sobota, 8 września 2012

Rozdział IX [Rage]

Przez jedną, ulotną chwilę Michael poczuł się jak zdrajca. Zamarł w bezruchu, gorączkowo analizując każde słowo, które przed momentem opuściło jego usta. Czyżby zdradził Jamesa? Nie, to niemożliwe. Przecież bardzo pilnował się, by nie chlapnąć niczym, co powinno pozostać tajemnicą. Odetchnął z wyraźną ulgą, chowając dłonie za plecami i splatając mocno palce. Uniósł się lekko na palcach, a następnie opadł na pięty, powtarzając ten ruch bezwiednie i kiwając się przy tym niczym skarcona uczennica pierwszej klasy.

— Rage, czy ja ci kiedykolwiek powiedziałem, że on jest gejem? Przepraszam, jeśli moja radość tak bardzo cię denerwuje, ale...

Słowa uwięzły mu w gardle. Dorian wyciągnął z kieszeni swój telefon i bez słowa wręczył go aktorowi, po czym całkowicie zignorował pisarza, przenosząc całą swoją uwagę z powrotem na jasnowłosego przyjaciela.

— Oj, młody... — zaczął malarz, kręcąc z niedowierzaniem głową. — Należy ci się solidna zjebka za opuszczenie zajęć. Ale jak patrzę na ciebie z tą miną cierpiącej dziewicy...

Uśmiechnął się szeroko i — dokładnie w ten sam sposób, co James niedługo wcześniej, o czym oczywiście nie mógł mieć pojęcia — mocno potargał blond czuprynę tancerza. W jego spojrzeniu kryła się czysta, braterska czułość.

— Jak babcię kocham, nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem cię aż tak radosnego.

Nie czekając na odpowiedź, przyciągnął Michaela do siebie, przerywając jego nerwowy taniec. Przytulił go z całych sił, a gdy go wypuszczał, złożył na jego czole głośny, ojcowski pocałunek.

— Masz wielkie szczęście, że jesteś cały. Tylko nie myśl, że na tym koniec. Jak tylko do ciebie wpadnę, opowiesz mi wszystko ze szczegółami, minuta po minucie — zapowiedział, czochrając go po raz ostatni, po czym odwrócił się, by spojrzeć na Rage'a.

Pisarz był jednak zbyt zajęty obsługą cudzego telefonu, by zwracać uwagę na czułości, jakie Dorian serwował Michaelowi. Przyłożył aparat do ucha, a gdy tylko usłyszał sygnał łączenia, odwrócił się na pięcie i odszedł kilka kroków w stronę zaparkowanego wozu. Oparł się o chłodną blachę i dopiero wtedy przeniósł wzrok na malarza, uśmiechając się do niego miękko, z dystansu.

— Cześć, Jamie. Dzwonię od Doriana, dlatego nie znasz numeru — zaczął swobodnie. — Nie miałbyś nic przeciwko, żebyśmy wpadli do ciebie na chwilę? Nie, nie martw się. Tylko ja i on.

Zrobił dłuższą pauzę, najwyraźniej słuchając zawiłych tłumaczeń przyjaciela. Uśmiech nie schodził jednak z jego twarzy. Postukał butem o chodnik, po czym w zamyśleniu spojrzał w niebo i cicho westchnął.

— Dobrze. To nastaw wodę, będziemy niedługo. Chcę mocną kawę. Tę najlepszą, jaką potrafisz zrobić, bo czuję się absolutnie skonany. Do zobaczenia.

Zakończył połączenie, odbił się od maski samochodu i podszedł do czekającej dwójki. Dał im wystarczająco dużo czasu na powitania i czułości, których i tak nie widział; teraz nadeszła jego kolej na spotkanie z przyjacielem. Wyciągnął rękę, oddając aparat Dorianowi.

— Dziękuję. Możemy jechać. Jamie czeka na nas z kawą i ciastem — poinformował ich obu, choć jechać zamierzał wyłącznie z fotografem. W duchu żywił szczerą, głęboką i niezbyt chwalebną nadzieję, że Michael nie wpadnie na genialny pomysł, by dołączyć do ich spotkania.

I oczywiście, że Michael miał na to ogromną ochotę. Aż go nosiło, by znów zobaczyć się z Jamesem. Jednakże szybko zrezygnował. Zbyt dobrze wyczuwał lodowate nastawienie Rage'a do swojej osoby, by ryzykować. Nie miał najmniejszego zamiaru narażać się temu groźnemu, powściągliwemu facetowi.

Posłał mu oszałamiający, pozbawiony cienia żalu uśmiech i pierwszy wyciągnął do niego dłoń na pożegnanie, ubiegając jakąkolwiek reakcję Doriana.

— Do zobaczenia w takim razie. Pozdrówcie ode mnie Jamesa i jeszcze raz podziękujcie mu za uratowanie mi dnia — wyrecytował z niezwykłą, aktorską lekkością.

Mogłoby się wydawać, że wizyta u "wybawiciela" absolutnie go nie interesuje. Jednak w jego głowie szalało tornado. Był potwornie zdenerwowany. Spodziewał się gradu ciężkich pytań od Doriana, gdy tylko ten wróci do domu, więc już teraz zaczął gorączkowo układać sobie w myślach bezpieczne wersje odpowiedzi.

Malarz przyjął nagły spokój Michaela z lekką rezerwą, ale pożegnał się z nim ciepło. Po odebraniu od Rage'a telefonu i wsunięciu go do kieszeni, w milczeniu skierował się do samochodu.

Rage zajął miejsce pasażera. W kabinie zapadła cisza. Dorian milczał, uruchamiając silnik. Miał mnóstwo do przemyślenia. Potrzebował chwili spokoju, ale równie mocno potrzebował rozmowy z tajemniczym, nowym opiekunem Michaela, by wreszcie ułożyć sobie w głowie kompletny obraz sytuacji.

— Nie podoba mi się to — stwierdził nagle Rage, gdy tylko wyjechali na ulicę. — Twój przyjaciel nazbyt wiele sobie wyobraża. Widzę to jak na dłoni.

Zabrzmiał odrobinę jak przewrażliwiona, zazdrosna panna, ale w tym momencie zupełnie go to nie obchodziło. Sam nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć i jak powinien zareagować. Na dodatek miał graniczące z pewnością przeczucie, że usłyszy od Jamesa standardową, męską śpiewkę: „Nic się nie działo, było po prostu miło, jak na zwykłym spotkaniu kumpelskim”. Przeniósł wzrok na Doriana i wbił w niego nachalne, badawcze spojrzenie.

— Co o tym sądzisz? — zapytał z wyczuwalnym niepokojem.

Chciał, by chłopak był z nim brutalnie szczery. Martwił się. Nie o Michaela, rzecz jasna, ale o Jamesa. Dlatego każdy, nawet najostrzejszy osąd dotyczący małego, upierdliwego blondynka był gotów przyjąć ze stoickim spokojem. Zresztą, swoje zdanie na jego temat zdążył już jasno wyrazić. Nie ukrywał, że chłopak drażni go do granic możliwości. I drażniłby go równie mocno, nawet gdyby Dorian nie istniał.

— James mieszka na strzeżonym osiedlu w szklanych wieżowcach — dodał pospiesznie, gdy tylko zorientował się, że malarz krąży bez celu, nie mając pojęcia, dokąd jechać.

Dorian słuchał go w milczeniu. Cierpliwie znosił tę tyradę, czekając, aż chłopak wreszcie wyrzuci z siebie wszystko i łaskawie wskaże mu kierunek. Gdy tylko padła nazwa osiedla, uśmiechnął się pod nosem i pewnie skręcił kierownicą. Musiał skupić się na miejskim ruchu, więc tylko rzadko zerkał na pasażera.

— Wiesz, nie podejrzewam, by oczekiwania Michaela miały tu jakiekolwiek szanse na przetrwanie. On tak ma. Zawsze. Kiedy tylko poznaje kogoś, kto potraktuje go odrobinę lepiej niż reszta, zapala się do nowej znajomości jak ognisko z suchego siana. I, dzięki Bogu, równie szybko gaśnie, bo większość tych jego "idealnych przyjaciół" okazuje się ostatecznie skończonymi dupkami — wyjaśnił spokojnie Dorian. Wzruszył lekceważąco ramionami. Nauczył się nie przejmować słomianym zapałem blondyna. — Wyciągnę z niego wszystkie szczegóły wieczorem, przy filmie i coli. To gdzie teraz? I przestań się tak trząść o tego swojego przyjaciela. Michaś jest po prostu naiwnym, zbyt szybko obdarzającym ludzi sympatią chłopaczkiem. Chcesz? Zrobię to dla ciebie i wybiję mu Jamesa z głowy.

— Żadnego wybijania — uciął ostro Rage, wskazując palcem bramę wjazdową i stróżówkę luksusowego osiedla.

To nie zazdrość nim kierowała. Ani w stosunku do Doriana, ani Jamesa. Dręczyło go coś zupełnie innego, niepokojącego, choć sam jeszcze nie potrafił ubrać tego w słowa.

— Poza tym, James nie jest dupkiem. Wiem, że go nie znasz i nie masz podstaw do oceny, ale zaufaj mi: nie zrobi krzywdy Michaelowi. A dla mnie jest... po prostu idealnym przyjacielem — dodał ciszej, wzdychając z ciężkim sercem.

Spojrzał przez szybę na znajomą budkę strażnika, gładki beton podjazdu i oszklone, przyciemniane wieżowce odbijające słońce. Dawno tu nie był. Zazwyczaj to James przychodził do jego zagraconego, blokowego mieszkania, by mogli w spokoju porozmawiać. Rage nie potrafił znieść obecności ojca fotografa — dyrektora uczelni, który swoim irytującym optymizmem i radością życia zbytnio przypominał mu Michaela.

Opuścił szybę, gdy tylko Dorian zatrzymał wóz przed opuszczonym szlabanem.

— My do Jamesa. Czeka na nas — mruknął do strażnika.

Mężczyzna w mundurze, który doskonale znał pisarza, na jego widok dosłownie spłonął rumieńcem. Bez słowa nacisnął guzik, otwierając przejazd.

— Zatrzymaj się przed drugim budynkiem. Boy parkingowy odprowadzi ci samochód do garażu podziemnego — poinstruował malarza.

— Weź się w końcu zdecyduj, dobrze? Raz ci przeszkadza, raz nie — rzucił Dorian z nutą irytacji. — Michael to dorosły człowiek. Zasługuje na to, by żyć po swojemu i popełniać własne błędy. Nie podoba ci się jego towarzystwo? Trudno. Postaram się, by wasze ścieżki przecinały się jak najrzadziej. Ale błagam cię, pozwól, by dla mnie pozostał przyjacielem — dokładnie tak samo, jak James dla ciebie. Po prostu zaciśnij zęby i przestań marudzić.

Zamilkł. Pozwolił Rage'owi na przeprowadzenie krótkiej wymiany zdań ze strażnikiem, a następnie ruszył powoli we wskazane miejsce. Miał jeszcze na końcu języka kilka cierpkich słów, ale milczał. Nie uważał, by obcy ludzie obsługujący podjazd byli odpowiednią widownią dla ich prywatnych, napiętych dyskusji.

Rage nie odpowiedział. Jedyne, na co było go w tej chwili stać, to zdawkowe i dość chłodne „mhm”. Czuł się potwornie nieswojo na samą myśl, że Dorian za kilkadziesiąt sekund stanie twarzą w twarz z Jamesem. Zagryzł wargę i czekał w milczeniu, aż malarz zatrzyma wóz, by móc wreszcie wysiąść.

Sam nie wiedział, czego tak naprawdę w tamtym momencie oczekiwał. Miał ochotę spotkać się z przyjacielem, a jednocześnie chciał udowodnić malarzowi, że... no właśnie, że co? Tego nie wiedział, a perspektywa spotkania w trójkę nagle przestała wydawać się dobrym pomysłem.

Kiedy tylko wysiadł, wsunął ręce do kieszeni i czekał, aż Dorian odda kluczyki młodemu, stanowczemu pracownikowi osiedla, który z wyraźnym zapałem szykował się do odstawienia sportowego cacka na podziemny parking. Pisarz wodził wzrokiem po malarzu, jakby spodziewał się kolejnej tyrady i złotych rad, czując się przy tym coraz bardziej jak kompletny kretyn.

Dorian rzucił kluczyki chłopakowi z obsługi, posyłając mu w podziękowaniu rozbrajający, uroczy uśmiech. Nie zamierzał go kokietować. Chłopak po prostu wydał mu się sympatyczny w swoim służbistym zaangażowaniu, więc nie widział powodu, by odmawiać mu ludzkiej życzliwości.

Ruszył za Ragem w stronę przeszklonego wejścia do wieżowca, wsuwając dłonie głęboko w kieszenie spodni. Kiedy znaleźli się w cichej, wyłożonej lustrami windzie, oparł się plecami o chłodną ścianę i spojrzał na aktora tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.

— To jak będzie? — zaczął wolno. — Postarasz się pozwolić innym na odrobinę własnego życia? Nie możesz z góry zakładać, że ktoś jest dla kogoś zły, a ktoś dobry. Ciekawy jestem, co byś powiedział, gdybym to ja z góry zjechał tego całego Jamesa, nawet go nie znając, tylko dlatego, że Michaś się z nim spotkał. Przecież to czysta hipokryzja, przyznaj sam.

Zamilkł. Miał dość prawienia morałów i uznał, że chłopak powinien dostać chwilę na przemyślenia. Sam z kolei nie mógł doczekać się konfrontacji. Był piekielnie ciekaw, jakiego to nowego „Super Przyjaciela” znalazł sobie w przerwie między zajęciami Michael.

— Możesz coś dla mnie zrobić, zanim wysiądziemy? — odezwał się nagle Rage.

Stanął na środku windy i wbił w malarza wzrok jeszcze intensywniejszy niż na parkingu. W jego czarnych oczach doskonale było widać szalejące myśli, goniące się w panice jak stado wściekłych psów. Ręce trzymał opuszczone wzdłuż ciała, ale nie garbił się i nie wyglądał na spłoszonego.

Dorian miał całkowitą rację. Niepotrzebnie przejmował się tym wszystkim aż do tego stopnia. Nie był przecież jasnowidzem, a jedyne, co nim w tej chwili kierowało, to mroczne, niejasne przeczucia względem całej tej poplątanej sytuacji.

— Słucham — odparł spokojnie Dorian.

Nie ruszył się od ściany. Nie miał zamiaru. Jego dłonie nadal tkwiły głęboko w kieszeniach, co skutecznie trzymało je z dala od ciała chłopaka. Rage chciał przecież zachować dystans, prawda? Zakomunikował to nader wyraźnie, gdy wysiadali pod domem Michaela. Dorian potrafił doskonale kodować takie granice i starał się ich przestrzegać. Zmierzył aktora powolnym, badawczym spojrzeniem z góry na dół. Czekał na jego słowa z dziwnym przeczuciem, że za chwilę chłopak wypali z czymś całkowicie irracjonalnym.

— Przytul mnie.

Wypowiedział te dwa słowa bez cienia zawahania, robiąc krok w stronę Doriana. Nie wykonał jednak żadnego innego ruchu, by przyspieszyć fizyczny kontakt. Prosił o coś do bólu prozaicznego — nie o dziki seks w windzie, nie o namiętny pocałunek, choć zaledwie pół godziny wcześniej ich ciała płonęły z pożądania. Patrzył Dorianowi głęboko w oczy. Na jego twarzy nie było ani uśmiechu, ani grymasu smutku. Był absolutnie opanowany i z tym opanowaniem czekał, aż jego prośba zostanie spełniona. Potrzebował tego tu i teraz. Kotwicy.

Dorian musiałby być wyzbytym z uczuć potworem, by mu odmówić. Ten drażniący go chłopak zdążył stać mu się na tyle bliski, że malarz nie potrafił obrócić tej prośby w żart ani okazać mu chłodu, widząc, że Rage po prostu potrzebuje odrobiny bezpieczeństwa i upewnienia, że świat wcale się nie wali.

Odepchnął się od ściany, podszedł do chłopaka i zamknął go w mocnym, ramiennym, na wskroś przyjacielskim uścisku, pozbawionym jakiegokolwiek seksualnego podtekstu.

— To ciągłe zamartwianie się zabija w tobie ludzkie odruchy, wiesz? — zamruczał miękko wprost do jego ucha.

Tylko mruknął. Nie pocałował go. Nie prowokował. Wyczuwał, że Rage nie ma teraz przestrzeni na takie gesty, więc nie przekraczał wyznaczonej granicy.

Kiedy winda zatrzymała się na odpowiednim piętrze z cichym sygnałem dźwiękowym, uwolnił chłopaka z objęć i ponownie wsunął dłonie do kieszeni. Z lekkim, pokrzepiającym uśmiechem czekał, aż pisarz pierwszy przekroczy próg i poprowadzi go na to wiekopomne spotkanie.

Rage czuł, że mógłby stać w tym uścisku znacznie dłużej. Ten czysty, przyjacielski gest wcale nie pomógł mu tak bardzo, jak naiwnie zakładał. Milcząc, potwierdził słowa Doriana skinieniem głowy i ruszył przed siebie korytarzem. Skierował się do jedynych drzwi znajdujących się na tym piętrze — potężnych, fornirowanych drzwi prowadzących do apartamentu Jamesa.

Nie było tu wylewnego komitetu powitalnego, jak w przypadku wizyty u Michaela. James nie stał w progu z otwartymi ramionami. Rage musiał zadzwonić.

Dopiero po chwili z głębi mieszkania dobiegły ich pospieszne kroki. Zamki odskoczyły, a drzwi otwarły się szeroko.

Stanął w nich wysoki, dobrze zbudowany blondyn. Fizycznie stanowił całkowite przeciwieństwo drobnego, rozchichotanego tancerza. Do ich nosów natychmiast dotarł intensywny zapach świeżo mielonej, parzonej kawy. James uśmiechał się, co dla pisarza było sygnałem uspokajającym, nawet pomimo braku euforycznej radości.

— Kawa prawie wam wystygła — rzucił na powitanie i odsunął się, przepuszczając Rage'a. Pisarz bez wahania zniknął w głębi przestronnego przedpokoju.

Z Dorianem James musiał jednak rozegrać oficjalne starcie. Mijanie się z obojętnością na uczelnianych korytarzach i ignorowanie szkolnych plotek to jedno, ale wejście na własne terytorium wymagało twardych, męskich zasad. Fotograf odsunął się od drzwi, robiąc malarzowi miejsce, i wyciągnął w jego stronę dużą dłoń, wciąż posyłając mu badawczy, choć przyjazny uśmiech.

Dorian skinął głową z chłodnym szacunkiem. Nie oczekiwał fanfar ani czerwonego dywanu, więc powitanie uznał za naturalne. Przekroczył próg i bez wahania uścisnął wyciągniętą dłoń, potrząsając nią pewnie i mocno.

— Dorian. Nie wiem, jak to się dalej ułoży, ale póki co — miło mi cię wreszcie poznać osobiście — powiedział.

Znał tego faceta z widzenia, to fakt, ale nie przypominał sobie, by kiedykolwiek weszli sobie w drogę. Przyglądał się Jamesowi uważnie, z nieskrywanym zainteresowaniem. Chciał wyrobić sobie własne zdanie, zanim wyda ostateczny wyrok, a do tego musiał go najpierw wysłuchać i skonfrontować z jego wersją dzisiejszych wydarzeń. Na twarzy malarza błąkał się uprzejmy, choć czujny uśmiech. Nie miał przecież powodu, by pałać do niego nienawiścią. Wyznawał prostą zasadę: albo daje się ludziom szansę, by się poznać, albo uderza na nich z podrywem i sprawdza, z jakiej gliny są ulepieni.

A ten tu wydawał się normalnym, rozsądnym, twardo stąpającym po ziemi facetem. Dokładnie z takich ludzi rekrutowali się najlepsi kumple.

— James, ale to już pewnie doskonale wiesz.

Fotograf uśmiechnął się szerzej, wskazując wolną dłonią na otwartą przestrzeń nowoczesnego salonu.

Rage zdążył już opanować kanapę i, co ważniejsze, zagarnąć dla siebie jeden z kubków z parującą kawą, której tak rozpaczliwie potrzebował jego otumaniony lekami organizm. Siedział cicho, zafascynowany czarnym płynem i chłonąc jego aromat jak tlen.

— I nie, nie musisz zdejmować butów — dodał pospiesznie James, widząc zerkającego na podłogę Doriana. Kompletne zdezorientowanie Michaela w tej kwestii zaledwie godzinę wcześniej mocno go rozbawiło, wolał więc uprzedzić kolejnego gościa, by nie psuł sobie tym głowy.

Zamknął za nimi drzwi, upewniając się, że zamki kliknęły, i poczekał, aż Dorian zrzuci kurtkę i znajdzie dla siebie wygodne miejsce. Sam skierował się z powrotem do strefy kuchennej, by skompletować zastawę i dostarczyć im obiecane do kawy słodkości.

Przy okazji pozwolił Dorianowi — celowo czy nie — dokładnie zlustrować swoją sylwetkę. Po wyjściu Michaela zdążył wziąć szybki prysznic, zmienić przepoconą koszulkę i nieco ujarzmić sterczące we wszystkie strony blond włosy. Wrócił do salonu z dużym, ceramicznym talerzem pełnym pokrojonego ciasta. Postawił go na środku szklanego stolika i z głuchym stęknięciem opadł na wolny, skórzany fotel. Zapiął zielone, bystre spojrzenie na twarzy malarza.

— No, więc? Co was sprowadza w moje skromne progi? W dodatku razem? Bo jeśli chodzi o powody... — przygryzł wargę, ledwo powstrzymując kpiący śmiech. — Dobrą nowinę już w zasadzie znam.

Rage, usłyszawszy to, brutalnie zakrztusił się gorącą kawą i na ile tylko pozwalał mu kaszel, posłał przyjacielowi mordercze, czarne spojrzenie.

Oczywiście, że Dorian zlustrował go dokładnie, od stóp do głów, gdy ten szedł do kuchni po ciasto. Był wzrokowcem, nie potrafił funkcjonować inaczej. Rozsiadł się na jednym z foteli i również sięgnął po swój kubek. Kawa pachniała tak obłędnie, że zignorował fakt, iż mogła być jeszcze za gorąca.

Słysząc pytanie Jamesa, nie odezwał się natychmiast. Skoro pytanie teoretycznie było wymierzone w Rage'a, poczekał. Obserwował dławiącego się pisarza w milczeniu, a gdy James napomknął o „dobrej nowinie”, uśmiechnął się do wnętrza swojego kubka.

— Michael — rzucił krótko, przenosząc rozbawiony wzrok to na jednego, to na drugiego. — Zgadłem? Michael i ta jego nieposkromiona, absolutnie irytująca chęć uszczęśliwiania świata i egzaltowania się dobrem bliźnich.

Pokręcił z rezygnacją głową, śmiejąc się cicho, po czym upił solidny łyk. Jakoś w ogóle nie przeszkadzało mu to, że James z całą pewnością wiedział już o wszystkim, co wydarzyło się między nim a aktorem.

Rage milczał jak zaklęty. Wpatrywał się to w Doriana, to w Jamesa, z twarzą pozbawioną wyrazu. Mimo to świadomość, że James już wie i nie robi z tego afery, przyniosła mu gigantyczną, upragnioną ulgę. Nareszcie miał pewność, że chociaż przed nim nie musi grać kolejnego spektaklu.

— To bardzo fajny chłopak. Chociaż bywa, że gada znacznie szybciej, niż myśli — stwierdził James, obracając w dłoniach kubek. Zwracał się wyłącznie do Doriana. To on, zdaniem fotografa, miał prawo być najbardziej ciekawy i zaniepokojony. — Bardzo miło spędziło mi się z nim dzisiejsze południe. Pewnie jeszcze kiedyś wyciągnę go na miasto... O ile oczywiście ty nie będziesz miał nic przeciwko temu, bo odniosłem silne wrażenie, że w wielu kwestiach młody polega niemal wyłącznie na twojej opinii.

Był szczery. Tak, jak wspomniał blondynowi w łazience — nie zamierzał przed nikim ukrywać, że bawił się świetnie.

— A co do jego uszczęśliwiania świata... jego entuzjazm bywa potwornie zaraźliwy. Odkąd wyszedł z tego mieszkania, łapię się na tym, że nie mogę przestać się uśmiechać do samego siebie.

Dodał to cicho, podciągając nogi i siadając w głębokim fotelu po turecku. Oparł zrelaksowane dłonie na kolanach. Kawy nie pił; nie czuł już potrzeby kofeiny.

Taka opinia o Michaelu, i to z ust najbliższego, rzekomo brutalnego przyjaciela Rage'a? To była naprawdę odświeżająca odmiana. Dorian wyczuwalnie rozluźnił mięśnie ramion. Patrzył na wciąż zestresowanego, ukrytego za kubkiem pisarza z nutą rozbawienia. Biedaczysko, pewnie zaraz zejdzie na zawał. Skupił się jednak z powrotem na Jamesie. Jego swobodny, wyzbyty z uprzedzeń stosunek do życia coraz bardziej przypadał mu do gustu.

— Tak, wiem o tym doskonale — przyznał malarz. — Znam go od dzieciaka. Za każdym razem, gdy wpadam w dołek, wystarczy mi godzina w jego chaotycznym towarzystwie, żebym wrócił do żywych. Powiedz mi tylko jedną, zasadniczą rzecz: nie narobisz sobie przez niego problemów u swoich kolegów? Wiesz... jeśli cokolwiek się posypie, możesz na mnie liczyć. Te dupki spod wydziału boją się ze mną zadzierać, i mają ku temu solidne powody.

To nie były puste słowa; deklaracja pomocy była absolutnie autentyczna i poważna.

— A wiesz co ci powiem na ten temat? Michael to wolny człowiek. Zdaję sobie sprawę, że ufa mi w stu procentach i słucha moich rad, ale to wyłącznie jego sprawa, z kim i kiedy chce się spotykać. Nie mam zamiaru ingerować w waszą świeżą znajomość — kontynuował Dorian, twardo stawiając sprawę. — Jeśli go rozczarujesz, po prostu posklejam go do kupy. Jeśli go skrzywdzisz, obiję ci mordę, że własny ojciec cię nie pozna. Ale jeśli faktycznie będziecie się świetnie dogadywać i dobrze bawić... będę się z tego tylko cieszył. Jasne?

— Wyjaśniłem mu już wprost: jeżeli moja wesoła gromadka zacznie rzucać w naszą stronę przytykami, to będę wręcz skłonny przyznać im rację. Zrobią ze mnie geja? W porządku. Zrobią ze mnie jego chłopaka? Proszę bardzo, niech się bawią. Dam sobie z nimi radę. Poza tym dni ich pobytu na uczelni są już policzone i wylecą stamtąd z hukiem, bo niestety, Michael nie jest jedynym dzieciakiem, którego regularnie napadają i z którego robią sobie tarczę strzelniczą — odpowiedział James.

Jego słowa brzmiały twardo i poważnie. Nie spinał się; nie musiał ukrywać swoich prawdziwych uczuć. Zdążył już wszystko przemyśleć i doszedł do chłodnego, racjonalnego wniosku, że bliskość blondyna po prostu sprawia mu przyjemność. Jak wielką? Tego zamierzał się dowiedzieć w swoim czasie.

— I uprzedzając groźby: nie mam zamiaru go skrzywdzić. To chodząca, naiwna niewinność. Zresztą, ja z natury nie wydaję wyroków, zanim sam się nie przekonam, jak jest naprawdę. Masz zresztą na kanapie na to żywy dowód.

Wskazał dłonią na milczącego Rage'a i uśmiechnął się do niego ciepło, uspokajająco. Następnie wstał z fotela powoli i podszedł do kanapy. Usiadł obok pisarza i z zaskakującą, niewymuszoną lekkością objął go ramieniem, przyciągając do siebie.

Rage drgnął, nie kryjąc szoku. James nigdy wcześniej tego nie robił. Owszem, w zaciszu pokoju poklepywał go po plecach, czasami przytulał, gdy świat pisarza walił się w gruzy, ale nigdy, przenigdy nie okazywał mu fizycznego wsparcia w obecności osób trzecich, zwłaszcza kogoś takiego jak Dorian.

James chciał mu tym prostym gestem przekazać jedną, fundamentalną rzecz: Nadal tu jestem. Chciał mu udowodnić, że mimo tego, że być może wszedł na nową, nieznaną ścieżkę z Michaelem i będą spędzać ze sobą mniej czasu, Rage wciąż był jego priorytetem.

Ta zszokowana, wielkooka mina Rage'a podziałała na Doriana jak najlepszy gaz rozweselający. Obaj wyglądali tak, jakby właśnie zostali przyłapani na czymś potwornie kompromitującym. Malarz nie skomentował jednak tej nagłej czułości; nie chciał wpędzać pisarza w jeszcze większe, niepotrzebne zakłopotanie.

— James, wydajesz się facetem, który ma jaja na właściwym miejscu i doskonale wie, czego chce od życia. Nic mi do tego, z kim i dlaczego spędzasz czas, więc... mamy układ — skwitował to ostatecznie.

Wzruszył szerokimi ramionami i opróżnił kubek z kawą do dna. Odstawił ceramikę na ławę, po czym wreszcie sięgnął po obiecany kawałek ciasta. Nie widział powodu, by odmawiać darmowych kalorii. Wgryzł się w grubą warstwę masy, odruchowo przymykając oczy. Gładka, lodowata tekstura i uderzenie cukru podziałały na jego zmysły kojąco.

— Cholernie dobre — wymamrotał z pełnymi ustami, uśmiechając się przepraszająco.

Zamilkł. Nie zamierzał więcej strzępić języka, gdy właśnie miał okazję w spokoju delektować się kulinarnym arcydziełem.

— Czy ja wiem, czy zawsze wiem, czego chcę? Szczerze mówiąc, w tej chwili nie za bardzo. A ciasto robiłem sam. — James westchnął, pieszczotliwie tarmosząc ciemne włosy Rage'a. — Tak to bywa, kiedy człowiek nudzi się sam w pustym apartamencie i wyczerpał już wszystkie inne, produktywne opcje, by czymś zająć zręczne palce. I nawet nie pytaj, czym jeszcze się zajmuję w wolnym czasie.

Opuścił ramię, uwalniając pisarza z uścisku, by poprawić pozycję na głębokiej sofie i umościć się wygodniej. Przesiadł się w taki sposób, by doskonale widzieć obu swoich gości.

— Mówiłem ci rano, żebyś tak nie robił... — jęknął z rezygnacją Rage prosto w kubek, opierając się na krawędzi ławy. Nie brzmiał na rozzłoszczonego, raczej na skrajnie zirytowanego rutyną. Ile razy mógł powtarzać tę samą śpiewkę? Rozumiał dziwną fiksację Jamesa na punkcie jego włosów, ale ten pieszczotliwy, ojcowski gest, wykonywany całkowicie bez celu, działał mu na nerwy.

— Michaś wcale nie narzekał, a tobie wizyta u dobrego fryzjera przydałaby się bardziej niż jemu — zaśmiał się głośno blondyn. Posłał Dorianowi wymowne, porozumiewawcze spojrzenie. Według niego Rage potrzebował nie tylko ostrego cięcia, ale generalnego remontu, który doprowadziłby jego zrujnowany wizerunek do porządku.

Owszem, James nie był na tyle blisko, by wyczytać z bladej twarzy przyjaciela te subtelne, zatarte już ślady głębokiego spełnienia, jakiemu przed chwilą oddawał się w ramionach malarza. Widział jednak coś znacznie gorszego — przerażające, wżerające się w oczy zmęczenie, zwiastun powracającego na pełnych obrotach, depresyjnego epizodu.

James zawsze był człowiekiem boleśnie szczerym. Typem, który mówi o wiele za dużo, nierzadko wyprzedzając własne myśli, i nie zważa na to, czy sytuacja tego od niego wymaga. Dorian słuchał jego wywodów z szerokim uśmiechem. Ten facet z każdą minutą przypadał mu do gustu coraz bardziej. A fakt, że Rage obok siedział naburmuszony i — gdyby tylko mógł — najchętniej udusiłby przyjaciela za tak swobodne, kompromitujące zachowanie przed jego nowym kochankiem, wprawiał malarza w stan mściwej, euforycznej wesołości.

— I widzisz, Rage? — zaczął Dorian, opierając łokcie na kolanach. — Michael nie protestował ani razu, kiedy James bawił się w stylistę fryzur. Dlaczego więc ty znowu robisz z tego aferę?

Malarz roześmiał się cicho, ale krótko. Nie chciał wywoływać burzy w szklance wody o głupotę. Zwrócił się z powrotem do fotografa:

— Masz moje oficjalne słowo, James, że za okrągły tydzień nie poznasz tego człowieka. Osobiście zagonię go do fryzjera, zmuszę go do odespania tych worów pod oczami i... mniejsza zresztą o to, co mu jeszcze zafunduję, bo to i tak raczej cię ominie.

Zakończył to obiecujące przemówienie, posyłając Rage'owi tak uwodzicielskie, bezwstydne spojrzenie, że w powietrzu aż zaiskrzyło. Gdyby tylko James nie okupował kanapy, Dorian bez cienia skrępowania zająłby miejsce tuż obok pisarza i, mimo jego otwartej niechęci do takich pokazówek, wymierzyłby mu namiętny, długi pocałunek. A co mu zależało?

Rage zaszurał zębami tak mocno, że dźwięk tarcia szkliwa rozniósł się po cichym salonie. I bynajmniej nie wynikało to z faktu, że nie znosił wizyt u fryzjera czy miał opory przed odpoczynkiem. To właśnie słowa Doriana, a zwłaszcza to bezczelnie urwane w połowie, naładowane erotycznym podtekstem zdanie, sprawiły, że jego policzki zapłonęły gwałtownym szkarłatem.

Gdyby rozmawiali w ten luźny, prowokujący sposób przed południem na uczelni — zanim rozszarpali się nawzajem z pożądania w mieszkaniu — przyjąłby te żarty z lodowatym opanowaniem. Ale teraz, mając w pamięci każdy ruch dłoni Doriana na swoim nagim ciele, czuł się całkowicie zdemaskowany. Przymknął oczy, by odciąć się od wizji, które właśnie eksplodowały w jego umyśle.

— Nie mam nic przeciwko pójściu do fryzjera. W zasadzie od dawna planowałem dłuższą wyprawę na zakupy. Nienawidzę kręcenia się po galeriach, ale kończą mi się czyste rzeczy, więc to zrobię — wycedził, mając na myśli konieczność wymiany połowy swojej garderoby. Jego ubrania powoli zaczynały przypominać worki pokutne. Nigdy nie przejmował się fasadą, ale czasami, w takich właśnie banalnych, prozaicznych momentach, uświadamiał sobie z bólem, jak bardzo pozwolił sobie na zaniedbanie.

Opadł ciężko na oparcie, a po chwili bez oporów zwalił głowę na ramię Jamesa, nie otwierając oczu.

— Po prostu fatalnie się czuję. Prawie w ogóle nie spałem w nocy — mruknął cicho.

W jego głosie nie było jednak ani grama użalania się nad sobą. Kofeina nie spełniła swojego zadania; zamiast go pobudzić, jedynie uwypukliła potworne, ciągnące w dół fizyczne zmęczenie.

James automatycznie, opiekuńczo objął go ramieniem, przyciągając jego ociężałe ciało do swojego boku. Z jego twarzy zniknął jakikolwiek ślad rozbawienia; zapanowało na niej ciężkie, analityczne zamyślenie.

— To jasne jak słońce. Położysz się u mnie w sypialni, po prostu się prześpisz. Ja w tym czasie w spokoju pogadam sobie z Dorianem. A kiedy wstaniesz... albo pojedziecie razem do ciebie, albo sam odwiozę cię na osiedle. Albo zostaniesz u mnie na noc. Jak wolisz. Nie widzę w tym najmniejszego problemu — zarządził łagodnie fotograf.

Delikatnym, uspokajającym ruchem odgarnął nachalne kosmyki z czoła przyjaciela i przeniósł w pełni poważne, oceniające spojrzenie na Doriana, jakby czekał na jego milczącą aprobatę.

Zanim ktokolwiek z nich zdążył się odezwać i skomentować ten nowy plan, salon wypełnił się miarowym, wyjątkowo donośnym chrapaniem wyczerpanego Rage'a.

4 komentarze:

  1. Oni się jakoś licytują czy coś. Mam wrażenie, że to zawody kto kogo szybciej wyprowadzi z równowagi. Miziają się z przyjaciółmi na oczach swoich chłopaków. Mnie by normalnie szlag trafił. Ciekawe komu pierwszemu puszczą nerwy. Niech się pogodzą i umówią na seks grupowy. Toby było coś! He he jest już późno i lepiej przestanę bredzić bo jeszcze zdeprawuję jakąś niewinną duszyczkę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Okej, okej. Ja wiem, że w każdym związku muszą być zgrzyty, czy chłodniejsze chwile. Ale do cholery jasnej, nie tak wcześnie! Znaczy... pewnie ja to znów źle interpretuje, czy nad interpretuje, czy inne takie... mniejsza.
    Okej, wiemy już jak wygląda spotkanie w gronie : Dorian, Rage, Michael; Dorian, Rage, James... zostaje nam tylko czekać na spotkanie całej czwórki... oj może być ciekawie.
    Rage jest bardziej zazdrosny o Doriana, niż odwrotnie. Albo ja mam tylko takie wrażenie, albo zależy od dnia i sytuacji...
    Inna ta część mi się wydaje... Jakaś taka smutniejsza... Może to dlatego, że jakoś tak mi się udzielił nastrój Rage'a. Nie rozumiem, czemu Dorian tego nie widzi. Powinien coś z tym zrobić, bo biedak się kiedyś wykończy. No, ewentualnie muszą po seksie chodzić spać.
    Nie pozostaje póki co nic innego, jak tylko czekać na rozmowę Dorian - James. A potem Dorian - Michael i Rage - James. No i oczywiście dalszej akcji!

    OdpowiedzUsuń
  3. A mnie się podoba to mizianie. Ono jest tylko takie przyjacielskie. Widać bliskość jaka łączy Michasia z Dorianem i Ragea z Jamesem. To jest takie platoniczne coś pomiędzy nimi. I nie oszukujmy się żaden hetero by tak nie przytulał swego przyjaciela, nie całował w czoło, policzek i nie czochrał włosów.
    A i nastrój Ragea i mi się udzielił. Nie wiem co się z nim dzieję, ale fajna jest tak tajemnica i można się domyślać o co chodzi.
    A James i Dorian mogą się dogadać. Zwłaszcza, że obaj chcą dla pozostałych dwóch chłopaków, aby było dobrze. By się wspaniale czuli itd.
    I co mi się u Was podoba, to to, że dodajecie tak często rozdziały. :DD

    OdpowiedzUsuń
  4. Miziają się za bardzo jak na mój gust, ale może tak ma być. Dobrze że James i Dorian się dogadali, bo tego można się było obawiać. Może niech Dorian posmakuje swojej medycyny i też będzie zazdrosny, bo jak na razie to mało mu raczej zależy na swoim chłopaku.. Ale rozdział podobał mi się bardzo :)

    OdpowiedzUsuń