sobota, 22 września 2012
Rozdział XV [Rage]
piątek, 21 września 2012
Rozdział XIV [Rage]
czwartek, 20 września 2012
Rozdział XIII [Rage]
środa, 19 września 2012
Rozdział XII [Rage]
wtorek, 18 września 2012
Rozdział XI [James]
Z ciężkiego, otępiającego snu wyrwało go
delikatne szarpnięcie za ramię. James z trudem rozkleił powieki, przetarł twarz
dłonią i zdezorientowany rozejrzał się po półmroku własnego salonu.
— Tata... cześć... — wyburczał zaspanym,
ochrypłym głosem.
Dopiero po chwili jego wzrok wyostrzył
się na tyle, by dostrzec stojącego nad nim mężczyznę. Ojciec Jamesa, postawny i
wciąż przystojny blondyn w średnim wieku, wpatrywał się w niego z uwagą i swoim
stałym, łagodnym uśmiechem.
— Dlaczego śpisz na kanapie? — zapytał
spokojnie dyrektor. Sięgnął na ławę i zabrał z niej butelkę rzemieślniczego
piwa, której James wczorajszego wieczoru nie zdążył nawet otworzyć.
Chłopak podniósł się z trudem z
wyjątkowo niewygodnej pozycji, w jakiej zastał go sen, i przeciągnął się z
cichym jękiem protestujących mięśni.
— Rage wpadł. Fatalnie się poczuł i śpi
u mnie w pokoju... chyba.
W zasadzie nie miał pewności, czy pisarz
nie ulotnił się pod osłoną nocy, chociaż z drugiej strony zakładał, że przyjaciel
obudziłby go przed wyjściem. Musiał to sprawdzić. Podniósł się ociężale z
kanapy i, nie zwracając większej uwagi na ojca, który ze zmęczeniem opadł na
sąsiedni fotel, skierował się w stronę swojej sypialni.
Tak, jak przypuszczał — Rage spał w
najlepsze. Sądząc po stanie łóżka, pisarz zdążył już w nocy skopać z siebie
niemal całą pościel. James pochylił się, by upewnić się, że chłopak spokojnie
oddycha. Chwycił zmiętą kołdrę i przykrył go szczelnie, dość brutalnym, acz
skutecznym ruchem wpychając mu poduszkę głębiej pod głowę.
Rage zamruczał coś niezrozumiale,
uśmiechnął się przez sen, i zanim James zdążył zareagować, pisarz złapał go za
materiał koszulki. Jednym silnym, zaskakującym ruchem wciągnął fotografa prosto
w swoje ramiona, zamykając go w mocnym uścisku na materacu.
Na szczęście pogrążony w głębokim śnie
Rage nie miał pojęcia, kogo właśnie uwięził w swoich objęciach. Zanim James
zdążył się wyswobodzić z tej absurdalnej pułapki, tuż przy jego uchu rozległa
się seria zaspanych, naładowanych erotyzmem jęków, które bezbłędnie układały
się w imię malarza.
„Dorian...”
— Śpij, Rage, po prostu śpij. W końcu
kiedyś musisz to odespać... Inaczej padniesz na twarz w pracy — mruknął cicho
James, z trudem wyrywając się z uścisku.
Zastępczo wepchnął w ramiona przyjaciela
swojego pluszowego aligatora, którego pisarz natychmiast, instynktownie
przytulił. James odgarnął ciemne włosy z lekko spoconego czoła aktora i z
ciężkim westchnieniem wrócił do salonu.
— Wyrzuciłeś ich już z uczelni? —
zapytał bez ogródek, siadając na kanapie obok ojca.
Dyrektor Collins poluzował krawat i
zaczął powoli, z wyraźną ulgą, ściągać z siebie wizytową marynarkę. Butelka z
piwem stała już na stole.
— Staram się to załatwić, ale nie mam na
nich twardych dowodów. Sam wiesz, jak to działa w takich zamkniętych
środowiskach... Wszyscy świadkowie, o których mi mówiłeś, panicznie boją się
zeznawać, a policja nie kiwnie palcem bez oficjalnego zgłoszenia pobicia. Muszę
ich przyłapać na gorącym uczynku, żeby mieć podstawy do dyscyplinarnego usunięcia
— odparł z goryczą w głosie. — Wstrętne bachory...
Przewrócił oczami, ale po chwili
spojrzał na syna, a na jego twarz powrócił wyraz spokojnej powagi.
— A teraz ty mi powiedz, co robiłeś, gdy
wczoraj po raz kolejny uciekłeś ze szkoły? — zapytał chłodno, chociaż jego
zielone oczy, tak uderzająco podobne do oczu Jamesa, błyszczały ojcowskim
rozbawieniem.
— W sumie nic nadzwyczajnego... Wróciłem
tu z kolegą, zjedliśmy pizzę, potem trochę ogarnąłem mieszkanie. Później
przyszedł Rage ze swoim znajomym, pokręcili się, kumpel poszedł, a Rage został
na noc — zrelacjonował płynnie James. Zawiesił na moment głos, wpatrując się w
ojca. Serce zabiło mu mocniej, gdy poczuł, że to jest ten właściwy moment. —
Tato... mam do ciebie ważne pytanie. Co byś zrobił, gdyby nagle okazało się, że
jestem gejem?
Nie mógł już dłużej dusić tego w sobie.
Rozmowa na ten temat z Ragem wcale nie jawiła mu się jako źródło ulgi;
przyjaciel miał własne, bolesne doświadczenia i James nie chciał go obciążać
swoimi wątpliwościami. Kogo więc miał zapytać o radę, jeśli nie własnego ojca,
który od zawsze wykazywał w tych kwestiach absolutną otwartość?
Dyrektor Collins zamrugał, po czym na
jego ustach wykwitł szeroki uśmiech, który błyskawicznie przerodził się w
szczery, ciepły śmiech.
— Cóż... rzekłbym po prostu, że to
najwyraźniej zostaje u nas w rodzinie — odpowiedział bez cienia wahania.
Klepnął syna w ramię. — Nie martw się, James. Dasz sobie z tym radę. Cokolwiek
zdecydujesz i kimkolwiek jesteś, masz we mnie oparcie.
To proste zapewnienie zdjęło z ramion
fotografa ogromny ciężar. Reszta wieczoru, przeciągająca się w noc, upłynęła im
na luźnej, oczyszczającej rozmowie o wszystkim i o niczym — o szkole,
obowiązkach ojca, a w końcu, z całkowitą swobodą, o Michaelu. O blondynie,
który zaledwie w jeden dzień zdążył wprawić uporządkowany świat Jamesa w
totalne, fascynujące zakłopotanie.
James nie ruszył się z kanapy aż do
samego świtu. Nie wybierał się rano na uczelnię. Zapadł w lekki letarg i nawet
nie zarejestrował momentu, w którym Rage obudził się, wziął szybki prysznic i
bezszelestnie opuścił apartament. Pisarz był wypoczęty, w wyśmienitym, gotowym
do działania nastroju, ale on również zignorował zajęcia. Obiecał Dorianowi
przerwę na regenerację i zamierzał dotrzymać słowa.
Na szklanym stoliku Rage zostawił
pożegnalny liścik z krótkim wyjaśnieniem i obietnicą szybkiego spotkania.
Kiedy James w końcu zwlekł się z kanapy
i przeczytał notatkę, uśmiechnął się do siebie. Czuł się fizycznie połamany,
ale po serii intensywnych, porannych ćwiczeń krew znów zaczęła szybciej krążyć
w jego żyłach, a wraz z nią powróciła energia.
Zaraz po tym, jak doprowadził się do
porządku w łazience, chwycił za telefon. Pierwszą rzeczą, jaką musiał dziś
zrobić, było napisanie wiadomości do Michaela z luźną propozycją spotkania po
jego zajęciach. Potrzebował tego. To spotkanie miało być dla fotografa ostatecznym
testem: musiał sprawdzić, czy wczorajsza galopująca fascynacja była tylko
wynikiem uderzenia adrenaliny i stresu, czy też uderzy w niego z taką samą
siłą, gdy tylko znów spojrzy w błękitne oczy tancerza.
Zaproszenie było jasne: obiad u niego w apartamencie.
Inaczej być nie mogło. Zanim Michael zdążył potwierdzić i wrócić ze szkoły,
James uruchomił w kuchni pełen tryb gotowania. W menu znalazł się kurczak z
warzywami i domowej roboty, wielosmakowe lody na deser. Prawdziwe, zimne lody.
Zaraz po wyjściu z windy w swoim bloku,
Dorian wyciągnął telefon i zadzwonił do Michaela. Umówił się z przyjacielem za
godzinę w swoim mieszkaniu. Miał jeszcze czas, by zajechać do delikatesów po
ulubione przekąski blondyna.
Podjechał pod blok idealnie w momencie,
by otworzyć drzwi i wpuścić zniecierpliwionego przyjaciela do środka.
— I jak tam, Młody? Nadal tryskasz tym
swoim niebezpiecznym entuzjazmem? — rzucił Dorian na powitanie.
Właściwie nie musiał pytać. Widok
chłopaka był najlepszą odpowiedzią. Rozpromieniona twarz, błyszczące ekscytacją
oczy i te charakterystyczne, mocne rumieńce na policzkach. Dorian doskonale
znał ten stan — Michaś znowu latał pół metra nad ziemią.
— Taaaak... — potwierdził blondyn ze
śmiechem, posyłając malarzowi niewinne spojrzenie, i na powitanie cmoknął go
głośno w policzek.
Dorian roześmiał się z ulgą. Po wejściu
do salonu wręczył mu torbę z zakupami, a sam udał się do kuchni. Wrócił po
chwili z dwiema szklankami wypełnionymi do połowy kruszonym lodem i puszkami z
colą.
Michael zdążył już zająć swoją ulubioną,
strategiczną pozycję w prawym rogu kanapy i z wielkim zapałem pochłaniał
serowo-cebulowe paluszki, które malarz kupił specjalnie dla niego. Dorian opadł
na drugi koniec sofy, z sykiem otwierając napoje. Rozlał colę, podał szklankę
blondynowi i puścił do niego oko.
— Dolałbym ci do tego czegoś z prądem na
rozluźnienie, ale cholernie nie chce mi się potem odwozić cię na drugi koniec
miasta po nocy, więc... — zawiesił głos, a jego uśmiech poszerzył się. —
Czekaj, przecież i tak zawsze możesz u mnie zostać.
Malarz nagle poczuł, że ta cała sytuacja
zaczyna wymykać mu się spod kontroli. Po wczorajszych, intensywnych starciach z
Jamesem i Ragem w jego głowie panował kompletny mętlik. Czuł się zakręcony jak
słoik z wekami i uświadomienie sobie tego faktu mocno uderzyło go po ego.
Wstał gwałtownie z kanapy, podszedł do
barku, wyciągnął butelkę dobrego bourbonu i dolał po solidnej
"odrobinie" do obu szklanek z colą.
— Nic się nie stało. Przywykłem do
takiego twojego zachowania. Zawsze robisz się taki "opiekuńczy", gdy
na horyzoncie zjawia się jakiś nowy książę z bajki — wyszczerzył się Michael,
odbierając wzmocnionego drinka. Pociągnął łyk i spojrzał na Doriana z powagą,
rzadką w jego wykonaniu. — I tak, wiem. Nie jesteś jeszcze pewien, dokąd to
wszystko z Ragem zmierza. Ale wiem też, że bardzo się postarasz. A ja, dzięki
temu, że wczoraj zrządzeniem losu poznałem Jamesa... dostałem potężny zastrzyk
pozytywnej energii. Więc mówię ci: tym razem wam się uda. Musisz tylko
bezwzględnie pisać do mnie po nocach, tak jak robiliśmy to zawsze z każdym
twoim nowym facetem. Z tym że ja też będę cię teraz zadręczał nocnymi
wiadomościami.
Siedzieli na kanapie niemal do drugiej
nad ranem. Paplali, analizowali, rozkładali miniony, szalony dzień na czynniki
pierwsze. Michael ze wschodnim entuzjazmem zrelacjonował swoje popołudnie z
Jamesem. Celowo, z uśmiechem na ustach, pominął w opowieści napięcie, upojny
pocałunek w windzie i to palące spojrzenie fotografa. Dorian dotrzymał
obietnicy danej Jamesowi i o nic takiego nie dopytywał, przyjmując wersję o
„świetnie spędzonym, przyjacielskim czasie”.
Później to malarz przejął inicjatywę,
opowiadając o tym, jakim intrygującym, złamanym człowiekiem jest Rage. On
również sprytnie omijał wszelkie bardziej pikantne i mroczne detale ich
fizycznego zbliżenia, chociaż młody usilnie próbował ciągnąć go za język.
Skończyło się na tym, że — jak za
dawnych lat — zasnęli w salonie. Rano Dorian podwiózł przyjaciela na uczelnię.
Michael z dumą w głosie poinformował go, że po zajęciach ma oficjalne
zaproszenie do apartamentu Jamesa na obiad. Malarz przyjął to ze spokojem.
Podwiózł go pod luksusowy wieżowiec, życząc świetnej zabawy i z uśmiechem
przypominając, że gdyby blondyn potrzebował nocnej ewakuacji do domu, może
dzwonić o każdej porze.
Dokładnie o wyznaczonej przez fotografa
godzinie, Michael stał już na parkingu pod apartamentowcem.
Nie chciał wchodzić na górę bez zapowiedzi
i ryzykować, że nakryje Jamesa w nieodpowiednim momencie. Kiedy więc tylko
pomachał na pożegnanie odjeżdżającemu Dorianowi, wybrał numer chłopaka i,
przestępując z nogi na nogę przed wejściem do windy, czekał na połączenie.
— Cześć! Wchodź, drzwi są otwarte! Obiad
mi się chyba właśnie przypa... la...
Głos Jamesa w słuchawce brzmiał nerwowo
i urywał się w dziwnych momentach. Fotograf z ledwością odebrał to połączenie,
jednocześnie balansując nad kuchenką gorącym, ciężkim garnkiem z ugotowanym
ryżem. Nie miał doświadczenia w synchronizowaniu wielodaniowych posiłków.
Zadzwonił co prawda wcześniej do ojca, by dowiedzieć się, o której dokładnie
kończą się zajęcia grupy Michaela, i sądził, że ma wszystko pod kontrolą, ale
przecenił swoje możliwości.
W mieszkaniu unosił się gęsty, obłędny
zapach pieczonego kurczaka, aromatycznych warzyw i przypraw korzennych. Sam
kucharz przypłacił to jednak upaćkaną sosem, niegdyś czystą koszulką.
Sądził naiwnie, że zostanie mu kilka
minut na doprowadzenie się do perfekcyjnego ładu. Wszystko posypało się przez
to, że podchodził do tego spotkania, jakby szykował dom na przyjęcie delegacji
królewskiej, a nie kumpla z uczelni. Przez ostatnie godziny obsesyjnie wycierał
kurze, szorował podłogi — mając w pamięci, że blondyn uwielbia paradować po
panelach w samych skarpetkach — odkurzył dywany, a nawet odgruzował swój
zabałaganiony, artystyczny pokój, co zakrawało na logistyczny cud.
W międzyczasie, szorując blaty, usilnie powtarzał sobie w myślach: To tylko zwykłe spotkanie. To nie jest randka. Randka? Skądże.
Żeby utrzymać to kłamstwo przy życiu, powstrzymał się od wyciągnięcia z barku
wina i nie zapalił świec, choć te stały już prowokacyjnie przygotowane na stole
w jadalni. Zanim się rozłączył, rzucił tylko w pośpiechu, by Michael wszedł na
górę bez pukania.
Michael wszedł na górę — a raczej
wjechał windą, bo mimo rozpierającej go energii, wspinaczka po schodach
wydawała mu się zbędnym marnowaniem sił. Kiedy odszukał właściwe drzwi, bez
wahania nacisnął klamkę.
W mieszkaniu unosił się gęsty,
obiecujący zapach pysznego jedzenia, wymieszany z chłodną nutą męskich perfum i
czystości. Chłopak uśmiechnął się do siebie. Odruchowo i z ulgą zrzucił z nóg
sportowe buty. Zamknął cicho drzwi wejściowe i w samych skarpetkach,
bezszelestnie, ruszył w głąb apartamentu.
— James? — zawołał miękko.
Szedł powoli przez salon w stronę strefy
wypoczynkowej, rozglądając się za gospodarzem. Czuł dziwne, przyjemne napięcie.
Na jego twarzy nie było jeszcze tej eksplozji codziennej radości; pojawiła się
ona jednak natychmiast, gdy tylko jego oczom ukazał się James. Fotograf krzątał
się w aneksie kuchennym z niezwykłą, choć nieco chaotyczną energią.
Twarz Michaela błyskawicznie się
rozpromieniła. Na palcach, by nie zdradzić swojej obecności przedwcześnie,
ruszył w stronę wyspy kuchennej, jakby niewidzialne skrzydła uniosły go nad
podłogą, by postawić tuż obok pochylonego nad blatami chłopaka.
— Co ty tu wyrabiasz? Zasmrodziłeś
jedzeniem pół tego luksusowego wieżowca — rzucił z głośnym, radosnym śmiechem,
opierając się o blat i z nieskrywaną ciekawością zaglądając do każdego
parującego naczynia.
— Obiad. Teoretycznie to miało się
nazywać "obiad"...
James wypuścił z płuc ciężkie powietrze
po ostatecznym, zwycięskim starciu z upartym ryżem, który w końcu wylądował w
eleganckim półmisku. Spojrzał na stojącego obok tancerza i odpowiedział mu
równie szerokim uśmiechem.
Zlustrował blondyna szybkim, uważnym
wzrokiem i... mimowolnie, nie potrafiąc tego opanować, poczuł, jak jego
policzki oblewają się ciepłem. Był pewien, że zdoła przyjąć ten widok na
chłodno, bez emocji, ale obecność Michaela wywołała w nim wstrząs. Poczuł się
tak, jakby nagle oddano mu coś, za czym podświadomie tęsknił od wczorajszego
popołudnia. Jego serce na moment drastycznie przyspieszyło rytm.
Musiał się jednak skupić na stygnącym
jedzeniu. Opuścił spojrzenie na ryż, zmuszając się do złapania oddechu.
— Pomożesz mi z tym? — zapytał, wskazując
na półmiski, które miały powędrować na stół.
W menu był wspomniany ryż, aromatyczna
potrawka z kurczaka duszona w sosie własnym z warzywami oraz duża miska
kolorowej sałatki. To było danie główne, jako że wielosmakowe, obiecane lody
wciąż chłodziły się w zamrażarce, czekając na swoją kolej.
— Nie miałem pojęcia, czy lubisz takie
rzeczy, ale mam wielką nadzieję, że trafisz w mój gust i że przynajmniej jesteś
głodny — mruknął James, zabierając półmisek z mięsem oraz miskę z sałatą.
Skierował się w stronę jadalni, usilnie
zmuszając swój umysł, by nie analizować faktu, że miał właśnie nieodpartą,
palącą ochotę przywitać blondyna w znacznie bardziej intymny i czuły sposób.
— Głodny? Owszem, jestem wręcz
wygłodniały — wyszeptał Michael.
Jego wzrok powędrował po szerokich
plecach i ramionach oddalającego się Jamesa, o wiele bardziej drapieżnie i
bezceremonialnie niż zazwyczaj pozwalał na to rozsądek. Na szczęście gospodarz
był zbyt zajęty transportowaniem jedzenia, by to zauważyć.
Michael chwycił naczynie z ryżem i
ruszył w ślad za nim. W środku skakał z radości, że przyjął to zaproszenie.
— Ale muszę przyznać, że apetyt też mi
bardzo dopisuje — dodał, a na jego ustach pojawił się zaczepny, niebezpieczny
uśmiech.
Postawił półmisek na dębowym blacie
stołu, ale zamiast grzecznie zająć miejsce na krześle, zatrzymał się. Wpatrywał
się w przygotowane z takim pietyzmem nakrycia. Tyle zachodu, ugotowany posiłek,
posprzątany apartament... i to wszystko dla niego, dla jednego, zwykłego
Michaela? To było uderzająco miłe.
Obszedł stół dookoła, wodząc samymi
opuszkami palców po jego krawędzi, powoli, z nabożną ostrożnością, jakby bał
się, że najmniejszy, gwałtowny ruch brutalnie zniszczy ten piękny czar.
Zatrzymał się dopiero, gdy stanął dokładnie naprzeciwko Jamesa.
— Jestem zaszczycony tak królewskim
przyjęciem — wyszeptał. Schował ręce za plecami, wpatrując się w fotografa z
absolutnie urokliwym, udawanym zażenowaniem. — Gdybym tylko wiedział, na co się
piszę, poprosiłbym Doriana, by zatrzymał się ze mną przed jakimś dobrym sklepem
monopolowym po butelkę wina.
Ciężkie, melancholijne westchnienie,
które wyrwało się z jego piersi, odbiło się echem od ścian nowoczesnego
apartamentu. Dłonie skryte za plecami zacisnęły się w pięści. Poczuł się nagle
bardzo nieprzygotowany i nie na miejscu w obliczu tak doskonałego, starannego
przyjęcia.
— To żadne przyjęcie. To po prostu
zwykły obiad. A tak się składa, że świetne wino już mam... — odparł szczerze
James.
Gdy tylko uwolnił dłonie od ciężkich
półmisków, wyprostował się i bez chwili wahania pochylił się przez stół w
stronę blondyna. Spojrzał mu głęboko, prosto w te uderzająco błękitne oczy, nie
zdejmując z twarzy łagodnego uśmiechu. Jego wzrok powoli, z niespieszną uwagą
zlustrował całą twarz Michaela, zatrzymując się na ustach.
— Obiad... a potem deser. Potem możemy
odpalić jakiś film, a później... Kto wie? Mamy dla siebie całe popołudnie i
całą, długą noc. O ile tylko masz ochotę zostać — zamruczał cicho, a jego głos
wibrował przyjemnym, niebezpiecznym rezonansem. Po prostu nie potrafił się temu
oprzeć.
Zrobił krok w bok, omijając krawędź
stołu, i z cichym westchnieniem ulgi zamknął Michaela w mocnym,
bezkompromisowym uścisku, przytulając go do swojej szerokiej klatki piersiowej.
W tej sekundzie przestał całkowicie przejmować się tym, że jego jasna koszulka
nosiła na sobie dowody kulinarnych zmagań w postaci plam z warzywnego sosu.
Ciepło ciała tancerza wynagradzało wszystko.
— Daj mi sekundę, muszę iść się
przebrać, bo z bliska pewnie pachnę jak pieczony kurczak. Zaraz wracam, a ty rozgość
się i czuj jak u siebie — powiedział miękko, odsuwając się z ociąganiem. Zanim
jednak zniknął za rogiem, jego duża dłoń instynktownie opadła na jasne włosy
chłopaka, czochrając je z pieszczotliwą czułością.
James umknął do sypialni, po czym
błyskawicznie przemieścił się do łazienki, ściskając w dłoni świeży t-shirt z
szafy.
— Wcale nie musisz się przebierać...
pachniesz świetnie... — jęknął cicho Michael, ale James zdążył już ewakuować
się z salonu.
A było już tak niesamowicie miło i
intymnie. Odprowadził uciekającego gospodarza wzrokiem i po raz kolejny tego
dnia wypuścił z płuc ciężkie, drżące z emocji powietrze.
„Noc”.
Czy on na pewno dobrze usłyszał? Czy
James właśnie z nieskrywaną swobodą zaproponował mu pozostanie w jego
mieszkaniu na noc? To było rewolucyjne. A najbardziej niesamowite w tym
wszystkim było to, jak fotograf do niego podchodził. Nie bał się go. Nie unikał
jego wzroku, nie spinał się, jak to miało miejsce podczas ich pierwszego,
korytarzowego spotkania. Nie przypominał już nieśmiałego, walczącego z własnymi
pragnieniami chłopaka z łazienki. Zaszła w nim drastyczna, fantastyczna zmiana.
Może nikt inny z zewnątrz nie byłby w stanie tej metamorfozy zauważyć, ale
wyczulony na najdrobniejsze detale Michael widział to wyraźnie.
Ta zmiana sprawiła, że w żołądku
blondyna wybuchło stado wściekłych motyli. Przez całe jego ciało, od czubka
głowy aż po opuszki palców u stóp, przetoczył się gorący dreszcz ekscytacji i
wibrującego oczekiwania, gdy tylko fotograf zniknął w korytarzu. Siadając przy nakrytym
stole, wciąż czuł na swoich plecach silny dotyk rąk Jamesa, a przed oczami miał
ten zaskakująco prowokujący, pociemniały z emocji wzrok.
Uśmiechnął się sam do siebie.
Błyskawicznie wyjął z kieszeni telefon i wystukał krótką wiadomość do Doriana:
"Zostaję
na noc. Bawcie się dobrze. Nie martw się o mnie, będę grzeczny (chyba)".
Dokładnie w chwili, gdy nacisnął
"Wyślij", klamka zapadła. Podjął ostateczną decyzję o spędzeniu tej
nocy u boku Jamesa. Zawsze przecież mógłby się z tego wycofać, choć wiedział,
że tego nie zrobi. Poza tym, musiał to jeszcze oficjalnie oznajmić gospodarzowi.
Powrót Jamesa do salonu zajął mu równe
dziesięć minut, co w jego mniemaniu było czasem zdecydowanie zbyt krótkim na
zrobienie się na tak zwane bóstwo. Miał ogromną ochotę wejść pod lodowaty
prysznic, by ostudzić emocje, ale z braku czasu jedynie ochlapał twarz i tors
zimną wodą w umywalce. Naciągnął na siebie czysty, dopasowany, czarny t-shirt i
zaczesał mokre od wody, blond włosy gładko do tyłu, by nie opadały mu na czoło.
Nigdy nie był typem aroganckiego,
pewnego swojego wyglądu faceta. Zazwyczaj luz i swoboda przychodziły mu
automatycznie, bez planowania. Jednak teraz, stojąc sam na sam ze swoim
odbiciem w wielkim, łazienkowym lustrze, dopadła go niespotykana niepewność.
Nie omieszkał sam sobie wymierzyć ostrzegawczego, dość mocnego uderzenia otwartą
dłonią w policzek, by opanować te szalejące hormony. Beształ się w myślach za
to, że reaguje tak absurdalnie histerycznie wyłącznie na obecność Michaela, a
nie na Doriana czy Rage'a. Wczorajsza, męska rozmowa z ojcem co prawda pomogła
mu ułożyć sobie pewne kwestie w głowie, ale wciąż nie była magicznym zaklęciem,
które rozwiałoby wszystkie zgromadzone przez lata wątpliwości.
— Jestem — oznajmił, wchodząc do jadalni
i ponownie posyłając Michaelowi szeroki, uspokajający uśmiech.
Cieszył się, tak po prostu, że tancerz
przyjął zaproszenie i znowu zaszczycił go swoją obecnością. Skoro wczorajszy
test w postaci tańca i ucieczki utwierdził go w przekonaniu, że jego reakcje na
blondyna nie były tylko jednorazowym kaprysem, dziś czuł się nieco pewniej.
Upewnił się co do jednej, niepodważalnej rzeczy: ten drobny chłopak z jasną
czupryną działał na niego jak najsilniejszy magnes, a on nie zamierzał już z
tym walczyć.
— Ja... również — zaczął Michael,
wlepiając w niego wzrok.
Zanim jednak zdążył rozwinąć myśl, na
blacie stołu krótko zawibrował jego telefon. Blondyn podniósł go z
zainteresowaniem, odczytał odpowiedź i jego uśmiech stał się jeszcze szerszy,
niemal rozświetlając pomieszczenie.
— Masz gorące pozdrowienia od Doriana
i... — Michaś zaśmiał się cicho, drapiąc się po głowie z jawnym rozbawieniem. —
Właściwie, najlepiej będzie, jak przeczytam ci to w oryginale, hm?
Przeniósł wzrok z powrotem na ekran
smartfona, by zacytować groźbę przyjaciela:
— "Przekaż wielkiemu Jamesowi, że jeśli nie wrócisz do nas w
jednym kawałku za równe dwa tygodnie, wjadę mu na kwadrat z pułkiem uzbrojonego
wojska i osobiście odbiję swój skarb."
Michaś parsknął szczerym, swobodnym
śmiechem. Było absolutnie jasne, że ten nieco zaborczy i dramatyczny komunikat
Doriana nie sprawił mu najmniejszej przykrości; wręcz przeciwnie, był
potwierdzeniem ich żelaznej, braterskiej więzi.
Reszta wiadomości od malarza, której
Michael z ostrożności nie odczytał na głos, była skierowana wyłącznie do niego.
Zawierała klasyczne, dosadne życzenia "zajebistego wieczoru" i rady o
braku jakichkolwiek hamulców.
Blondyn odłożył telefon na blat stołu
obok sztućców. Po sekundzie namysłu zgarnął go ponownie, sprawnym ruchem
wyciszył całkowicie dźwięki i wibracje.
— Okej, tak będzie o wiele bezpieczniej.
Wiem, że Dorian już więcej nie będzie mi dziś przeszkadzał ani dzwonił, by nie
psuć wieczoru, ale w razie czego, wolę mieć pewność...
Tym razem aparat wylądował na dnie
kieszeni jego spodni. Michaś wstał z tapicerowanego krzesła, opierając dłonie
na biodrach obciągniętych granatowym jeansem.
— Nie gniewasz się za ten jego głupi,
ojcowski ton, prawda?
— Dlaczego do diabła miałbym być na to
zły? — zapytał James z autentycznym zdziwieniem, zajmując miejsce obok niego.
Początkowo w ogóle nie zrozumiał sensu
tego pytania. Przecież Michael miał święte prawo pisać z Dorianem, a nawet z
tuzinem innych osób. Sam James miał w sobie zakodowany silny instynkt
opiekuńczy, więc doskonale rozumiał frustrację i ból wynikający z niewiedzy o
tym, co dzieje się z kimś, na kim nam zależy.
— To naprawdę cholernie miłe, że gość
się o ciebie tak szczerze troszczy. I nie martw się o interwencję wojska — nie
zamierzam trzymać cię tu jako zakładnika przez dwa tygodnie... Chociaż
przyznaję, że mogłoby to być wyjątkowo fascynujące doświadczenie — stwierdził z
namysłem, zerkając na stojącego obok chłopaka i unosząc brew. — A tak w
ogóle... dlaczego stoisz, jakbyś miał zaraz uciekać?
Wskazał dłonią puste krzesło. Naczynia z
jedzeniem rozstawione były blisko siebie. James nie widział najmniejszego sensu
w siadaniu po przeciwnych, dalekich stronach tego potężnego, długiego stołu,
tworząc dystans niczym na drętwej randce w ciemno. To miał być swobodny, bliski
posiłek.
— W zasadzie, sam powinienem zadzwonić
do Rage'a, żeby upewnić się, że nie zszedł u siebie na kanapie. Ale pewnie
zbiera się właśnie do swojej pracy i nie widziałem sensu, by mu przeszkadzać —
dodał, przysuwając bliżej półmiski, by łatwiej było im nakładać potrawy na
talerze.
— Chciałem tylko... — Michael zająknął
się, wpatrując się w Jamesa, który z taką niewymuszoną elegancją zajmował
miejsce przy stole.
Machnął jednak z rezygnacją ręką i
grzecznie opadł z powrotem na przypisane mu krzesło. Najchętniej, bez pytania o
zgodę, wprosiłby się prosto na kolana tego mężczyzny, ale wrodzony takt kazał
mu się wstrzymać. Nie chciał krępować fotografa, który przecież dopiero co
odzyskał — chociaż Michael nie miał bladego pojęcia o jego wcześniejszych,
życiowych rozterkach — odrobinę swojego prawdziwego, autentycznego „ja”.
— Napisz do niego po obiedzie. To będzie
świetny gest. Poza tym...
Michaś nagle opuścił wzrok na swoje
kolana, maskując fakt, że jego policzki znów zaczynają płonąć. Wyobraźnia
podrzucała mu tak śmiałe i perwersyjne powody ewentualnej nieobecności Rage'a w
pracy, że James z pewnością wpadłby w osłupienie, gdyby usłyszał choć ułamek z
nich.
— Po prostu do niego napisz, proszę —
uciął temat gładko, czując, jak pożera go głód, a widok parującego jedzenia był
zbyt kuszący. Sięgnął po łyżkę, nałożył sobie na talerz kopiec ryżu, polał go
gęstym, aromatycznym sosem z kurczakiem, a obok ułożył hojną porcję kolorowej,
chrupiącej sałatki.
— Nie mogę do niego napisać, to bez
sensu. Rage nie posiada komórki. Zrezygnował z tego luksusu, bo nękały go
jakieś dawne, niezrównoważone „drugie połówki” błagające o powrót. Poza tym
wychodzę z założenia, że gdyby potrzebował kontaktu, to by po prostu wpadł lub
zadzwonił z domowego. Wie doskonale, że moje drzwi są zawsze otwarte, a ja z
zasady nienawidzę się ludziom narzucać.
James stwierdził to rzeczowo, bez cienia
typowego w takich sytuacjach żalu, że jego kumpel nie odezwał się pierwszy. Sam
również nałożył sobie słuszną, drwalską porcję. Ujął widelec, wycelował go w
stronę Michaela, posyłając mu jednocześnie stanowcze i szeroko uśmiechnięte
spojrzenie.
— A ty dokończ myśl, skoro już ją
zacząłeś — rzucił. — Wiesz dobrze, że nie znoszę urywanych w połowie
wypowiedzi. Nie lubię musieć sobie samemu dopowiadać reszty, bo moja wyobraźnia
produkuje wtedy skrajne głupoty.
Zakończył to żartobliwym pomachaniem sztućca,
po czym wbił stalowe zęby widelca w mięso z ryżem. Nie odwrócił jednak wzroku,
nadal z zaciekawieniem obserwując zarumienioną twarz blondyna. Te powracające
rumieńce u Michaela były istną kopalnią informacji, a James musiał upewnić się
co do ich źródła, zanim sam wypali z czymś bardzo, ale to bardzo niestosownym.
— Nie. Nie ma mowy — zaprzeczył Michael,
błyskawicznie pakując sobie do ust spory kęs sałatki. Uśmiechał się przy tym
łobuzersko na tyle, na ile pozwalały mu pełne policzki, i energicznie kręcił
jasną głową. Purpura powoli, acz skutecznie ustępowała z jego twarzy.
— Wiesz co? — dodał, gdy wreszcie
przełknął, opierając zęby widelca o swoją dolną wargę, co wcale nie
przeszkodziło mu w wyraźnej artykulacji. — To ja bardzo chciałbym usłyszeć, co
takiego sobie właśnie dopowiedziałeś w tej pięknej głowie. Ale tak śmiertelnie
szczerze. Możesz śmiało udawać, że mnie tu nie ma, a zamiast mnie siedzi przed
tobą twój powiernik Rage, albo chociaż ściana. Pragnę wiedzieć, co krąży po
twoich mrocznych, niezbadanych zakamarkach umysłu.
Pochylił się przez stół w stronę Jamesa.
Z ust nie schodził mu ten specyficzny, szelmowski uśmiech, który teraz stał się
jeszcze bardziej urokliwy dzięki malutkiemu listkowi pietruszki przyklejonemu w
kąciku warg. Miał absolutnie szczerą ochotę usłyszeć tę analizę i przekonać
się, czy chociaż w ułamku zbiegnie się ona z jego własnymi, świntuszącymi
wyobrażeniami o Dorianie.
— Jeśli powiesz mi prawdę, daję słowo
honoru, że wyznam ci, co chciałem dodać — rzucił zachęcająco, po czym z
niewinnym uśmiechem wrócił do konsumowania swojego pysznego, pikantnego obiadu.
— Sam dokładnie nie wiem, co miałem
pomyśleć, ale patrząc na ten intensywny kolor na twojej twarzy... ten rumieniec
z całą pewnością nie mógł świadczyć o niczym pruderyjnym ani niewinnym... —
zaczął powoli James, wpatrując się w chłopaka. — Wiesz, od wczoraj bezustannie
wałkuję w głowie jeden, konkretny temat. Analizuję to, co potencjalnie może
dziać się między nami... albo co może dziać się w tej chwili między nimi. Z
czystej, prymitywnej ciekawości. Więc teraz łatwo ci chyba zsumować, co mógł
dla mnie oznaczać ten twój czerwony sygnał ostrzegawczy.
James miał świadomość, że myśli o tym
wszystkim o wiele za dużo. Nie raz już zdarzyło mu się, że rozbuchana
wyobraźnia wpędzała go w wyjątkowo niestosowne sytuacje, których po części
panicznie się bał, a jednocześnie był nimi bez reszty zafascynowany. Czuł, że
tutaj, przy Michaelu, może się otworzyć, bo tylko ten chłopak był w stanie go
teraz w pełni zrozumieć.
Westchnął bezgłośnie. Jego uśmiech stał
się bardziej nieodgadniony, niemal rozmarzony. Widząc jednak, z jaką
determinacją tancerz czeka na rozwinięcie tej ryzykownej tezy, James uznał, że
lepiej będzie zablokować sobie usta górą gorącego jedzenia. Przeżuwał
starannie, zyskując cenne sekundy, by nie chlapnąć czegoś, co sprawiłoby, że
zaksztusi się na śmierć i zejdzie z tego padołu, zanim w ogóle zdąży dowiedzieć
się, co Michael myśli na jego temat.
Blondyn wkrótce uporał się z obiadem.
Zajadał z umiarem, więc wyczyszczenie talerza nie zajęło mu całego wieczoru.
Przez cały ten czas w nabożnym skupieniu słuchał każdego słowa, które z takim
wysiłkiem i ostrożnością wypowiadał James.
Kiedy chłopak skończył, Michael
uśmiechnął się — tym razem łagodnie, z dziwną dojrzałością. Odsunął pusty
talerz i podniósł się z krzesła z bezszelestną gracją tancerza. Ominął róg
stołu, stając tuż za plecami gospodarza. Pochylił się nad jego lewym ramieniem,
oplatając go aurą swoich perfum.
— Nie myśl tak dużo, James. Myślenie
jest zazwyczaj o wiele mniej przyjemne od działania — wymruczał zmysłowo,
wprost do jego ucha.
Jego wargi lekko, niczym obietnica,
musnęły płatek ucha fotografa, a na sam koniec złożył na jego policzku mocny,
głośny pocałunek. Doskonale zdawał sobie sprawę, że to stąpanie po cienkim
lodzie, ale prowokowanie u Jamesa rumieńców było dla niego równie smakowite, co
najlepszy waniliowy deser świata.
— Dziękuję, to było fantastyczne
jedzenie. Będziesz musiał mnie kiedyś nauczyć tych sztuczek — rzucił już
radosnym, całkowicie normalnym tonem, prostując się. Przesunął jeszcze otwartą
dłonią po karku chłopaka, pieszcząc krótkie włosy, po czym wrócił na swoje
miejsce, chwycił swój pusty talerz i ruszył z nim w stronę kuchennego aneksu.
Nie pomagał przy gotowaniu, zamierzał więc zrehabilitować się przy zmywaniu.
James przymknął oczy i mocno zagryzł
wewnętrzną stronę policzka, byle tylko natychmiast nie odwrócić głowy, nie
złapać tego chłopaka w pół i nie zrobić mu słodkiej krzywdy. Tancerz ewidentnie
bawił się zapałkami w pobliżu beczki z prochem, ale James nie czuł do niego o
to złości. Był wściekły wyłącznie na samego siebie i na własne, obezwładniające
reakcje. Jego twarz faktycznie płonęła teraz szkarłatem, wywołanym
koniecznością powstrzymania instynktownych, drapieżnych odruchów.
Kiedy tylko Michael zniknął z jego pola
widzenia, z ulgą zaczerpnął głęboki haust powietrza w płuca i pospiesznie
dojadł resztki swojej porcji, niemal nie czując smaku. Musiał odczekać jeszcze
kilkanaście sekund, by odzyskać pełnię kontroli, zanim wstał i z własnym
talerzem ruszył w ślad za blondynem.
Oczywiście, nie miał najmniejszego
zamiaru pozwalać gościowi na zmywanie naczyń, tym bardziej, że do kuchni i tak
musiał się pofatygować w jednym, nadrzędnym celu: po wino z górnej szafki.
Skoro Michaś otwarcie deklarował na nie ochotę, fotograf miał zamiar go ugościć
— zaserwować mu przynajmniej lampkę doskonałego rocznika, na smaczek i dla
rozluźnienia atmosfery po solidnym posiłku.
Wrzucił talerz z głośnym stukotem do
pustej komory zlewozmywaka i oparł się biodrem o chłodny kamień blatu.
— Sięgnij do tej wąskiej szafki po
prawej, tuż nad suszarką, i wyjmij nam kieliszki do wina — poinstruował miękko,
trzymając już w dłoni butelkę ciemnego trunku.
Czekał, aż chłopak spełni jego prośbę. Z
alkoholem zamierzali przenieść się do znacznie wygodniejszego, zacisznego
salonu, a bałaganem w kuchni James obiecał sobie zająć się później — o ile
tylko pedantyczny Michael nie dostanie alergii na widok brudnych naczyń.
Zanim James w ogóle dotarł do kuchni,
zorganizowany Michael zdążył już wypucować i spłukać swój talerz. Właśnie
zabierał się do mycia naczynia podrzuconego przez gospodarza, spoglądając na
stojącego obok chłopaka z zadziornym uśmiechem z ukosa.
— Wiesz w ogóle, że wyglądasz absolutnie
wspaniale, kiedy tak oblewają cię rumieńce? Gdybyś tylko wyraził chęć,
zrobiłbym ci zdjęcie. A może nawet całą sesję. Może nie byłyby to arcydzieła na
miarę twoich czarno-białych aktów, ale przynamniej zobaczyłbyś na własne oczy,
jaki jesteś cholernie przystojny — powiedział, zgrabnie odkładając lśniący
czystością talerz na metalową ociekarkę.
Wytarł mokre dłonie o tył swoich jeansów
— z czystego, bezpretensjonalnego przyzwyczajenia — i dopiero wtedy stanął na
palcach, by otworzyć wskazaną szafkę.
Wyjął dwa eleganckie, smukłe kieliszki
na długiej nóżce. Trzymając je pewnie w dłoniach, odwrócił się przodem do
Jamesa, delikatnie kiwając szkłem na boki z szerokim, prowokującym uśmiechem.
— Mamy dla siebie całą, calutką noc.
Więc co? Skusisz się?
— Oczywiście, że się skuszę... ale
zdecydowanie nie na żadne tam zdjęcia. Wyłącznie na kieliszek wspaniałego,
odurzającego wina — odpowiedział James powoli, przeciągając głoski.
Nie patrzył na szkło. Jego ciemne oczy wędrowały po twarzy Michaela z
intensywnością, która zdawała się mówić wprost: Wolałbym skusić się na ciebie
niż na cały zapas wina w tym apartamentowcu. Zanim jednak ta myśl
zdążyła w pełni przejąć nad nim władzę, odegnał ją zdecydowanym potrząśnięciem
głowy. Ruchem podbródka wskazał na strefę wypoczynkową. Objął radosnego,
nieznośnego blondyna mocnym ramieniem w talii i poprowadził go w stronę
ogromnej, szarej kanapy. Niemalże posadził chłopaka w miękkich poduchach, po
czym opadł tuż obok niego. Zapatrzył się na krótki moment w te bezdennie
błękitne oczy swojego gościa, tonąc w nich.
— Nie zabrałem... korkociągu —
wykrztusił cicho, niemal szeptem.
Jego dłoń bezwiednie, mechanicznie
badała szyjkę butelki, którą wciąż trzymał, jakby usiłował sforsować korek siłą
woli.
Ocknął się nagle, zerwał z sofy jak
oparzony i dosłownie w ułamku sekundy zniknął w kuchni, by równie błyskawicznie
pojawić się z powrotem z narzędziem w ręku. Wyglądał, jakby bał się, że jeśli
spuści Michaela z oka choć na minutę, ten ulotni się niczym piękny sen.
Kiedy James wpatrywał się w niego z taką
obezwładniającą intensywnością, Michael czuł ten ciężki wzrok na każdej,
najdrobniejszej komórce swojego ciała. Ciemne oczy chłopaka, pulsujące
powstrzymywaną drapieżnością, skutecznie burzyły całą jego starannie budowaną,
emocjonalną równowagę. Te mocne usta, których surowy smak wciąż tlił się w jego
pamięci z poranka. Te silne, duże dłonie, które dosłownie wibrowały od chęci
dotyku...
Michael odetchnął z niewymowną ulgą, gdy
James nagle przerwał to nieme, napięte starcie, zmieniając temat i miejsce
pobytu. Miękkość skórzanej kanapy stanowiła wybawienie dla jego drżących kolan.
Z ogromnym rozbawieniem obserwował, jak
zdezorganizowany i potwornie zestresowany jest w tej chwili ten zazwyczaj pewny
siebie kolos. Kiedy fotograf zerwał się z miejsca i pobiegł na poszukiwania
otwieracza, blondyn ukrył twarz w dłoniach, by nie wybuchnąć głośnym, histerycznym
śmiechem.
Uspokoił się, gdy James wrócił. Odczekał
z cierpliwym uśmiechem, aż chłopak opadnie na swoje miejsce, a potem... bez
wahania przysunął się do niego. Zdecydowanym ruchem wyrwał korkociąg z jego
dłoni i rzucił go ze stukotem na szklany stolik. Nie zważając na jakiekolwiek
granice, w ułamku sekundy usiadł okrakiem prosto na masywnych udach Jamesa.
— Posłuchaj mnie uważnie... — powiedział
cicho, wbijając swoje stanowcze, błękitne spojrzenie głęboko w oczy chłopaka i
opierając obie dłonie płasko na jego piersi, tuż nad sercem. — Jeżeli w tej
sekundzie nie przestaniesz się tak śmiertelnie stresować moją obecnością, to
wstanę i wyjdę. A wierz mi, nie chcę tego. Chcę tu zostać. Zostałbym nawet
okrągły miesiąc, gdybyś tylko miał na to ochotę. Ale masz się natychmiast
rozluźnić. Jasne?
— Ale... Ja... Ja przecież nie...
James jąkał się, kompletnie
zdezorientowany tą inwazją na jego przestrzeń osobistą. — To nie tak, jak
myślisz. Ja nie boję się ciebie. Ani nawet samego siebie. Ja po prostu panicznie
boję się, że to wszystko, te moje reakcje na twoją bliskość, to jedynie
chwilowa zachcianka, jakiś kaprys... A nie chcę cię zranić. Rozumiesz to? —
wyrzucał z siebie zdania z prędkością karabinu, dysząc ciężko.
Aby uniknąć konieczności patrzenia w
przenikliwe oczy tancerza, gwałtownie objął Michaela w pasie obiema rękami.
Przyciągnął go mocno do siebie i ukrył twarz w zagłębieniu jego ramienia,
chowając się przed światem.
Gdy tylko poczuł ciężar blondyna na
swoich kolanach, jego ciało zareagowało automatycznie i bezwzględnie. Twardy,
niemal bolesny uścisk podbrzusza uderzył w niego z siłą, której nie potrafił
już opanować. Kolejna fala gorącej krwi w jednej chwili zalała jego twarz, co
na całe szczęście, dzięki jego obecnej pozie, pozostawało dla Michaela
niewidoczne. James musiał wziąć bardzo głęboki, powolny oddech, by odzyskać
resztki panowania.
— Bardzo cię lubię. I to przerażająco
bardzo. Nie mam pojęcia dlaczego tak jest, w końcu znamy się niecałą dobę. I
przysięgam, wcale nie chcę, żebyś stąd wychodził. Nigdy — wymamrotał w jego
bluzę, przyciskając chłopaka do swojej piersi tak mocno, że ich serca musiały
zrównać rytm.
Przejechał paznokciami po materiale na
plecach Michaela, chcąc udowodnić mu ruchem to, jak bardzo mu zależało. W końcu
odważył się podnieść głowę. Jego twarz wciąż przypominała kolorem ugotowanego
raka, ale spojrzenie miał całkowicie trzeźwe.
— Zgoda. Nie będę się denerwować. Ale
mam do ciebie prośbę... powstrzymaj mnie, kiedy to będzie konieczne — zażądał,
nie siląc się nawet na cień uśmiechu.
Nagle obiad, wino i lodowy deser
przygotowany z takim pietyzmem przestały mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie.
Widział przed sobą tylko Michaela. Chciał, żeby dłonie tego chłopaka nigdy go
nie opuszczały. James miał w sobie tę zgubną cechę — zbyt szybko przyzwyczajał
się do poczucia bezpieczeństwa, jakie dawała mu bliskość tych rąk, i pragnął
jej nieustannie.
Michael czule otoczył ramionami kark
chłopaka, opierając policzek o jego skroń. Serce krwawiło mu z czułości na samą
myśl o tym, jak gigantyczną, bolesną walkę toczył teraz wewnątrz James. Owszem,
on sam nigdy nie przechodził przez takie piekło akceptacji własnych pragnień,
ale doskonale pamiętał, jak boleśnie bywa się zauroczonym w facecie, który do
gejów pała otwartą wrogością. W końcu to Dorian przed laty z brutalną
skutecznością wyleczył go z tych toksycznych złudzeń.
Zanurzył dłonie w jasnych włosach
fotografa, uspokajająco masując jego skórę głowy i składając na niej drobne,
miękkie pocałunki.
— James, błagam cię, nie mów tak —
wyszeptał łagodnie. — Znam cię ledwie od wczoraj, to prawda. Ale potrafię
czytać ludzi. Wiem, że nie grasz cudzymi emocjami. Wiedziałem to już w tamtej
opuszczonej sali baletowej, kiedy bez wahania zgodziłeś się na taniec ze mną.
Pamiętasz to? Mogłeś mnie po prostu zignorować i uciec, bałeś się o swoją
reputację, ale zostałeś. Zatańczyłeś.
Poczuł paznokcie Jamesa wbijające się w
jego plecy i instynktownie, prowokacyjnie wygiął kręgosłup, wbijając swoje
krocze jeszcze mocniej w miednicę chłopaka. Oczywiście, że nie chciał stąd
wychodzić. Nie miał takiego zamiaru nawet przez ułamek sekundy. Musiał jednak
znaleźć argument, by ostatecznie wybić z głowy gospodarza to paraliżujące
spięcie.
Kiedy James podniósł na niego błagalne,
pełne napięcia spojrzenie, Michael uraczył go tak promiennym, czystym
uśmiechem, że aż zaparło dech. Ujął jego rozgrzaną twarz w swoje chłodne dłonie
i ponownie oparł swoje czoło o jego.
— A co, jeśli... jeśli wcale nie będę
chciał cię przed niczym powstrzymywać? — wyszeptał tuż przy jego wargach, a
jego głos drżał od ledwo skrywanej ekscytacji. Gładził kciukami kości
policzkowe chłopaka. — Co zrobisz, jeśli wyznam ci, że pragnę dokładnie tego
samego i że jestem gotów zrobić absolutnie wszystko, żebyś wreszcie się
przełamał? Co wtedy, James?
— Michael... ja doskonale wiem, że
jestem w stanie się przełamać. Pragnę cię, do jasnej cholery. Nawet nie
wyobrażasz sobie, jak piekielnie mocno. Nikt wcześniej nie działał na mnie z
tak potężną, niszczycielską siłą. I ja wiem, że te twoje słowa są piękne i szczere,
ale... — James przerwał, głośno wypuszczając z siebie drżący oddech. — Ale ja
wciąż się boję. Boję się, że to nagle, bez ostrzeżenia się skończy. Że obudzisz
się któregoś dnia i stwierdzisz, że jestem dla ciebie za nudny, że jednak się
do tego nie nadaję. Zbyt wiele czarnych scenariuszy kłębi się teraz w mojej
głowie. Ledwie zdołam ugasić jeden pożar w mózgu, a już rozpala się kolejny.
Błędne koło.
Każde słowo wydobywało się z niego na
jednym, długim wydechu, wolno, z absolutną powagą. W jego zielonych, zwykle
pewnych oczach tańczyła teraz gęsta mgła paniki. Panicznie bał się, że
ostatecznie to Michael wyjdzie z tej relacji potraktowany instrumentalnie, jak
eksperyment, jak kolejna efemeryczna "zabawka". A tego fotograf
obiecał sobie uniknąć za wszelką cenę. Jednakże z każdą minutą, gdy wciąż do
końca nie wiedział, do czego to wszystko zmierza, zmuszał się do projektowania
najgorszych możliwych wariantów i destrukcyjnych finałów.
— Bo co mi z tego, że ulegnę i pójdę z
tobą do łóżka? — ciągnął, wpatrując się w twarz tancerza z desperacją. — Co z
tego, że będę się z tobą kochał i oddam ci w tę jedną noc całego siebie, skoro
to wszystko może prysnąć z pierwszym brzaskiem słońca jak mydlana bańka? Tego
właśnie chcesz? Chcesz stanowić tylko chwilowy, zastępczy obiekt mojego
pożądania, czy wolisz, by ta bliskość wynikała z czegoś fundamentalnego, z
zupełnie innej, stabilnej siły?
James nie miał pojęcia, dlaczego zasypał
go tak absurdalnie ciężką falą pytań — pytań, które sprowadzały się do jednego,
gigantycznego słowa: miłości. Choć te obawy były śmiertelnie poważne i ciężkie
jak ołów, czuł, że z każdym kolejnym, racjonalnym zdaniem ma coraz większą,
nieokiełznaną ochotę po prostu rzucić się na usta chłopaka i raz na zawsze
wyłączyć mózg.
Michael nie wycofał się ani o milimetr.
Nie przerwał mu, nie drgnął, nie uciekł wzrokiem. Słuchał każdego pełnego
udręki słowa, jakie wyrzucał z siebie James, z absolutną koncentracją i niemal
nabożną cierpliwością. Patrzył na niego z bezgranicznym, czystym zrozumieniem.
Fotograf wydawał się mu teraz taki boleśnie szczery w swoim potężnym,
zagubionym wnętrzu. Przypominał mu dziecko, które po raz pierwszy sparzyło się
o gorący piec, i teraz, mimo zapewnień całego świata o tym, że blacha już
wystygła, odmawia jej dotknięcia.
Z cichym westchnieniem Michael oderwał
dłonie z jego twarzy, przenosząc je z powrotem na szeroką, pokrytą ciemnym
t-shirtem klatkę piersiową gospodarza, gdzie wyraźnie wyczuwał galopujący rytm
serca. Zsunął się nieco niżej na jego kolanach, sadowiąc się wygodniej, bez
najmniejszego zamiaru ucieczki z tych bezpiecznych objęć.
— Wiesz, czego ja naprawdę chcę, James? —
zapytał, przekrzywiając głowę. Na jego ustach wykwitł uśmiech tak promienny i
czuły, że wprost onieśmielający. — Ja pragnę cię po prostu poznać. Chcę pozwolić,
by ten nasz wspólny czas odegrał swoją naturalną rolę. By ta dziwna, przepiękna
magia, która wibruje między nami od pierwszej sekundy, mogła zadziałać sama,
bez pośpiechu i bez wywieranej presji. Pragnę pozwolić ci odkrywać mnie powoli,
kawałek po kawałku, i dać samemu sobie czas na zrozumienie ciebie.
Przesunął opuszkami palców po zarysie
jego kołnierzyka.
— Nie dostaniesz mnie całego na srebrnej
tacy od razu, dopóki nie zdobędę pewności, że jest to pragnienie nas obu. Ja...
nie jestem ulepiony z tej samej gliny co Dorian, dla którego większość
głębokich relacji zaczyna się zazwyczaj od du...
Nagle zamknął oczy, parskając głośnym
śmiechem na myśl o tym absurdalnie bezpośrednim i przeklinającym słowie, które
prawie z siebie wypuścił.
— Od samego końca — poprawił się szybko,
z wymownym naciskiem, desperacko próbując zachować powagę sytuacji.
A potem, nie uprzedzając ruchu, pochylił
się gwałtownie do twarzy chłopaka. Musnął jego gorące wargi swoimi, zatrzymując
usta na dystansie oddechu, by te ostatnie, najważniejsze słowa uderzyły wprost
w umysł Jamesa.
— Posłuchaj... Po prostu spróbuj mnie w
sobie rozkochać, James. A daję ci moje słowo, że ja ze swojej strony zrobię
absolutnie wszystko, byś ty zatracił się w miłości do mnie całkowicie.