekał na proste cmoknięcie, stojąc dobre pół metra od chłopaka, z wyciągniętą szyją i wargami złożonymi w irytujący, wyczekujący dzióbek.

Nikt, absolutnie nikt, nie będzie bezkarnie drażnił Doriana.

W ułamku sekundy malarz pokonał dzielący ich dystans. Ujął nadgarstki Rage'a i szybkim, bezwzględnym ruchem uniósł je nad jego głowę, jednocześnie wsuwając twarde udo między nogi aktora. Naparł na niego całym ciężarem, przyszpilając go plecami do drewnianej framugi drzwi. Przylgnął do niego, bezczelnie dociskając udo do krocza chłopaka, i zbliżył twarz na odległość milimetrów. Oddychał szybko, a w jego oczach tańczyły niebezpieczne iskry.

— Jak śmiesz? — warknął. — Jak śmiesz tak mi się sprzeciwiać i uciekać? Doskonale wiesz, że wystarczy ułamek sekundy, byś znowu błagał mnie na kolanach o spełnienie. Mówiłem ci, że doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak działam na twoje zmysły. I cholernie mi się to podoba.

O dziwo, mimo surowej treści, głos Doriana ociekał uwodzicielską, magnetyzującą chrypką. Brzmiał, jakby wyznawał mu najgłębszą miłość, a nie karcił za niesubordynację. Udo lubieżnie, z pełną premedytacją otarło się o krocze pisarza.

— Dorian, proszę cię... — jęknął Rage.

Nie prosił, by przestał. Wręcz przeciwnie. Świadomość własnej uległości uderzyła go jak fizyczny ból, gdy poczuł nagłe, rwące podniecenie w podbrzuszu.

— Nie rób tego... wiesz, że chcę... wiesz, że pragnę cię ponad wszystko — wybełkotał wprost w usta malarza, które niemal czuł na swoich.

Chociaż jego słowa były protestem, łapał oddech z trudem. Kolana znów zaczęły się pod nim uginać. Topniał pod wpływem tego ostrego, przesyconego erotyzmem tonu, daremnie próbując zgrywać obojętnego twardziela. Ciało zdradziło go w kilka sekund, instynktownie wysuwając się naprzeciw drapieżnego ucisku uda Doriana.

Czasami szczerze nienawidził samego siebie za to, jak łatwo się poddawał. Zdarzało się to ekstremalnie rzadko, ale Dorian był anomalią w jego systemie obronnym — człowiekiem, któremu po prostu nie potrafił się oprzeć. Nie chciał już nikogo innego. A malarz obiecał mu brutalny, uzależniający azyl.

— A ty doskonale wiesz, że i ja tego chcę. Ale nie mam najmniejszego zamiaru pozwalać ci na całodzienne, łóżkowe ekscesy. Choć...

Dorian otarł się o niego całym ciałem, powoli i zmysłowo. Wiedział, że chłopak zaraz pęknie i całkowicie zwiotczeje w jego żelaznym uścisku. Trzymając wciąż ręce Rage'a unieruchomione nad jego głową, przesunął gorącym językiem po jego policzku, a potem musnął wargi chłopaka samym jego koniuszkiem — narzędziem czystych tortur.

— Smakujesz jak obietnica. Jak gwiazdkowy prezent od najbardziej zboczonego, mrocznego Mikołaja pod słońcem — zaciągnął się zapachem perfum i skóry pisarza, po czym pochylił się i boleśnie, ostrzegawczo uszczypnął zębami skórę na jego szyi.

Dopiero wtedy go puścił. Nim Rage zdążył opaść, Dorian złapał go za materiał koszulki na piersi, szarpnął do siebie i wpił się łapczywie w jego usta, odbierając mu oddech w potężnym, głębokim pocałunku.

— Teraz możemy jechać. Rozumiem, że nie pałasz chęcią widzenia się z Michaelem? Mam cię odstawić do tego całego Jamesa i po prostu sobie pójść, tak? — rzucił chłodno, gdy wreszcie przerwał pocałunek. Wygładził zgniecioną koszulkę na klatce piersiowej chłopaka i jak gdyby nigdy nic odwrócił się w stronę wyjścia.

Rage miał wrażenie, że świat zawirował, a on za moment po prostu osunie się na podłogę w miejscu, w którym zostawił go malarz. Otarcie, liźnięcie i bolesne ukąszenie zadziałały jak palące ostrza, podsycając ogień pożądania. Musiał mocno zagryźć zęby, by nie paść na kolana i nie błagać Doriana, by został i po raz kolejny poprowadził go na skraj ekstazy.

— Dlaczego ty mi to robisz? — szepnął ledwo słyszalnie pod nosem.

Odbił się od ściany z wymuszoną stanowczością i ruszył za fotografem. Wzrokiem, pałającym od tłumionej gorączki, mściwie zmierzył jego pośladki. Powinien był wziąć cholerne tabletki, uspokoić system nerwowy, ale w obecności człowieka ucieleśniającego jego najbardziej drapieżne fantazje chemia i tak na nic by się zdała.

Chwycił Doriana za dłoń z niespodziewaną siłą, drugą ręką ściągając klucze z haczyka.

— Możemy pojechać do Michaela, a potem razem ruszymy do Jamesa. Wiem, że palisz się do poznania wybawiciela swojej małej księżniczki — powiedział tonem wypranym z wcześniejszych emocji, powracając do swojej cynicznej maski. Otworzył drzwi, ani na moment nie puszczając dłoni malarza, jakby bał się, że ten mu ucieknie.

Dorian doskonale usłyszał ten cichy, rzucony pod nosem jęk. Uśmiech na jego twarzy świadczył o dzikiej satysfakcji, jaką dała mu reakcja pisarza.

Gdy tylko wyszli na chłodną klatkę schodową, a ich dłonie splatały się ze sobą w mocnym uścisku, przechylił się w stronę Rage'a i zamruczał mu prosto do ucha odpowiedź na jego wcześniejszy zarzut:

— Ponieważ po prostu uwielbiam mieć pełną władzę nad twoim pożądaniem.

Nie musiał pytać, czy chłopak zrozumiał. Wiedział, że Rage jest wystarczająco bystry, by odebrać tę aluzję w lot.

— Tak, bardzo chcę poznać gościa, który raczył zająć czas Michaelowi i sprawił, że ta mała wesz opuściła uczelnię. Dostanie ode mnie w łepetynę! — rzucił Dorian, schodząc po schodach. Zamierzał zapakować ich do auta, dojechać do mieszkania blondyna i zrugać go jak burego psa za głupie pomysły. Ale równie mocno pragnął, by Rage osobiście przedstawił go facetowi, który mimo przynależności do bandy homofobów wyciągnął Michaela z opresji.

— I nie nazywaj go tak. Nie jest moją księżniczką. Nigdy nie był i nie będzie. Jest zbyt cukierkowy, za delikatny — dodał z rozbawieniem, oglądając się przez ramię. — Zdecydowanie wolę takie porządne mięsko jak ty.

Zanim Rage zdążył zareagować, Dorian solidnie, bezczelnie klepnął go w pośladek. Uwolnił dłoń z uścisku i zbiegł o pół piętra niżej. Roznosiła go energia. Obejrzał się i posłał zaskoczonemu chłopakowi prowokującego buziaka w powietrzu.

— Jeśli mnie złapiesz, obiecuję, że cały kolejny wieczór spędzisz przykuty do ramy łóżka — rzucił, po czym puścił się biegiem w dół klatki schodowej.

W łóżku? Przykowany? Logiczne myślenie Rage'a natychmiast wyparowało, zastąpione jedyną słuszną wizją: całą nocą spędzoną na ostrym, bezlitosnym seksie.

Jednak na jego policzkach momentalnie wykwitły rumieńce irytacji na dźwięk słowa "mięsko". Nie był żadnym kawałkiem mięsa i to prostackie zdrobnienie potwornie mu się nie podobało. Już wolałby zostać nazwany uległym niewolnikiem, powołanym do spełniania mrocznych zachcianek swojego pana.

Puścił się pędem w ślad za Dorianem, całkowicie ignorując istnienie windy. Z każdym pokonanym stopniem czuł, jak poziom adrenaliny szybuje w górę, a jego ciało, ociężałe po orgazmach, nagle staje się sprężyste i w pełni posłuszne. Doskonale pamiętał, w którym miejscu zaparkowany był sportowy wóz malarza, więc nawet gdy zgubił go z oczu na parterze, miał precyzyjny cel. Sam nie wiedział, skąd krzesa z siebie tyle energii, ale obietnica bycia przykutym do łóżka podziałała na niego jak zastrzyk najczystszej amfetaminy. Wypadł na zalany słońcem parking.

— Gdzie jesteś, cholerny samolubie?! — zawołał głośno, kompletnie nie przejmując się mijającymi go sąsiadami.

Oczywiście, że zniknął. Dorian schował się za maską potężnego SUV-a, cierpliwie czekając, aż pisarz wpadnie w jego pułapkę. Gdy tylko Rage na całe osiedle zażądał ujawnienia się "Pana Samoluba", malarz błyskawicznie wyskoczył z kryjówki. Objął chłopaka w pasie od tyłu, przyciągając go mocno do swojej klatki piersiowej. Wbił zęby w jego szyję, tuż nad kołnierzykiem, mrucząc mu złowieszczo do ucha:

— Jestem. Jak na rozkaz. Ale nie zapominaj, kto tu komu wydaje polecenia.

Drugie ugryzienie było ostrzejsze; Dorian zostawił na jasnej skórze aktora wyraźny, czerwony ślad, którego nie zatuszuje żadna koszula. Zwolnił uścisk, wyminął oszołomionego chłopaka i ruszył spacerowym krokiem w stronę swojego auta.

— Wiesz co? — zaczął, otwierając pilotem drzwi wozu. — Kiedyś bardzo chciałbym zobaczyć cię oblanego w całości polewą poziomkową.

Puścił do niego oko i zgrabnie wślizgnął się za kierownicę. Wiedział, że Rage doskonale poradzi sobie z otwarciem drzwi pasażera.

Pisarz miał już na końcu języka kąśliwą ripostę, że szczerze nienawidzi poziomek, ale powstrzymał się. Wydał z siebie tylko cichy, gardłowy dźwięk dezaprobaty i wsiadł do samochodu z dumnie uniesioną głową. Opadł na skórzany fotel, posyłając Dorianowi mściwe, przeciągłe spojrzenie, choć na jego wargach błąkał się zdradziecki uśmiech.

— Jak tak dalej pójdzie, mój panie, to zabraknie ci czasu na wszystko inne — stwierdził. Pławił się w dziwnej, paradoksalnej władzy, jaką właśnie odkrył, że posiada nad tym potężnym facetem. Co więcej, zwrot „mój panie” wypowiedział z cichym, wyuzdanym jękiem, pochylając się ochoczo w stronę kierowcy. On również potrafił być drapieżnym prowokatorem. Może i brakowało mu cukierkowej, niewinnej aury Michaela, ale dysponował arsenałem, który Dorian powoli w nim odkrywał, a z którego Rage zamierzał korzystać bez najmniejszych skrupułów. W końcu był teraz jego... chłopakiem? To słowo brzmiało banalnie, odzierając ich mroczny układ z całej ekscytującej brutalności.

Odwrócił głowę do okna.

— Tak właściwie, to nigdy nie kochałem się w samochodzie. Zdecydowanie musimy tego spróbować — rzucił cicho w szybę z szyderczym uśmiechem.

— Och...

Dorian zaśmiał się szczerze i głośno. Dźgnął pisarza po przyjacielsku w bok i przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zaryczał potężnie.

— Widzę, że kolega tryska dziś wyjątkową inwencją. Niech no pomyślę... kiedy niby znajdę czas na harce na skórzanych fotelach? Hm...

Musiał skupić całą uwagę na wyjeździe z osiedla, by w przypływie wesołości nie przejechać pieszego. Oczy zaszły mu łzami rozbawienia. Cholernie podobało mu się to, jak Rage, mimo swojej uległości, momentami próbował zdominować go werbalnie. Te drobne starcia dawały malarzowi pole do celebrowania ostatecznego zwycięstwa.

Droga do dzielnicy Michaela była krótka, więc nie zdążyli wdać się w kolejną, naładowaną erotyzmem wymianę zdań. Zatrzymali się na podjeździe. Dorian wyłączył silnik, ale nie otworzył drzwi. Odpiął pas bezpieczeństwa i odwrócił się do aktora.

— Pocałuj mnie — zażądał stanowczym, niskim tonem.

Chciał po prostu poczuć smak jego ust. Zdążył za nimi zatęsknić w trakcie tej dziesięciominutowej jazdy.

— Nie wiem... może po prostu wciśnij mnie w swój napięty do granic możliwości grafik ratowania Michaela, kochanie — sarknął Rage, wciąż skupiony na przedniej szybie.

Słysząc żądanie, zawahał się. Śledził uważnie twarz Doriana, jej ostre, napięte rysy. Po chwili jednak pochylił się i złożył na wargach malarza krótkie, ulotne muśnięcie, lekkie niczym dotyk skrzydła ćmy.

— Nie dostaniesz nic więcej. Dopóki nie będziemy całkowicie sami — szepnął, prowokacyjnie oblizując wargi.

Nawet nie zapinając wcześniej pasa, otworzył drzwi i wysiadł z samochodu. Zatrzasnął za sobą metalową powłokę, zaciągając się chłodnym powietrzem. Musiał ostudzić rozpalone zmysły przed konfrontacją z uciekinierem, by nie zdradzić przed Michaelem, co działo się za zamkniętymi drzwiami mieszkania.

Dorian przyjął to powściągliwe muśnięcie bez mrugnięcia okiem. To zdecydowanie nie było to, czego żądał, ale skoro pisarz wolał zagrać va banque, on przyjmie wyzwanie.

Wysiadł z auta, celowo uderzając drzwiami z głośnym trzaskiem. Zamiast ruszyć w stronę drzwi wejściowych blondyna, oparł potężne przedramiona o dach samochodu, posyłając Rage'owi mordercze spojrzenie.

— Hej! — krzyknął, zmuszając chłopaka do odwrócenia się w jego stronę. — Czy mi się wydaje, czy przemawia przez ciebie czysta, wyssana z palca zazdrość?

Z jego twarzy zniknął jakikolwiek uśmiech. Tłumaczył mu przecież do znudzenia, kim jest dla niego Michael, i że nie odetnie się od przyjaciela. Jak widać, Rage słuchał uważnie tylko wtedy, gdy Dorian doprowadzał go na skraj orgazmu. Nie podnosił jednak głosu; był facetem, który krzyczał wyłącznie w momentach absolutnej ekstazy albo w przypływie niekontrolowanego gniewu. Rosnąca, irracjonalna zaborczość pisarza irytowała go, a jednocześnie głaskała jego podbudowane ego.

— Może... Tak właśnie reaguję, gdy zaczyna mi na kimś zależeć — odparł Rage, odwracając się do niego ze słabym, niepewnym uśmiechem.

Przygryzł wargę. Położył dłoń na dachu samochodu, wolno przeciągając palcami po lakierze, ścierając niewidoczny pył. Mogło się wydawać, że zmierza w kierunku Doriana, ale gdy tylko obszedł maskę, ominął malarza szerokim łukiem. Dalsze kroki skierował bezpośrednio pod drzwi domu Michaela.

— Idziesz tu, czy zamierzasz kwitnąć na podjeździe aż do zmroku? — rzucił przez ramię.

Chciał mieć tę konfrontację jak najszybciej za sobą. W duchu marzył już, by Dorian wreszcie poznał Jamesa — by przekonał się na własne oczy, że wielki fotograf to równy, szczery facet. Może wtedy malarz wreszcie przestałby niańczyć blondyna na każdym kroku, a Rage zyskałby gwarancję, że ma jego pełną, niepodzielną uwagę.

— Idę — rzucił krótko Dorian, odrywając się od karoserii. Wsunął ręce głęboko w kieszenie i po chwili stanął tuż obok pisarza.

Zanim jednak zdążył wyciągnąć palec w stronę dzwonka, drzwi otworzyły się z hukiem. Z wnętrza z radosnym piskiem wypadł Michael, rzucając się z impetem wprost na szyję malarza. Dorian ledwo utrzymał równowagę, chwytając potężnego blondyna w ramiona.

— Głupolu — warknął ostrzegawczo. W jego głosie nie było jednak złości, a jedynie potężna, ojcowska ulga. Postawił chłopaka na werandzie i ruchem głowy wskazał na stojącego z boku Rage'a.

— Hej, Rage! Hej! Dobrze widzieć, że żyjesz i nic ci nie jest... — Michael promieniał. Dosłownie nie potrafił ustać w miejscu, przestępując z nogi na nogę. Niespodziewanie, całkowicie ignorując strefę komfortu pisarza, rzucił się również na jego szyję, zamykając zszokowanego aktora w ciasnym niedźwiedzim uścisku. — Dziękuję! Dziękuję ci z całego serca, że poprosiłeś Jamesa, by się mną zaopiekował. Dziękuję!

Dorian wpatrywał się w to przesłodzone przedstawienie z uniesioną brwią i miną mówiącą: „O co tu, do cholery, chodzi?”. Zdecydował się nie interweniować. Chciał zobaczyć, jak zimny, aspołeczny Rage poradzi sobie z uderzeniową falą wylewnej, absolutnie szczerej czułości Michaela.

— N-nie ma za co... — wyjęczał głucho Rage, stojąc sztywno jak słup soli. Nie miał pojęcia, co zrobić z rękami.

Trybiki w jego głowie zaczęły pracować na najwyższych obrotach. Skoro sam był przed chwilą naelektryzowany z pożądania do szpiku kości, to nagły, entuzjastyczny zapał Michaela świadczył o jednym: tancerz i wielki, rzekomo heteroseksualny James zdecydowanie zbytnio przypadli sobie do gustu. Rage nie spodziewałby się porywów romantyzmu po swoim stąpającym twardo po ziemi przyjacielu. W końcu James nigdy nie komentował w ten sposób cudzej orientacji, a Rage sam nie wychylał się z dociekliwymi pytaniami. Ale jeśli fotograf wpuszcza do swojego życia człowieka, który jest chodzącym, radosnym i otwartym tęczowym sztandarem... tu zdecydowanie kryło się coś głębszego.

Ostrożnie poklepał blondyna po plecach i odruchowo, uspokajająco, złożył na jego czole krótki pocałunek.

— Opanuj się, młody, bo zaraz dostaniesz orgazmu z wrażenia. Jeszcze się z nim zobaczysz i to nie raz — mruknął. Nie potrafił zaręczyć za plany Jamesa, ale jego słowa zabrzmiały w przestrzeni jak niezłomna obietnica.

— Wiem! — wykrzyknął rozpromieniony Michael, puszczając pisarza i odwracając się z powrotem do malarza. Wtedy rozpoczęła się prawdziwa, słowotokowa tyrania. — Dorian, Dorian, przepraszam. Padła mi bateria w telefonie i zapomniałem podłączyć go do prądu. Ale jak widzisz, jestem cały i zdrowy.

Rozłożył ramiona i wykonał pokazowy, pełen gracji piruet na werandzie.

— Widzisz? Ani jednego siniaka. I mam nowego przyjaciela. James okazał się fenomenalnym gościem. Jest artystycznie uzdolniony, a wyobraź sobie, że jego ojcem jest sam dyrektor uczelni! Ma u siebie w mieszkaniu takie świetne rzeczy... jest nałogowym zbieraczem, wiesz? I wyobraź sobie, że potrafi bez bicia przyznać, że...

W tym momencie szeroka dłoń Doriana bezceremonialnie wylądowała na ustach paplającego blondyna, tłumiąc resztę zdania w gardłowym pomruku.

— Błagam cię, Michael. Zrób mi tę przysługę i weź głęboki oddech — powiedział wolno malarz. — Nie pleć trzy po trzy, znasz faceta od dwóch godzin. Miał za zadanie się tobą zaopiekować, więc zrobił, co do niego należało. Nie ekscytuj się tak chorobliwie obcym człowiekiem, to niebezpieczne.

Zabrał dłoń z ust chłopaka i posłał Rage'owi niemal błagalne, pełne niezrozumienia spojrzenie, szukając racjonalnego sojusznika.

— O, wielki mędrzec przemówił. Ten, co zawsze z takim chłodnym rozsądkiem podchodzi do życia i nowo poznanych ludzi — zripostował natychmiast Michael. Oczywiście nie zamierzał milczeć. Wystawił Dorianowi język w dziecinnym proteście i ponownie zawisł na jego ramieniu. — Nie marudź już. On jest naprawdę fantastyczny. I zupełnie niegroźny.

Twarz Rage'a w ułamku sekundy stała się lodowatą, pozbawioną emocji maską. Przetrawiał potok słów Michaela w milczeniu, próbując wyłowić z nich merytoryczne konkrety. Dziecięca, wybuchowa radość blondyna przytłaczała go; był to świat emocji, w którym pisarz zupełnie się nie odnajdywał. To, że zdobył się na braterski gest, nie oznaczało, że cała ta sytuacja przestała go potwornie drażnić.

Przekrzywił głowę, spojrzał na Doriana i wzruszył ramionami. Nie zamierzał dyskutować o paranojach malarza, dopóki sam nie porozmawia z Jamesem i nie pozna wersji drugiej, bardziej opanowanej strony.

— Dorian ma w stu procentach rację, Michael. Nie powinieneś się tak podniecać — odezwał się twardym, karcącym tonem. — Pragnę brutalnie sprowadzić cię na ziemię: James zdeklarował się jako hetero. Owszem, jest tolerancyjny i otwarty. Ale to nie robi z niego z marszu tęczowego rycerza na białym koniu ani mentora dla naszej mniejszości.

Chociaż mówił do blondyna, jego ostre, czarne oczy wpatrywały się w twarz Doriana, weryfikując, czy to chłodne podsumowanie wywołało u malarza oczekiwany skutek.

— A tak przy okazji... — dodał ze znużeniem. — Chciałbym do Jamesa zadzwonić, zanim tam pojedziemy, i upewnić się, czy w ogóle go zastaniemy. Mój telefon leży w domu. Mogę pożyczyć aparat od któregoś z was?

Odetchnął głęboko. Numer przyjaciela znał na pamięć. Wystarczyło, by ktoś podał mu naładowaną komórkę.