sobota, 22 września 2012

Rozdział XV [Rage]


Jestem bardzo szybki, ale zależy w czym. [Odparł bez uśmiechu. Przyglądał się Dorianowi z podejrzliwością, a po chwili bardzo powoli i wymownie przeniósł spojrzenie na ochroniarza, jeszcze mocniej marszcząc czoło.] To może ja wam nie będę przeszkadzać, hm? [Dodał jadowicie, z naciskiem w głosie – ironia rozbawienia była w tym również, ale gdzieś głęboko na dnie. Czułości podarowane przez Doriana wcale nie ułagodziły jego nerwów po spotkaniu z szefową. Gotował się jednak tylko dla siebie, w środku i nie miał zamiaru okazywać tego nikomu. Powierzchowna złość była zbędna, zwłaszcza, że wiedział, iż szybko mu minie. Mógł to rozwiązać w ten sposób i doprowadzić do tego, że znów malarz będzie się na niego wściekać za darmo, albo…] W sumie nie… [W jego głowie zaświtał inny pomysł, a raczej zaświtało kilka fantazji.] Kochanie. [Zwrócił się ponownie do Doriana, tym razem jednak uśmiechnął się odrobinę.] Chce jechać do domu, mogę jechać do domu. Do ciebie, na cały weekend. Zrekompensujesz mi czas, który miał nam być zabrany. [Stwierdził łagodnie, po czym podniósł dłoń do policzka chłopaka i pogłaskał go delikatnie.] Zachowujecie się, jak stare, dobre małżeństwo, aż zazdroszczę! [Ian roześmiał się, kiwając głową, a jego ramiona zatrząsły się od śmiechu, który z każdą chwilą był coraz mocniejszy.]

piątek, 21 września 2012

Rozdział XIV [Rage]


[Gdy tylko Dorian odjechał, Rage odetchnął z ulgą. Malarz nie widział, jak chłopak odwraca się i patrzy za nim tęsknym wzrokiem. Poczuł się przez chwilę podle, że tak chłodno go potraktował, ale nie chciał ciągnąć pożegnania w nieskończoność. Zerknął jeszcze na zegarek i przyspieszył kroku w kierunku baru. Doszedł tam dopiero po dziesięciu minutach, omijając wszelkie ciemniejsze i niebezpieczniejsze zaułki. Jeszcze niedawno nie wydawały się tak straszne, jak teraz, kiedy Dorian go zostawił na pastwę losu tego innego świata. Jeszcze niedawno to był świat Rage’a, a teraz czuł się w nim niezwykle obco bez swojego chłopaka. Z westchnieniem na ustach zaszedł do tylnych drzwi, przedstawił się ochroniarzowi, który dopiero po wysłuchaniu go, uśmiechnął się nad wyraz promiennie.] Witaj książę. Paru klientów pytało o ciebie. [Wysoki na dwa metry mężczyzna, postury kulturysty, poklepał pisarza po ramieniu, nie zważając na protesty.] Przebiorę się i zaraz ruszam na salę. Powiesz Setowi, by zrobił mi drinka? Nie przetrwam tego weekendu na trzeźwo… [Odparł Rage, przenosząc na ochroniarza dość błagalne spojrzenie, po czym przeszedł długim korytarzem do niewielkiego pomieszczenia, które było szatnią. Zdecydowanie było mu zimno, a gdy tylko przebrał się w ‘służbowy’ strój, zobaczył na sobie gęsią skórkę. Musiał przemknąć niezauważenie, by napić się czegokolwiek. Stali klienci byli, jak sępy czekające na świeże mięso, w dodatku mocniej podnieceni faktem, że Rage nie dawał się im obłapiać, jak inni pracownicy, liczący na większe napiwki. Skradł się pod ladą barową i oparł o nią kucając, po czym pociągnął Seta za nogawkę długich, normalnych jeansów. Barman nie musiał za ladą świecić pośladkami, jak kelnerzy. Wyciągnął dłoń, w którą został wciśnięty kieliszek. Jeszcze dziesięć minut zostało do zmiany. Dziesięć minut do tego by wyjść na salę pełną klientów.]

czwartek, 20 września 2012

Rozdział XIII [Rage]


Krótko... Z dedykacją dla wszystkich komentujących i mających zamiar komentować. Enjoy ^^

[Już chciał mu odpowiedzieć, że jeżeli miałby mu powiedzieć wszystko, to prędzej spaliłby się ze wstydu, ale ugryzł się wymownie w język, aż jęknął z wrażenia.] A jeżeli nawet jestem zazdrosny, to co… Może odrobinę… [Mruknął w szyję malarza, po czym przytulił do niej swoje usta i przymknął oczy. Nadzieje Doriana na to, że uczuciowa postać Rage’a będzie długo na wierzchu, były bardzo płonne, ponieważ pisarz już zaczął się niecierpliwić. Usłyszał to, co miał usłyszeć i powiedział to, co miał powiedzieć, przynajmniej część tego. Zdecydowanie bliskość chłopaka górowała nad wszystkim innym. Rozum Rage’a chciał jeszcze przez minutę wytrwać w takiej pozycji, usilnie odganiając nieprzyzwoite myśli, ale ciało miarowo ogarniała fala gorąca. Objął więc szyję Doriana mocno i przycisnął się do niego jeszcze bardziej, intensywnie i boleśnie, jakby ratował się przed czymś w popłochu.] To chyba był zły pomysł, bym siedział tak… blisko. [Wyszeptał, nabierając po słowach głęboko powietrza, a w końcu ugryzł skórę szyi malarza pod swoimi ustami delikatnie.]

środa, 19 września 2012

Rozdział XII [Rage]


Notka z dedykacją dla Liv i jej miłości do Rage'a. Enjoy ^^
PS. Na kolejną część rozdziału o Jamesie i Michasiu będziecie musieli poczekać... :D

[Po odwiezieniu Michasia do Jamesa, Dorian zajechał do sklepu, gdzie kupił pudełko lodów, kilka piw, jakieś przekąski i mały zapas lizaków. Miał w planach również spędzić miło ten piątkowy wieczór. Nie dzwonił do Rage'a chcąc sprawić mu niespodziankę. Wypatrywał go na szkolnych korytarzach, ale spodziewał się też, że chłopak się nie zjawi na zajęciach, więc nie czuł zawodu, kiedy go nie odnalazł. Musiał się jednak przyznać przed sobą, że tęsknił trochę do Rage'a i do jego zawziętej miny. Chciał z nim porozmawiać, wyjaśnić. Rozstali się w dość dziwnych okolicznościach przecież. Nadal miał przed oczyma wyraz twarzy Rage'a, kiedy rozmowa zeszła na Michaela. Podjechał pod dom chłopaka i z torbami pełnymi łakoci stanął po chwili pod drzwiami. Ledwo nacisnął na dzwonek, odezwał się jego telefon. Kiedy go wyjął i zobaczył wiadomość od młodego, pokręcił głową i roześmiał się. Czekał, aż Rage mu otworzy, odpisując na sms.]

wtorek, 18 września 2012

Rozdział XI [James]

Z ciężkiego, otępiającego snu wyrwało go delikatne szarpnięcie za ramię. James z trudem rozkleił powieki, przetarł twarz dłonią i zdezorientowany rozejrzał się po półmroku własnego salonu.

— Tata... cześć... — wyburczał zaspanym, ochrypłym głosem.

Dopiero po chwili jego wzrok wyostrzył się na tyle, by dostrzec stojącego nad nim mężczyznę. Ojciec Jamesa, postawny i wciąż przystojny blondyn w średnim wieku, wpatrywał się w niego z uwagą i swoim stałym, łagodnym uśmiechem.

— Dlaczego śpisz na kanapie? — zapytał spokojnie dyrektor. Sięgnął na ławę i zabrał z niej butelkę rzemieślniczego piwa, której James wczorajszego wieczoru nie zdążył nawet otworzyć.

Chłopak podniósł się z trudem z wyjątkowo niewygodnej pozycji, w jakiej zastał go sen, i przeciągnął się z cichym jękiem protestujących mięśni.

— Rage wpadł. Fatalnie się poczuł i śpi u mnie w pokoju... chyba.

W zasadzie nie miał pewności, czy pisarz nie ulotnił się pod osłoną nocy, chociaż z drugiej strony zakładał, że przyjaciel obudziłby go przed wyjściem. Musiał to sprawdzić. Podniósł się ociężale z kanapy i, nie zwracając większej uwagi na ojca, który ze zmęczeniem opadł na sąsiedni fotel, skierował się w stronę swojej sypialni.

Tak, jak przypuszczał — Rage spał w najlepsze. Sądząc po stanie łóżka, pisarz zdążył już w nocy skopać z siebie niemal całą pościel. James pochylił się, by upewnić się, że chłopak spokojnie oddycha. Chwycił zmiętą kołdrę i przykrył go szczelnie, dość brutalnym, acz skutecznym ruchem wpychając mu poduszkę głębiej pod głowę.

Rage zamruczał coś niezrozumiale, uśmiechnął się przez sen, i zanim James zdążył zareagować, pisarz złapał go za materiał koszulki. Jednym silnym, zaskakującym ruchem wciągnął fotografa prosto w swoje ramiona, zamykając go w mocnym uścisku na materacu.

Na szczęście pogrążony w głębokim śnie Rage nie miał pojęcia, kogo właśnie uwięził w swoich objęciach. Zanim James zdążył się wyswobodzić z tej absurdalnej pułapki, tuż przy jego uchu rozległa się seria zaspanych, naładowanych erotyzmem jęków, które bezbłędnie układały się w imię malarza.

„Dorian...”

— Śpij, Rage, po prostu śpij. W końcu kiedyś musisz to odespać... Inaczej padniesz na twarz w pracy — mruknął cicho James, z trudem wyrywając się z uścisku.

Zastępczo wepchnął w ramiona przyjaciela swojego pluszowego aligatora, którego pisarz natychmiast, instynktownie przytulił. James odgarnął ciemne włosy z lekko spoconego czoła aktora i z ciężkim westchnieniem wrócił do salonu.

— Wyrzuciłeś ich już z uczelni? — zapytał bez ogródek, siadając na kanapie obok ojca.

Dyrektor Collins poluzował krawat i zaczął powoli, z wyraźną ulgą, ściągać z siebie wizytową marynarkę. Butelka z piwem stała już na stole.

— Staram się to załatwić, ale nie mam na nich twardych dowodów. Sam wiesz, jak to działa w takich zamkniętych środowiskach... Wszyscy świadkowie, o których mi mówiłeś, panicznie boją się zeznawać, a policja nie kiwnie palcem bez oficjalnego zgłoszenia pobicia. Muszę ich przyłapać na gorącym uczynku, żeby mieć podstawy do dyscyplinarnego usunięcia — odparł z goryczą w głosie. — Wstrętne bachory...

Przewrócił oczami, ale po chwili spojrzał na syna, a na jego twarz powrócił wyraz spokojnej powagi.

— A teraz ty mi powiedz, co robiłeś, gdy wczoraj po raz kolejny uciekłeś ze szkoły? — zapytał chłodno, chociaż jego zielone oczy, tak uderzająco podobne do oczu Jamesa, błyszczały ojcowskim rozbawieniem.

— W sumie nic nadzwyczajnego... Wróciłem tu z kolegą, zjedliśmy pizzę, potem trochę ogarnąłem mieszkanie. Później przyszedł Rage ze swoim znajomym, pokręcili się, kumpel poszedł, a Rage został na noc — zrelacjonował płynnie James. Zawiesił na moment głos, wpatrując się w ojca. Serce zabiło mu mocniej, gdy poczuł, że to jest ten właściwy moment. — Tato... mam do ciebie ważne pytanie. Co byś zrobił, gdyby nagle okazało się, że jestem gejem?

Nie mógł już dłużej dusić tego w sobie. Rozmowa na ten temat z Ragem wcale nie jawiła mu się jako źródło ulgi; przyjaciel miał własne, bolesne doświadczenia i James nie chciał go obciążać swoimi wątpliwościami. Kogo więc miał zapytać o radę, jeśli nie własnego ojca, który od zawsze wykazywał w tych kwestiach absolutną otwartość?

Dyrektor Collins zamrugał, po czym na jego ustach wykwitł szeroki uśmiech, który błyskawicznie przerodził się w szczery, ciepły śmiech.

— Cóż... rzekłbym po prostu, że to najwyraźniej zostaje u nas w rodzinie — odpowiedział bez cienia wahania. Klepnął syna w ramię. — Nie martw się, James. Dasz sobie z tym radę. Cokolwiek zdecydujesz i kimkolwiek jesteś, masz we mnie oparcie.

To proste zapewnienie zdjęło z ramion fotografa ogromny ciężar. Reszta wieczoru, przeciągająca się w noc, upłynęła im na luźnej, oczyszczającej rozmowie o wszystkim i o niczym — o szkole, obowiązkach ojca, a w końcu, z całkowitą swobodą, o Michaelu. O blondynie, który zaledwie w jeden dzień zdążył wprawić uporządkowany świat Jamesa w totalne, fascynujące zakłopotanie.


James nie ruszył się z kanapy aż do samego świtu. Nie wybierał się rano na uczelnię. Zapadł w lekki letarg i nawet nie zarejestrował momentu, w którym Rage obudził się, wziął szybki prysznic i bezszelestnie opuścił apartament. Pisarz był wypoczęty, w wyśmienitym, gotowym do działania nastroju, ale on również zignorował zajęcia. Obiecał Dorianowi przerwę na regenerację i zamierzał dotrzymać słowa.

Na szklanym stoliku Rage zostawił pożegnalny liścik z krótkim wyjaśnieniem i obietnicą szybkiego spotkania.

Kiedy James w końcu zwlekł się z kanapy i przeczytał notatkę, uśmiechnął się do siebie. Czuł się fizycznie połamany, ale po serii intensywnych, porannych ćwiczeń krew znów zaczęła szybciej krążyć w jego żyłach, a wraz z nią powróciła energia.

Zaraz po tym, jak doprowadził się do porządku w łazience, chwycił za telefon. Pierwszą rzeczą, jaką musiał dziś zrobić, było napisanie wiadomości do Michaela z luźną propozycją spotkania po jego zajęciach. Potrzebował tego. To spotkanie miało być dla fotografa ostatecznym testem: musiał sprawdzić, czy wczorajsza galopująca fascynacja była tylko wynikiem uderzenia adrenaliny i stresu, czy też uderzy w niego z taką samą siłą, gdy tylko znów spojrzy w błękitne oczy tancerza.

Zaproszenie było jasne: obiad u niego w apartamencie. Inaczej być nie mogło. Zanim Michael zdążył potwierdzić i wrócić ze szkoły, James uruchomił w kuchni pełen tryb gotowania. W menu znalazł się kurczak z warzywami i domowej roboty, wielosmakowe lody na deser. Prawdziwe, zimne lody.


Zaraz po wyjściu z windy w swoim bloku, Dorian wyciągnął telefon i zadzwonił do Michaela. Umówił się z przyjacielem za godzinę w swoim mieszkaniu. Miał jeszcze czas, by zajechać do delikatesów po ulubione przekąski blondyna.

Podjechał pod blok idealnie w momencie, by otworzyć drzwi i wpuścić zniecierpliwionego przyjaciela do środka.

— I jak tam, Młody? Nadal tryskasz tym swoim niebezpiecznym entuzjazmem? — rzucił Dorian na powitanie.

Właściwie nie musiał pytać. Widok chłopaka był najlepszą odpowiedzią. Rozpromieniona twarz, błyszczące ekscytacją oczy i te charakterystyczne, mocne rumieńce na policzkach. Dorian doskonale znał ten stan — Michaś znowu latał pół metra nad ziemią.

— Taaaak... — potwierdził blondyn ze śmiechem, posyłając malarzowi niewinne spojrzenie, i na powitanie cmoknął go głośno w policzek.

Dorian roześmiał się z ulgą. Po wejściu do salonu wręczył mu torbę z zakupami, a sam udał się do kuchni. Wrócił po chwili z dwiema szklankami wypełnionymi do połowy kruszonym lodem i puszkami z colą.

Michael zdążył już zająć swoją ulubioną, strategiczną pozycję w prawym rogu kanapy i z wielkim zapałem pochłaniał serowo-cebulowe paluszki, które malarz kupił specjalnie dla niego. Dorian opadł na drugi koniec sofy, z sykiem otwierając napoje. Rozlał colę, podał szklankę blondynowi i puścił do niego oko.

— Dolałbym ci do tego czegoś z prądem na rozluźnienie, ale cholernie nie chce mi się potem odwozić cię na drugi koniec miasta po nocy, więc... — zawiesił głos, a jego uśmiech poszerzył się. — Czekaj, przecież i tak zawsze możesz u mnie zostać.

Malarz nagle poczuł, że ta cała sytuacja zaczyna wymykać mu się spod kontroli. Po wczorajszych, intensywnych starciach z Jamesem i Ragem w jego głowie panował kompletny mętlik. Czuł się zakręcony jak słoik z wekami i uświadomienie sobie tego faktu mocno uderzyło go po ego.

Wstał gwałtownie z kanapy, podszedł do barku, wyciągnął butelkę dobrego bourbonu i dolał po solidnej "odrobinie" do obu szklanek z colą.

— Nic się nie stało. Przywykłem do takiego twojego zachowania. Zawsze robisz się taki "opiekuńczy", gdy na horyzoncie zjawia się jakiś nowy książę z bajki — wyszczerzył się Michael, odbierając wzmocnionego drinka. Pociągnął łyk i spojrzał na Doriana z powagą, rzadką w jego wykonaniu. — I tak, wiem. Nie jesteś jeszcze pewien, dokąd to wszystko z Ragem zmierza. Ale wiem też, że bardzo się postarasz. A ja, dzięki temu, że wczoraj zrządzeniem losu poznałem Jamesa... dostałem potężny zastrzyk pozytywnej energii. Więc mówię ci: tym razem wam się uda. Musisz tylko bezwzględnie pisać do mnie po nocach, tak jak robiliśmy to zawsze z każdym twoim nowym facetem. Z tym że ja też będę cię teraz zadręczał nocnymi wiadomościami.

Siedzieli na kanapie niemal do drugiej nad ranem. Paplali, analizowali, rozkładali miniony, szalony dzień na czynniki pierwsze. Michael ze wschodnim entuzjazmem zrelacjonował swoje popołudnie z Jamesem. Celowo, z uśmiechem na ustach, pominął w opowieści napięcie, upojny pocałunek w windzie i to palące spojrzenie fotografa. Dorian dotrzymał obietnicy danej Jamesowi i o nic takiego nie dopytywał, przyjmując wersję o „świetnie spędzonym, przyjacielskim czasie”.

Później to malarz przejął inicjatywę, opowiadając o tym, jakim intrygującym, złamanym człowiekiem jest Rage. On również sprytnie omijał wszelkie bardziej pikantne i mroczne detale ich fizycznego zbliżenia, chociaż młody usilnie próbował ciągnąć go za język.

Skończyło się na tym, że — jak za dawnych lat — zasnęli w salonie. Rano Dorian podwiózł przyjaciela na uczelnię. Michael z dumą w głosie poinformował go, że po zajęciach ma oficjalne zaproszenie do apartamentu Jamesa na obiad. Malarz przyjął to ze spokojem. Podwiózł go pod luksusowy wieżowiec, życząc świetnej zabawy i z uśmiechem przypominając, że gdyby blondyn potrzebował nocnej ewakuacji do domu, może dzwonić o każdej porze.


Dokładnie o wyznaczonej przez fotografa godzinie, Michael stał już na parkingu pod apartamentowcem.

Nie chciał wchodzić na górę bez zapowiedzi i ryzykować, że nakryje Jamesa w nieodpowiednim momencie. Kiedy więc tylko pomachał na pożegnanie odjeżdżającemu Dorianowi, wybrał numer chłopaka i, przestępując z nogi na nogę przed wejściem do windy, czekał na połączenie.

— Cześć! Wchodź, drzwi są otwarte! Obiad mi się chyba właśnie przypa... la...

Głos Jamesa w słuchawce brzmiał nerwowo i urywał się w dziwnych momentach. Fotograf z ledwością odebrał to połączenie, jednocześnie balansując nad kuchenką gorącym, ciężkim garnkiem z ugotowanym ryżem. Nie miał doświadczenia w synchronizowaniu wielodaniowych posiłków. Zadzwonił co prawda wcześniej do ojca, by dowiedzieć się, o której dokładnie kończą się zajęcia grupy Michaela, i sądził, że ma wszystko pod kontrolą, ale przecenił swoje możliwości.

W mieszkaniu unosił się gęsty, obłędny zapach pieczonego kurczaka, aromatycznych warzyw i przypraw korzennych. Sam kucharz przypłacił to jednak upaćkaną sosem, niegdyś czystą koszulką.

Sądził naiwnie, że zostanie mu kilka minut na doprowadzenie się do perfekcyjnego ładu. Wszystko posypało się przez to, że podchodził do tego spotkania, jakby szykował dom na przyjęcie delegacji królewskiej, a nie kumpla z uczelni. Przez ostatnie godziny obsesyjnie wycierał kurze, szorował podłogi — mając w pamięci, że blondyn uwielbia paradować po panelach w samych skarpetkach — odkurzył dywany, a nawet odgruzował swój zabałaganiony, artystyczny pokój, co zakrawało na logistyczny cud.

W międzyczasie, szorując blaty, usilnie powtarzał sobie w myślach: To tylko zwykłe spotkanie. To nie jest randka. Randka? Skądże. Żeby utrzymać to kłamstwo przy życiu, powstrzymał się od wyciągnięcia z barku wina i nie zapalił świec, choć te stały już prowokacyjnie przygotowane na stole w jadalni. Zanim się rozłączył, rzucił tylko w pośpiechu, by Michael wszedł na górę bez pukania.

Michael wszedł na górę — a raczej wjechał windą, bo mimo rozpierającej go energii, wspinaczka po schodach wydawała mu się zbędnym marnowaniem sił. Kiedy odszukał właściwe drzwi, bez wahania nacisnął klamkę.

W mieszkaniu unosił się gęsty, obiecujący zapach pysznego jedzenia, wymieszany z chłodną nutą męskich perfum i czystości. Chłopak uśmiechnął się do siebie. Odruchowo i z ulgą zrzucił z nóg sportowe buty. Zamknął cicho drzwi wejściowe i w samych skarpetkach, bezszelestnie, ruszył w głąb apartamentu.

— James? — zawołał miękko.

Szedł powoli przez salon w stronę strefy wypoczynkowej, rozglądając się za gospodarzem. Czuł dziwne, przyjemne napięcie. Na jego twarzy nie było jeszcze tej eksplozji codziennej radości; pojawiła się ona jednak natychmiast, gdy tylko jego oczom ukazał się James. Fotograf krzątał się w aneksie kuchennym z niezwykłą, choć nieco chaotyczną energią.

Twarz Michaela błyskawicznie się rozpromieniła. Na palcach, by nie zdradzić swojej obecności przedwcześnie, ruszył w stronę wyspy kuchennej, jakby niewidzialne skrzydła uniosły go nad podłogą, by postawić tuż obok pochylonego nad blatami chłopaka.

— Co ty tu wyrabiasz? Zasmrodziłeś jedzeniem pół tego luksusowego wieżowca — rzucił z głośnym, radosnym śmiechem, opierając się o blat i z nieskrywaną ciekawością zaglądając do każdego parującego naczynia.

— Obiad. Teoretycznie to miało się nazywać "obiad"...

James wypuścił z płuc ciężkie powietrze po ostatecznym, zwycięskim starciu z upartym ryżem, który w końcu wylądował w eleganckim półmisku. Spojrzał na stojącego obok tancerza i odpowiedział mu równie szerokim uśmiechem.

Zlustrował blondyna szybkim, uważnym wzrokiem i... mimowolnie, nie potrafiąc tego opanować, poczuł, jak jego policzki oblewają się ciepłem. Był pewien, że zdoła przyjąć ten widok na chłodno, bez emocji, ale obecność Michaela wywołała w nim wstrząs. Poczuł się tak, jakby nagle oddano mu coś, za czym podświadomie tęsknił od wczorajszego popołudnia. Jego serce na moment drastycznie przyspieszyło rytm.

Musiał się jednak skupić na stygnącym jedzeniu. Opuścił spojrzenie na ryż, zmuszając się do złapania oddechu.

— Pomożesz mi z tym? — zapytał, wskazując na półmiski, które miały powędrować na stół.

W menu był wspomniany ryż, aromatyczna potrawka z kurczaka duszona w sosie własnym z warzywami oraz duża miska kolorowej sałatki. To było danie główne, jako że wielosmakowe, obiecane lody wciąż chłodziły się w zamrażarce, czekając na swoją kolej.

— Nie miałem pojęcia, czy lubisz takie rzeczy, ale mam wielką nadzieję, że trafisz w mój gust i że przynajmniej jesteś głodny — mruknął James, zabierając półmisek z mięsem oraz miskę z sałatą.

Skierował się w stronę jadalni, usilnie zmuszając swój umysł, by nie analizować faktu, że miał właśnie nieodpartą, palącą ochotę przywitać blondyna w znacznie bardziej intymny i czuły sposób.

— Głodny? Owszem, jestem wręcz wygłodniały — wyszeptał Michael.

Jego wzrok powędrował po szerokich plecach i ramionach oddalającego się Jamesa, o wiele bardziej drapieżnie i bezceremonialnie niż zazwyczaj pozwalał na to rozsądek. Na szczęście gospodarz był zbyt zajęty transportowaniem jedzenia, by to zauważyć.

Michael chwycił naczynie z ryżem i ruszył w ślad za nim. W środku skakał z radości, że przyjął to zaproszenie.

— Ale muszę przyznać, że apetyt też mi bardzo dopisuje — dodał, a na jego ustach pojawił się zaczepny, niebezpieczny uśmiech.

Postawił półmisek na dębowym blacie stołu, ale zamiast grzecznie zająć miejsce na krześle, zatrzymał się. Wpatrywał się w przygotowane z takim pietyzmem nakrycia. Tyle zachodu, ugotowany posiłek, posprzątany apartament... i to wszystko dla niego, dla jednego, zwykłego Michaela? To było uderzająco miłe.

Obszedł stół dookoła, wodząc samymi opuszkami palców po jego krawędzi, powoli, z nabożną ostrożnością, jakby bał się, że najmniejszy, gwałtowny ruch brutalnie zniszczy ten piękny czar. Zatrzymał się dopiero, gdy stanął dokładnie naprzeciwko Jamesa.

— Jestem zaszczycony tak królewskim przyjęciem — wyszeptał. Schował ręce za plecami, wpatrując się w fotografa z absolutnie urokliwym, udawanym zażenowaniem. — Gdybym tylko wiedział, na co się piszę, poprosiłbym Doriana, by zatrzymał się ze mną przed jakimś dobrym sklepem monopolowym po butelkę wina.

Ciężkie, melancholijne westchnienie, które wyrwało się z jego piersi, odbiło się echem od ścian nowoczesnego apartamentu. Dłonie skryte za plecami zacisnęły się w pięści. Poczuł się nagle bardzo nieprzygotowany i nie na miejscu w obliczu tak doskonałego, starannego przyjęcia.

— To żadne przyjęcie. To po prostu zwykły obiad. A tak się składa, że świetne wino już mam... — odparł szczerze James.

Gdy tylko uwolnił dłonie od ciężkich półmisków, wyprostował się i bez chwili wahania pochylił się przez stół w stronę blondyna. Spojrzał mu głęboko, prosto w te uderzająco błękitne oczy, nie zdejmując z twarzy łagodnego uśmiechu. Jego wzrok powoli, z niespieszną uwagą zlustrował całą twarz Michaela, zatrzymując się na ustach.

— Obiad... a potem deser. Potem możemy odpalić jakiś film, a później... Kto wie? Mamy dla siebie całe popołudnie i całą, długą noc. O ile tylko masz ochotę zostać — zamruczał cicho, a jego głos wibrował przyjemnym, niebezpiecznym rezonansem. Po prostu nie potrafił się temu oprzeć.

Zrobił krok w bok, omijając krawędź stołu, i z cichym westchnieniem ulgi zamknął Michaela w mocnym, bezkompromisowym uścisku, przytulając go do swojej szerokiej klatki piersiowej. W tej sekundzie przestał całkowicie przejmować się tym, że jego jasna koszulka nosiła na sobie dowody kulinarnych zmagań w postaci plam z warzywnego sosu. Ciepło ciała tancerza wynagradzało wszystko.

— Daj mi sekundę, muszę iść się przebrać, bo z bliska pewnie pachnę jak pieczony kurczak. Zaraz wracam, a ty rozgość się i czuj jak u siebie — powiedział miękko, odsuwając się z ociąganiem. Zanim jednak zniknął za rogiem, jego duża dłoń instynktownie opadła na jasne włosy chłopaka, czochrając je z pieszczotliwą czułością.

James umknął do sypialni, po czym błyskawicznie przemieścił się do łazienki, ściskając w dłoni świeży t-shirt z szafy.

— Wcale nie musisz się przebierać... pachniesz świetnie... — jęknął cicho Michael, ale James zdążył już ewakuować się z salonu.

A było już tak niesamowicie miło i intymnie. Odprowadził uciekającego gospodarza wzrokiem i po raz kolejny tego dnia wypuścił z płuc ciężkie, drżące z emocji powietrze.

„Noc”.

Czy on na pewno dobrze usłyszał? Czy James właśnie z nieskrywaną swobodą zaproponował mu pozostanie w jego mieszkaniu na noc? To było rewolucyjne. A najbardziej niesamowite w tym wszystkim było to, jak fotograf do niego podchodził. Nie bał się go. Nie unikał jego wzroku, nie spinał się, jak to miało miejsce podczas ich pierwszego, korytarzowego spotkania. Nie przypominał już nieśmiałego, walczącego z własnymi pragnieniami chłopaka z łazienki. Zaszła w nim drastyczna, fantastyczna zmiana. Może nikt inny z zewnątrz nie byłby w stanie tej metamorfozy zauważyć, ale wyczulony na najdrobniejsze detale Michael widział to wyraźnie.

Ta zmiana sprawiła, że w żołądku blondyna wybuchło stado wściekłych motyli. Przez całe jego ciało, od czubka głowy aż po opuszki palców u stóp, przetoczył się gorący dreszcz ekscytacji i wibrującego oczekiwania, gdy tylko fotograf zniknął w korytarzu. Siadając przy nakrytym stole, wciąż czuł na swoich plecach silny dotyk rąk Jamesa, a przed oczami miał ten zaskakująco prowokujący, pociemniały z emocji wzrok.

Uśmiechnął się sam do siebie. Błyskawicznie wyjął z kieszeni telefon i wystukał krótką wiadomość do Doriana:

"Zostaję na noc. Bawcie się dobrze. Nie martw się o mnie, będę grzeczny (chyba)".

Dokładnie w chwili, gdy nacisnął "Wyślij", klamka zapadła. Podjął ostateczną decyzję o spędzeniu tej nocy u boku Jamesa. Zawsze przecież mógłby się z tego wycofać, choć wiedział, że tego nie zrobi. Poza tym, musiał to jeszcze oficjalnie oznajmić gospodarzowi.

Powrót Jamesa do salonu zajął mu równe dziesięć minut, co w jego mniemaniu było czasem zdecydowanie zbyt krótkim na zrobienie się na tak zwane bóstwo. Miał ogromną ochotę wejść pod lodowaty prysznic, by ostudzić emocje, ale z braku czasu jedynie ochlapał twarz i tors zimną wodą w umywalce. Naciągnął na siebie czysty, dopasowany, czarny t-shirt i zaczesał mokre od wody, blond włosy gładko do tyłu, by nie opadały mu na czoło.

Nigdy nie był typem aroganckiego, pewnego swojego wyglądu faceta. Zazwyczaj luz i swoboda przychodziły mu automatycznie, bez planowania. Jednak teraz, stojąc sam na sam ze swoim odbiciem w wielkim, łazienkowym lustrze, dopadła go niespotykana niepewność. Nie omieszkał sam sobie wymierzyć ostrzegawczego, dość mocnego uderzenia otwartą dłonią w policzek, by opanować te szalejące hormony. Beształ się w myślach za to, że reaguje tak absurdalnie histerycznie wyłącznie na obecność Michaela, a nie na Doriana czy Rage'a. Wczorajsza, męska rozmowa z ojcem co prawda pomogła mu ułożyć sobie pewne kwestie w głowie, ale wciąż nie była magicznym zaklęciem, które rozwiałoby wszystkie zgromadzone przez lata wątpliwości.

— Jestem — oznajmił, wchodząc do jadalni i ponownie posyłając Michaelowi szeroki, uspokajający uśmiech.

Cieszył się, tak po prostu, że tancerz przyjął zaproszenie i znowu zaszczycił go swoją obecnością. Skoro wczorajszy test w postaci tańca i ucieczki utwierdził go w przekonaniu, że jego reakcje na blondyna nie były tylko jednorazowym kaprysem, dziś czuł się nieco pewniej. Upewnił się co do jednej, niepodważalnej rzeczy: ten drobny chłopak z jasną czupryną działał na niego jak najsilniejszy magnes, a on nie zamierzał już z tym walczyć.

— Ja... również — zaczął Michael, wlepiając w niego wzrok.

Zanim jednak zdążył rozwinąć myśl, na blacie stołu krótko zawibrował jego telefon. Blondyn podniósł go z zainteresowaniem, odczytał odpowiedź i jego uśmiech stał się jeszcze szerszy, niemal rozświetlając pomieszczenie.

— Masz gorące pozdrowienia od Doriana i... — Michaś zaśmiał się cicho, drapiąc się po głowie z jawnym rozbawieniem. — Właściwie, najlepiej będzie, jak przeczytam ci to w oryginale, hm?

Przeniósł wzrok z powrotem na ekran smartfona, by zacytować groźbę przyjaciela:

"Przekaż wielkiemu Jamesowi, że jeśli nie wrócisz do nas w jednym kawałku za równe dwa tygodnie, wjadę mu na kwadrat z pułkiem uzbrojonego wojska i osobiście odbiję swój skarb."

Michaś parsknął szczerym, swobodnym śmiechem. Było absolutnie jasne, że ten nieco zaborczy i dramatyczny komunikat Doriana nie sprawił mu najmniejszej przykrości; wręcz przeciwnie, był potwierdzeniem ich żelaznej, braterskiej więzi.

Reszta wiadomości od malarza, której Michael z ostrożności nie odczytał na głos, była skierowana wyłącznie do niego. Zawierała klasyczne, dosadne życzenia "zajebistego wieczoru" i rady o braku jakichkolwiek hamulców.

Blondyn odłożył telefon na blat stołu obok sztućców. Po sekundzie namysłu zgarnął go ponownie, sprawnym ruchem wyciszył całkowicie dźwięki i wibracje.

— Okej, tak będzie o wiele bezpieczniej. Wiem, że Dorian już więcej nie będzie mi dziś przeszkadzał ani dzwonił, by nie psuć wieczoru, ale w razie czego, wolę mieć pewność...

Tym razem aparat wylądował na dnie kieszeni jego spodni. Michaś wstał z tapicerowanego krzesła, opierając dłonie na biodrach obciągniętych granatowym jeansem.

— Nie gniewasz się za ten jego głupi, ojcowski ton, prawda?

— Dlaczego do diabła miałbym być na to zły? — zapytał James z autentycznym zdziwieniem, zajmując miejsce obok niego.

Początkowo w ogóle nie zrozumiał sensu tego pytania. Przecież Michael miał święte prawo pisać z Dorianem, a nawet z tuzinem innych osób. Sam James miał w sobie zakodowany silny instynkt opiekuńczy, więc doskonale rozumiał frustrację i ból wynikający z niewiedzy o tym, co dzieje się z kimś, na kim nam zależy.

— To naprawdę cholernie miłe, że gość się o ciebie tak szczerze troszczy. I nie martw się o interwencję wojska — nie zamierzam trzymać cię tu jako zakładnika przez dwa tygodnie... Chociaż przyznaję, że mogłoby to być wyjątkowo fascynujące doświadczenie — stwierdził z namysłem, zerkając na stojącego obok chłopaka i unosząc brew. — A tak w ogóle... dlaczego stoisz, jakbyś miał zaraz uciekać?

Wskazał dłonią puste krzesło. Naczynia z jedzeniem rozstawione były blisko siebie. James nie widział najmniejszego sensu w siadaniu po przeciwnych, dalekich stronach tego potężnego, długiego stołu, tworząc dystans niczym na drętwej randce w ciemno. To miał być swobodny, bliski posiłek.

— W zasadzie, sam powinienem zadzwonić do Rage'a, żeby upewnić się, że nie zszedł u siebie na kanapie. Ale pewnie zbiera się właśnie do swojej pracy i nie widziałem sensu, by mu przeszkadzać — dodał, przysuwając bliżej półmiski, by łatwiej było im nakładać potrawy na talerze.

— Chciałem tylko... — Michael zająknął się, wpatrując się w Jamesa, który z taką niewymuszoną elegancją zajmował miejsce przy stole.

Machnął jednak z rezygnacją ręką i grzecznie opadł z powrotem na przypisane mu krzesło. Najchętniej, bez pytania o zgodę, wprosiłby się prosto na kolana tego mężczyzny, ale wrodzony takt kazał mu się wstrzymać. Nie chciał krępować fotografa, który przecież dopiero co odzyskał — chociaż Michael nie miał bladego pojęcia o jego wcześniejszych, życiowych rozterkach — odrobinę swojego prawdziwego, autentycznego „ja”.

— Napisz do niego po obiedzie. To będzie świetny gest. Poza tym...

Michaś nagle opuścił wzrok na swoje kolana, maskując fakt, że jego policzki znów zaczynają płonąć. Wyobraźnia podrzucała mu tak śmiałe i perwersyjne powody ewentualnej nieobecności Rage'a w pracy, że James z pewnością wpadłby w osłupienie, gdyby usłyszał choć ułamek z nich.

— Po prostu do niego napisz, proszę — uciął temat gładko, czując, jak pożera go głód, a widok parującego jedzenia był zbyt kuszący. Sięgnął po łyżkę, nałożył sobie na talerz kopiec ryżu, polał go gęstym, aromatycznym sosem z kurczakiem, a obok ułożył hojną porcję kolorowej, chrupiącej sałatki.

— Nie mogę do niego napisać, to bez sensu. Rage nie posiada komórki. Zrezygnował z tego luksusu, bo nękały go jakieś dawne, niezrównoważone „drugie połówki” błagające o powrót. Poza tym wychodzę z założenia, że gdyby potrzebował kontaktu, to by po prostu wpadł lub zadzwonił z domowego. Wie doskonale, że moje drzwi są zawsze otwarte, a ja z zasady nienawidzę się ludziom narzucać.

James stwierdził to rzeczowo, bez cienia typowego w takich sytuacjach żalu, że jego kumpel nie odezwał się pierwszy. Sam również nałożył sobie słuszną, drwalską porcję. Ujął widelec, wycelował go w stronę Michaela, posyłając mu jednocześnie stanowcze i szeroko uśmiechnięte spojrzenie.

— A ty dokończ myśl, skoro już ją zacząłeś — rzucił. — Wiesz dobrze, że nie znoszę urywanych w połowie wypowiedzi. Nie lubię musieć sobie samemu dopowiadać reszty, bo moja wyobraźnia produkuje wtedy skrajne głupoty.

Zakończył to żartobliwym pomachaniem sztućca, po czym wbił stalowe zęby widelca w mięso z ryżem. Nie odwrócił jednak wzroku, nadal z zaciekawieniem obserwując zarumienioną twarz blondyna. Te powracające rumieńce u Michaela były istną kopalnią informacji, a James musiał upewnić się co do ich źródła, zanim sam wypali z czymś bardzo, ale to bardzo niestosownym.

— Nie. Nie ma mowy — zaprzeczył Michael, błyskawicznie pakując sobie do ust spory kęs sałatki. Uśmiechał się przy tym łobuzersko na tyle, na ile pozwalały mu pełne policzki, i energicznie kręcił jasną głową. Purpura powoli, acz skutecznie ustępowała z jego twarzy.

— Wiesz co? — dodał, gdy wreszcie przełknął, opierając zęby widelca o swoją dolną wargę, co wcale nie przeszkodziło mu w wyraźnej artykulacji. — To ja bardzo chciałbym usłyszeć, co takiego sobie właśnie dopowiedziałeś w tej pięknej głowie. Ale tak śmiertelnie szczerze. Możesz śmiało udawać, że mnie tu nie ma, a zamiast mnie siedzi przed tobą twój powiernik Rage, albo chociaż ściana. Pragnę wiedzieć, co krąży po twoich mrocznych, niezbadanych zakamarkach umysłu.

Pochylił się przez stół w stronę Jamesa. Z ust nie schodził mu ten specyficzny, szelmowski uśmiech, który teraz stał się jeszcze bardziej urokliwy dzięki malutkiemu listkowi pietruszki przyklejonemu w kąciku warg. Miał absolutnie szczerą ochotę usłyszeć tę analizę i przekonać się, czy chociaż w ułamku zbiegnie się ona z jego własnymi, świntuszącymi wyobrażeniami o Dorianie.

— Jeśli powiesz mi prawdę, daję słowo honoru, że wyznam ci, co chciałem dodać — rzucił zachęcająco, po czym z niewinnym uśmiechem wrócił do konsumowania swojego pysznego, pikantnego obiadu.

— Sam dokładnie nie wiem, co miałem pomyśleć, ale patrząc na ten intensywny kolor na twojej twarzy... ten rumieniec z całą pewnością nie mógł świadczyć o niczym pruderyjnym ani niewinnym... — zaczął powoli James, wpatrując się w chłopaka. — Wiesz, od wczoraj bezustannie wałkuję w głowie jeden, konkretny temat. Analizuję to, co potencjalnie może dziać się między nami... albo co może dziać się w tej chwili między nimi. Z czystej, prymitywnej ciekawości. Więc teraz łatwo ci chyba zsumować, co mógł dla mnie oznaczać ten twój czerwony sygnał ostrzegawczy.

James miał świadomość, że myśli o tym wszystkim o wiele za dużo. Nie raz już zdarzyło mu się, że rozbuchana wyobraźnia wpędzała go w wyjątkowo niestosowne sytuacje, których po części panicznie się bał, a jednocześnie był nimi bez reszty zafascynowany. Czuł, że tutaj, przy Michaelu, może się otworzyć, bo tylko ten chłopak był w stanie go teraz w pełni zrozumieć.

Westchnął bezgłośnie. Jego uśmiech stał się bardziej nieodgadniony, niemal rozmarzony. Widząc jednak, z jaką determinacją tancerz czeka na rozwinięcie tej ryzykownej tezy, James uznał, że lepiej będzie zablokować sobie usta górą gorącego jedzenia. Przeżuwał starannie, zyskując cenne sekundy, by nie chlapnąć czegoś, co sprawiłoby, że zaksztusi się na śmierć i zejdzie z tego padołu, zanim w ogóle zdąży dowiedzieć się, co Michael myśli na jego temat.

Blondyn wkrótce uporał się z obiadem. Zajadał z umiarem, więc wyczyszczenie talerza nie zajęło mu całego wieczoru. Przez cały ten czas w nabożnym skupieniu słuchał każdego słowa, które z takim wysiłkiem i ostrożnością wypowiadał James.

Kiedy chłopak skończył, Michael uśmiechnął się — tym razem łagodnie, z dziwną dojrzałością. Odsunął pusty talerz i podniósł się z krzesła z bezszelestną gracją tancerza. Ominął róg stołu, stając tuż za plecami gospodarza. Pochylił się nad jego lewym ramieniem, oplatając go aurą swoich perfum.

— Nie myśl tak dużo, James. Myślenie jest zazwyczaj o wiele mniej przyjemne od działania — wymruczał zmysłowo, wprost do jego ucha.

Jego wargi lekko, niczym obietnica, musnęły płatek ucha fotografa, a na sam koniec złożył na jego policzku mocny, głośny pocałunek. Doskonale zdawał sobie sprawę, że to stąpanie po cienkim lodzie, ale prowokowanie u Jamesa rumieńców było dla niego równie smakowite, co najlepszy waniliowy deser świata.

— Dziękuję, to było fantastyczne jedzenie. Będziesz musiał mnie kiedyś nauczyć tych sztuczek — rzucił już radosnym, całkowicie normalnym tonem, prostując się. Przesunął jeszcze otwartą dłonią po karku chłopaka, pieszcząc krótkie włosy, po czym wrócił na swoje miejsce, chwycił swój pusty talerz i ruszył z nim w stronę kuchennego aneksu. Nie pomagał przy gotowaniu, zamierzał więc zrehabilitować się przy zmywaniu.

James przymknął oczy i mocno zagryzł wewnętrzną stronę policzka, byle tylko natychmiast nie odwrócić głowy, nie złapać tego chłopaka w pół i nie zrobić mu słodkiej krzywdy. Tancerz ewidentnie bawił się zapałkami w pobliżu beczki z prochem, ale James nie czuł do niego o to złości. Był wściekły wyłącznie na samego siebie i na własne, obezwładniające reakcje. Jego twarz faktycznie płonęła teraz szkarłatem, wywołanym koniecznością powstrzymania instynktownych, drapieżnych odruchów.

Kiedy tylko Michael zniknął z jego pola widzenia, z ulgą zaczerpnął głęboki haust powietrza w płuca i pospiesznie dojadł resztki swojej porcji, niemal nie czując smaku. Musiał odczekać jeszcze kilkanaście sekund, by odzyskać pełnię kontroli, zanim wstał i z własnym talerzem ruszył w ślad za blondynem.

Oczywiście, nie miał najmniejszego zamiaru pozwalać gościowi na zmywanie naczyń, tym bardziej, że do kuchni i tak musiał się pofatygować w jednym, nadrzędnym celu: po wino z górnej szafki. Skoro Michaś otwarcie deklarował na nie ochotę, fotograf miał zamiar go ugościć — zaserwować mu przynajmniej lampkę doskonałego rocznika, na smaczek i dla rozluźnienia atmosfery po solidnym posiłku.

Wrzucił talerz z głośnym stukotem do pustej komory zlewozmywaka i oparł się biodrem o chłodny kamień blatu.

— Sięgnij do tej wąskiej szafki po prawej, tuż nad suszarką, i wyjmij nam kieliszki do wina — poinstruował miękko, trzymając już w dłoni butelkę ciemnego trunku.

Czekał, aż chłopak spełni jego prośbę. Z alkoholem zamierzali przenieść się do znacznie wygodniejszego, zacisznego salonu, a bałaganem w kuchni James obiecał sobie zająć się później — o ile tylko pedantyczny Michael nie dostanie alergii na widok brudnych naczyń.

Zanim James w ogóle dotarł do kuchni, zorganizowany Michael zdążył już wypucować i spłukać swój talerz. Właśnie zabierał się do mycia naczynia podrzuconego przez gospodarza, spoglądając na stojącego obok chłopaka z zadziornym uśmiechem z ukosa.

— Wiesz w ogóle, że wyglądasz absolutnie wspaniale, kiedy tak oblewają cię rumieńce? Gdybyś tylko wyraził chęć, zrobiłbym ci zdjęcie. A może nawet całą sesję. Może nie byłyby to arcydzieła na miarę twoich czarno-białych aktów, ale przynamniej zobaczyłbyś na własne oczy, jaki jesteś cholernie przystojny — powiedział, zgrabnie odkładając lśniący czystością talerz na metalową ociekarkę.

Wytarł mokre dłonie o tył swoich jeansów — z czystego, bezpretensjonalnego przyzwyczajenia — i dopiero wtedy stanął na palcach, by otworzyć wskazaną szafkę.

Wyjął dwa eleganckie, smukłe kieliszki na długiej nóżce. Trzymając je pewnie w dłoniach, odwrócił się przodem do Jamesa, delikatnie kiwając szkłem na boki z szerokim, prowokującym uśmiechem.

— Mamy dla siebie całą, calutką noc. Więc co? Skusisz się?

— Oczywiście, że się skuszę... ale zdecydowanie nie na żadne tam zdjęcia. Wyłącznie na kieliszek wspaniałego, odurzającego wina — odpowiedział James powoli, przeciągając głoski.

Nie patrzył na szkło. Jego ciemne oczy wędrowały po twarzy Michaela z intensywnością, która zdawała się mówić wprost: Wolałbym skusić się na ciebie niż na cały zapas wina w tym apartamentowcu. Zanim jednak ta myśl zdążyła w pełni przejąć nad nim władzę, odegnał ją zdecydowanym potrząśnięciem głowy. Ruchem podbródka wskazał na strefę wypoczynkową. Objął radosnego, nieznośnego blondyna mocnym ramieniem w talii i poprowadził go w stronę ogromnej, szarej kanapy. Niemalże posadził chłopaka w miękkich poduchach, po czym opadł tuż obok niego. Zapatrzył się na krótki moment w te bezdennie błękitne oczy swojego gościa, tonąc w nich.

— Nie zabrałem... korkociągu — wykrztusił cicho, niemal szeptem.

Jego dłoń bezwiednie, mechanicznie badała szyjkę butelki, którą wciąż trzymał, jakby usiłował sforsować korek siłą woli.

Ocknął się nagle, zerwał z sofy jak oparzony i dosłownie w ułamku sekundy zniknął w kuchni, by równie błyskawicznie pojawić się z powrotem z narzędziem w ręku. Wyglądał, jakby bał się, że jeśli spuści Michaela z oka choć na minutę, ten ulotni się niczym piękny sen.

Kiedy James wpatrywał się w niego z taką obezwładniającą intensywnością, Michael czuł ten ciężki wzrok na każdej, najdrobniejszej komórce swojego ciała. Ciemne oczy chłopaka, pulsujące powstrzymywaną drapieżnością, skutecznie burzyły całą jego starannie budowaną, emocjonalną równowagę. Te mocne usta, których surowy smak wciąż tlił się w jego pamięci z poranka. Te silne, duże dłonie, które dosłownie wibrowały od chęci dotyku...

Michael odetchnął z niewymowną ulgą, gdy James nagle przerwał to nieme, napięte starcie, zmieniając temat i miejsce pobytu. Miękkość skórzanej kanapy stanowiła wybawienie dla jego drżących kolan.

Z ogromnym rozbawieniem obserwował, jak zdezorganizowany i potwornie zestresowany jest w tej chwili ten zazwyczaj pewny siebie kolos. Kiedy fotograf zerwał się z miejsca i pobiegł na poszukiwania otwieracza, blondyn ukrył twarz w dłoniach, by nie wybuchnąć głośnym, histerycznym śmiechem.

Uspokoił się, gdy James wrócił. Odczekał z cierpliwym uśmiechem, aż chłopak opadnie na swoje miejsce, a potem... bez wahania przysunął się do niego. Zdecydowanym ruchem wyrwał korkociąg z jego dłoni i rzucił go ze stukotem na szklany stolik. Nie zważając na jakiekolwiek granice, w ułamku sekundy usiadł okrakiem prosto na masywnych udach Jamesa.

— Posłuchaj mnie uważnie... — powiedział cicho, wbijając swoje stanowcze, błękitne spojrzenie głęboko w oczy chłopaka i opierając obie dłonie płasko na jego piersi, tuż nad sercem. — Jeżeli w tej sekundzie nie przestaniesz się tak śmiertelnie stresować moją obecnością, to wstanę i wyjdę. A wierz mi, nie chcę tego. Chcę tu zostać. Zostałbym nawet okrągły miesiąc, gdybyś tylko miał na to ochotę. Ale masz się natychmiast rozluźnić. Jasne?

— Ale... Ja... Ja przecież nie...

James jąkał się, kompletnie zdezorientowany tą inwazją na jego przestrzeń osobistą. — To nie tak, jak myślisz. Ja nie boję się ciebie. Ani nawet samego siebie. Ja po prostu panicznie boję się, że to wszystko, te moje reakcje na twoją bliskość, to jedynie chwilowa zachcianka, jakiś kaprys... A nie chcę cię zranić. Rozumiesz to? — wyrzucał z siebie zdania z prędkością karabinu, dysząc ciężko.

Aby uniknąć konieczności patrzenia w przenikliwe oczy tancerza, gwałtownie objął Michaela w pasie obiema rękami. Przyciągnął go mocno do siebie i ukrył twarz w zagłębieniu jego ramienia, chowając się przed światem.

Gdy tylko poczuł ciężar blondyna na swoich kolanach, jego ciało zareagowało automatycznie i bezwzględnie. Twardy, niemal bolesny uścisk podbrzusza uderzył w niego z siłą, której nie potrafił już opanować. Kolejna fala gorącej krwi w jednej chwili zalała jego twarz, co na całe szczęście, dzięki jego obecnej pozie, pozostawało dla Michaela niewidoczne. James musiał wziąć bardzo głęboki, powolny oddech, by odzyskać resztki panowania.

— Bardzo cię lubię. I to przerażająco bardzo. Nie mam pojęcia dlaczego tak jest, w końcu znamy się niecałą dobę. I przysięgam, wcale nie chcę, żebyś stąd wychodził. Nigdy — wymamrotał w jego bluzę, przyciskając chłopaka do swojej piersi tak mocno, że ich serca musiały zrównać rytm.

Przejechał paznokciami po materiale na plecach Michaela, chcąc udowodnić mu ruchem to, jak bardzo mu zależało. W końcu odważył się podnieść głowę. Jego twarz wciąż przypominała kolorem ugotowanego raka, ale spojrzenie miał całkowicie trzeźwe.

— Zgoda. Nie będę się denerwować. Ale mam do ciebie prośbę... powstrzymaj mnie, kiedy to będzie konieczne — zażądał, nie siląc się nawet na cień uśmiechu.

Nagle obiad, wino i lodowy deser przygotowany z takim pietyzmem przestały mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Widział przed sobą tylko Michaela. Chciał, żeby dłonie tego chłopaka nigdy go nie opuszczały. James miał w sobie tę zgubną cechę — zbyt szybko przyzwyczajał się do poczucia bezpieczeństwa, jakie dawała mu bliskość tych rąk, i pragnął jej nieustannie.

Michael czule otoczył ramionami kark chłopaka, opierając policzek o jego skroń. Serce krwawiło mu z czułości na samą myśl o tym, jak gigantyczną, bolesną walkę toczył teraz wewnątrz James. Owszem, on sam nigdy nie przechodził przez takie piekło akceptacji własnych pragnień, ale doskonale pamiętał, jak boleśnie bywa się zauroczonym w facecie, który do gejów pała otwartą wrogością. W końcu to Dorian przed laty z brutalną skutecznością wyleczył go z tych toksycznych złudzeń.

Zanurzył dłonie w jasnych włosach fotografa, uspokajająco masując jego skórę głowy i składając na niej drobne, miękkie pocałunki.

— James, błagam cię, nie mów tak — wyszeptał łagodnie. — Znam cię ledwie od wczoraj, to prawda. Ale potrafię czytać ludzi. Wiem, że nie grasz cudzymi emocjami. Wiedziałem to już w tamtej opuszczonej sali baletowej, kiedy bez wahania zgodziłeś się na taniec ze mną. Pamiętasz to? Mogłeś mnie po prostu zignorować i uciec, bałeś się o swoją reputację, ale zostałeś. Zatańczyłeś.

Poczuł paznokcie Jamesa wbijające się w jego plecy i instynktownie, prowokacyjnie wygiął kręgosłup, wbijając swoje krocze jeszcze mocniej w miednicę chłopaka. Oczywiście, że nie chciał stąd wychodzić. Nie miał takiego zamiaru nawet przez ułamek sekundy. Musiał jednak znaleźć argument, by ostatecznie wybić z głowy gospodarza to paraliżujące spięcie.

Kiedy James podniósł na niego błagalne, pełne napięcia spojrzenie, Michael uraczył go tak promiennym, czystym uśmiechem, że aż zaparło dech. Ujął jego rozgrzaną twarz w swoje chłodne dłonie i ponownie oparł swoje czoło o jego.

— A co, jeśli... jeśli wcale nie będę chciał cię przed niczym powstrzymywać? — wyszeptał tuż przy jego wargach, a jego głos drżał od ledwo skrywanej ekscytacji. Gładził kciukami kości policzkowe chłopaka. — Co zrobisz, jeśli wyznam ci, że pragnę dokładnie tego samego i że jestem gotów zrobić absolutnie wszystko, żebyś wreszcie się przełamał? Co wtedy, James?

— Michael... ja doskonale wiem, że jestem w stanie się przełamać. Pragnę cię, do jasnej cholery. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak piekielnie mocno. Nikt wcześniej nie działał na mnie z tak potężną, niszczycielską siłą. I ja wiem, że te twoje słowa są piękne i szczere, ale... — James przerwał, głośno wypuszczając z siebie drżący oddech. — Ale ja wciąż się boję. Boję się, że to nagle, bez ostrzeżenia się skończy. Że obudzisz się któregoś dnia i stwierdzisz, że jestem dla ciebie za nudny, że jednak się do tego nie nadaję. Zbyt wiele czarnych scenariuszy kłębi się teraz w mojej głowie. Ledwie zdołam ugasić jeden pożar w mózgu, a już rozpala się kolejny. Błędne koło.

Każde słowo wydobywało się z niego na jednym, długim wydechu, wolno, z absolutną powagą. W jego zielonych, zwykle pewnych oczach tańczyła teraz gęsta mgła paniki. Panicznie bał się, że ostatecznie to Michael wyjdzie z tej relacji potraktowany instrumentalnie, jak eksperyment, jak kolejna efemeryczna "zabawka". A tego fotograf obiecał sobie uniknąć za wszelką cenę. Jednakże z każdą minutą, gdy wciąż do końca nie wiedział, do czego to wszystko zmierza, zmuszał się do projektowania najgorszych możliwych wariantów i destrukcyjnych finałów.

— Bo co mi z tego, że ulegnę i pójdę z tobą do łóżka? — ciągnął, wpatrując się w twarz tancerza z desperacją. — Co z tego, że będę się z tobą kochał i oddam ci w tę jedną noc całego siebie, skoro to wszystko może prysnąć z pierwszym brzaskiem słońca jak mydlana bańka? Tego właśnie chcesz? Chcesz stanowić tylko chwilowy, zastępczy obiekt mojego pożądania, czy wolisz, by ta bliskość wynikała z czegoś fundamentalnego, z zupełnie innej, stabilnej siły?

James nie miał pojęcia, dlaczego zasypał go tak absurdalnie ciężką falą pytań — pytań, które sprowadzały się do jednego, gigantycznego słowa: miłości. Choć te obawy były śmiertelnie poważne i ciężkie jak ołów, czuł, że z każdym kolejnym, racjonalnym zdaniem ma coraz większą, nieokiełznaną ochotę po prostu rzucić się na usta chłopaka i raz na zawsze wyłączyć mózg.

Michael nie wycofał się ani o milimetr. Nie przerwał mu, nie drgnął, nie uciekł wzrokiem. Słuchał każdego pełnego udręki słowa, jakie wyrzucał z siebie James, z absolutną koncentracją i niemal nabożną cierpliwością. Patrzył na niego z bezgranicznym, czystym zrozumieniem. Fotograf wydawał się mu teraz taki boleśnie szczery w swoim potężnym, zagubionym wnętrzu. Przypominał mu dziecko, które po raz pierwszy sparzyło się o gorący piec, i teraz, mimo zapewnień całego świata o tym, że blacha już wystygła, odmawia jej dotknięcia.

Z cichym westchnieniem Michael oderwał dłonie z jego twarzy, przenosząc je z powrotem na szeroką, pokrytą ciemnym t-shirtem klatkę piersiową gospodarza, gdzie wyraźnie wyczuwał galopujący rytm serca. Zsunął się nieco niżej na jego kolanach, sadowiąc się wygodniej, bez najmniejszego zamiaru ucieczki z tych bezpiecznych objęć.

— Wiesz, czego ja naprawdę chcę, James? — zapytał, przekrzywiając głowę. Na jego ustach wykwitł uśmiech tak promienny i czuły, że wprost onieśmielający. — Ja pragnę cię po prostu poznać. Chcę pozwolić, by ten nasz wspólny czas odegrał swoją naturalną rolę. By ta dziwna, przepiękna magia, która wibruje między nami od pierwszej sekundy, mogła zadziałać sama, bez pośpiechu i bez wywieranej presji. Pragnę pozwolić ci odkrywać mnie powoli, kawałek po kawałku, i dać samemu sobie czas na zrozumienie ciebie.

Przesunął opuszkami palców po zarysie jego kołnierzyka.

— Nie dostaniesz mnie całego na srebrnej tacy od razu, dopóki nie zdobędę pewności, że jest to pragnienie nas obu. Ja... nie jestem ulepiony z tej samej gliny co Dorian, dla którego większość głębokich relacji zaczyna się zazwyczaj od du...

Nagle zamknął oczy, parskając głośnym śmiechem na myśl o tym absurdalnie bezpośrednim i przeklinającym słowie, które prawie z siebie wypuścił.

— Od samego końca — poprawił się szybko, z wymownym naciskiem, desperacko próbując zachować powagę sytuacji.

A potem, nie uprzedzając ruchu, pochylił się gwałtownie do twarzy chłopaka. Musnął jego gorące wargi swoimi, zatrzymując usta na dystansie oddechu, by te ostatnie, najważniejsze słowa uderzyły wprost w umysł Jamesa.

— Posłuchaj... Po prostu spróbuj mnie w sobie rozkochać, James. A daję ci moje słowo, że ja ze swojej strony zrobię absolutnie wszystko, byś ty zatracił się w miłości do mnie całkowicie.