poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Rozdział I [Rage]

Rozgrzane słońcem powietrze nad uniwersyteckim parkingiem wibrowało od rechotu. Był to ten specyficzny, brutalny rodzaj śmiechu, który zawsze zwiastował kłopoty. Grupka chłopaków tłoczyła się w ciasnym kręgu, wyrzucając z siebie potok homofobicznych wyzwisk, które odbijały się echem od karoserii zaparkowanych aut. Nie trzeba było podchodzić blisko, by domyślić się, że w samym środku tego drapieżnego zbiegowiska znajduje się ofiara ich rzekomo doskonałego humoru.

Wtedy trzasnęły drzwi samochodu.

Dorian odcinał się od otaczającej go studenckiej przeciętności w każdym calu. Wysoki, o nienagannej rzeźbie ciała i urodzie, która przyciągała spojrzenia niczym magnes, ruszył dziarsko w stronę rozbawionej gromady. Zrobił to dokładnie w chwili, gdy do jego uszu dobiegło rzucone z pogardą: „Ty blond cioto!”.

Nie kalkulował. Działał instynktownie. Płynnym, drapieżnym ruchem wbił się w sam środek kręgu, chwycił największego z opryszków za kołnierz kurtki i szarpnął z brutalną siłą. Zadufany w sobie napastnik stracił równowagę i z głuchym jękiem wylądował na twardym asfalcie.

— Won! I to już! — Głos Doriana przetoczył się przez parking, niski, władczy i wibrujący czystą wściekłością. Powietrze zdawało się zgęstnieć. — Chyba że jeszcze któryś ma ochotę pocałować ziemię. Macie trzy sekundy na zejście mi z oczu.

Spojrzenie, którym ich obdarzył, mogło mrozić krew w żyłach.

Z bezpiecznej odległości, z wysokości niskiego, ceglanego murku, scenie tej przyglądał się Rage.

Siedział w milczeniu, odgrodzony od świata barierą grubego brulionu i czarnej, sztruksowej torby wypchanej książkami. Jego twarz pozostawała idealnie obojętna — maska, którą wypracował do perfekcji. Patrzył, jak Dorian staje w obronie słabszego, i choć w duchu modlił się o ratunek dla osaczonego chłopaka, sam nie kiwnął palcem. Zbyt cenił własne zdrowie, by ryzykować połamane żebra w ciemnym zaułku po zajęciach. Znał ten ból. Wiedział, jak ostre potrafią być szyderstwa, zwłaszcza gdy uderzają w najczulsze, prawdziwe struny.

Tłumek wandali rozszedł się z pomrukiem niezadowolenia. Nie lubili zadzierać z Dorianem, a on doskonale o tym wiedział. Jego pewność siebie nie była pozą; była wynikiem godzin spędzonych na salach treningowych, by nigdy więcej nie musieć przechodzić obojętnie obok podobnego kurewstwa. Odetchnął ciężko, wyciągnął dłoń i przyciągnął do siebie drobnego, roztrzęsionego blondyna, szepcząc mu coś uspokajająco do ucha, podczas gdy jego wzrok wciąż rzucał sztylety w stronę odchodzących napastników.

Odprowadził ocalonego chłopaka aż pod same drzwi wydziału, złożył na jego policzku krótki, braterski pocałunek, po czym z dłońmi wsuniętymi w kieszenie granatowych jeansów ruszył w przeciwnym kierunku.

Rage, zsunąwszy się z murka, otrzepał spodnie. Przechodząc przez uczelniany dziedziniec, marzył tylko o jednym: by pewnego dnia mieć w sobie ułamek tej odwagi, którą przed chwilą zobaczył. By podejść i po prostu mu pogratulować.

Zatrzymał się przed wejściem na swój wydział. Jakie było jego zdziwienie, gdy zobaczył, że chłopak z parkingu zmierza dokładnie w tę samą stronę. Rage zagryzł wargę i pospiesznie odwrócił twarz w kierunku wielkich, przyciemnianych szyb budynku.

Lubił obserwować. Było to jego przekleństwo i największa pasja. Ludzie stanowili dla niego płótno, na którym w swoich brulionach malował fantazyjne, ukryte przed światem historie. Zbliżające się zajęcia nie napawały go entuzjazmem, więc na samą myśl o tym, że będzie mógł poświęcić najbliższe półtorej godziny na ulepienie z tego intrygującego nieznajomego nowego bohatera literackiego, uśmiechnął się sam do siebie.

Szyba odbijała ten uśmiech. Odbijała też sylwetkę nadchodzącego chłopaka.

Historia sztuki okazała się znośna. Pani profesor dysponowała przyjemnym, aksamitnym głosem i — jak to ująłby co drugi facet na uczelni — doskonałymi warunkami. Dorian uczęszczał na te wykłady głównie dla zaliczenia, lecz estetyka wykładowczyni stanowiła miły dodatek.

Wchodząc do sali, odruchowo zlustrował przestrzeń i... zamarł.

W odbiciu szyby dostrzegł twarz chłopaka spod murka. Uśmiechał się. Dorian, niemal instynktownie, odwzajemnił ten gest. Wiedział, jak działa jego uśmiech; powtarzano mu setki razy, że miękną od niego kolana, a serca gubią rytm. Zazwyczaj szafował nim tylko wtedy, gdy miał w tym interes, ale to przelotne spojrzenie w oknie miało w sobie coś niepokojąco szczerego. Zajął miejsce w jednej z pierwszych ławek, czując na plecach ciężar cudzego wzroku.

Może to był naturalny spokój Rage'a, a może fakt, że pisarz z zasady nie wiązał nadziei z uśmiechami przystojnych nieznajomych, ale poczuł dziwne, rosnące w klatce piersiowej ciepło. Z westchnieniem wyrwał kilka czystych kartek ze swojego notatnika. Nie pisał prywatnych, płomiennych opowiadań w zeszytach przedmiotowych — to byłaby profanacja bezpieczeństwa.

Przygryzł skuwkę długopisu, pozwalając wyobraźni przejąć stery. Zamiast na wykładowczyni, jego wzrok bezwstydnie spoczywał na szerokich plecach chłopaka siedzącego kilka rzędów niżej. Z każdym zapisanym zdaniem rzeczywistość blakła. Słowa układały się w zmysłową, intymną choreografię, a na bladych policzkach Rage'a wykwitł głęboki rumieniec.

Trans przerwał ostry, mechaniczny dźwięk dzwonka.

Rage podskoczył jak oparzony. W panice zaczął zbierać rozsypane notatki. Gwałtowny ruch wywołał podmuch powietrza, a jedna z kartek — ta zapisana najgęstszym, najbardziej bezwstydnym i gorącym tekstem, przeznaczona do natychmiastowego zniszczenia — wyślizgnęła się z jego palców. Poszybowała łagodnym łukiem w dół amfiteatralnej sali, lądując z cichym szelestem tuż pod butami jego mimowolnej muzy.

Dorian właśnie kończył żartobliwą wymianę zdań z profesor, która wprost uwielbiała jego bystry umysł. Dyskutowali o homoseksualnych podtekstach sprytnie ukrytych w starożytnych tekstach dzięki manipulacji interpunkcją. Schylił się po leżący na podłodze papier. Nie zważając na to, czyja to zguba, przebiegł wzrokiem po pierwszych linijkach.

Zatrzymał się w połowie kroku. Oczy rozszerzyły mu się nieznacznie, a na usta wypłynął zaintrygowany, niebezpieczny uśmiech. Tekst był rewelacyjny. I diabelnie gorący.

Rage, zorientowawszy się w brakach, z sercem bijącym w gardle rzucił się z powrotem do sali. Wizja, że jego intymne, mroczne fantazje mogłyby wpaść w ręce wyśmiewców z parkingu, przyprawiała go o duszności. Chciał ją tylko wyrzucić. Ukrywał wszystko w najgłębszych szufladach własnego mieszkania, chroniąc siebie przed światem.

Pędząc z opuszczoną głową i skanując posadzkę, z impetem uderzył w twardy, męski tors.

— Łochocho... — Niski śmiech Doriana zabrzmiał tuż nad jego uchem.

Chłopak z łatwością złapał równowagę, jedną dłonią asekurując Rage'a, a w drugiej wciąż trzymając uniesioną wysoko zapisaną kartkę. Nie był typem agresora; niespodziewane zderzenie jedynie go rozbawiło. — Gdzie tak lecisz, Skowronku? Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że jestem tak mikroskopijny, że taranujesz mnie w pełnym biegu?

Rage cofnął się gwałtownie. Jego oczy rozszerzyły się w panice, gdy rozpoznał w palcach Doriana własny charakter pisma. Wstrzymał oddech. Zmusił jednak twarz do przybrania maski doskonałej, chłodnej obojętności, choć serce tłukło mu się o żebra niczym oszalały ptak.

— Tak... to znaczy, nie — odchrząknął, wymuszając na usta blady uśmiech. — Zdaje się, że znalazłeś własność mojego przyjaciela. Bardzo chciałby to odzyskać.

Zacisnął dłonie na brzegach swojego zeszytu. Brzmiał przekonująco, choć desperacja w jego oczach wędrujących ku kartce zdradzała wszystko. — Naprawdę mu na tym zależy, zanim wpadnie to w niepowołane ręce. — Spojrzał wymownie w stronę drzwi, za którymi zniknęła grupka wydziałowych wandali.

Dorian podążył za jego spojrzeniem. Uśmiechnął się drapieżnie.

— Słodki, żeby odebrać mi ten papier, musieliby się narodzić ponownie, w ciałach zawodowych zapaśników. — Ton jego głosu ociekał pogardą dla tamtych ludzi. Byli dla niego niczym insekty. Po chwili znów skupił uwagę na drobnym szatynie przed nim. — Wydawało mi się jednak, że to Akademia Sztuk Pięknych, a nie Instytut Adwokatury.

Płynnym ruchem opuścił dłoń, po czym schował kartkę za plecami.

— Jeżeli przyjaciel tak bardzo chce to odzyskać, musi spełnić dwa warunki.

Rage zacisnął szczękę.

— A jednym z nich jest zapewne to, by pofatygował się tu osobiście, prawda? — syknął, ledwo powstrzymując kłujący sarkazm. Ten przystojny arogant budził w nim głęboko uśpioną irytację. Ale z drugiej strony, czuł ulgę. Dorian nie zamierzał oddać tego w ręce wrogów.

— Dobra. Co ma zrobić? Przekażę mu. Może znajdzie w sobie tyle odwagi — mruknął z rezygnacją, tracąc nadzieję na odzyskanie manuskryptu.

Dorian postąpił krok do przodu, niemal stykając się z nim klatką piersiową. Byli niemal tego samego wzrostu. Delikatnie, lecz stanowczo ujął podbródek Rage'a dwoma palcami, zmuszając go do kontaktu wzrokowego.

— Brawo. Pierwszy warunek odgadnięty bezbłędnie — zamruczał nisko, prosto w jego usta. Doskonale potrafił grać na emocjach, wibrując w przestrzeni osobistej drugiego człowieka. Wiedział, że chłopak kłamie, a cała ta bajka o "przyjacielu" jest tylko tarczą ochronną.

Puścił go, odsuwając się z satysfakcjonującym uśmiechem. Złożył kartkę na cztery i nonszalancko wsunął ją do przedniej kieszeni swoich obcisłych jeansów. Poprawił bordową koszulkę i skrzyżował ramiona na piersi.

— Na co czekasz? Biegnij po kolegę, póki tu jestem.

Rage zamknął oczy na ułamek sekundy.

— Dobra, wygrałeś. Oddaj. To moja kartka — wysyczał tak cicho, że ledwo go było słychać. Jego twarz pozostawała nieruchoma, choć wewnątrz płonął z upokorzenia. — I nie będę spełniał żadnych warunków. Chcę odzyskać swoją własność. Bez względu na to, jakie masz wobec niej plany.

Chciał po prostu wziąć ten świstek i rozpłynąć się w powietrzu, wrócić do swojego nudnego, bezpiecznego życia.

Dorian milczał. Zmierzył chłopaka powolnym, niemal oceniającym spojrzeniem, od potarganych włosów aż po zniszczone trampki. Z cichym westchnieniem wyciągnął kartkę i podał mu ją. Bez uśmiechu.

Był cholernie ciekawy, jak kończy się ta scena. Chciał przeczytać całość. Ale widział, że pisarz nie jest ugodowy, pękając pod ciężarem własnej dumy. A na horyzoncie majaczyły warsztaty z malarstwa, których Dorian nie zamierzał opuszczać.

— Nieźle piszesz — rzucił krótko, odwracając się na pięcie, i odszedł bez pożegnania.

Rage stał przez chwilę w bezruchu. Był w stanie znieść wiele, potrafił śmiać się z samego siebie, ale w tamtej chwili czuł jedynie gorycz. Ten cały Dorian mógł sobie czarować wykładowców i pół uczelni. Dla niego był tylko kolejną, zmyśloną postacią, która właśnie pokazała swoją arogancję.

Schował zdobycz bezpiecznie do zeszytu. Zbliżały się nudne zajęcia z teatrologii, a po nich — upragniona literatura współczesna. Zanim jednak udał się do auli, skierował kroki do najrzadziej uczęszczanej męskiej toalety na końcu skrzydła, by przemyć palącą twarz zimną wodą.

Miał pecha. Owa ustronna toaleta była dziś azylem dla grupy chłopaków z parkingu, raczących się trawką przed kolejnym blokiem wykładów.

Gdy Rage wszedł do środka, rozmowy natychmiast ucichły.

— Skończyłeś? — warknął czarnowłosy chłopak z twarzą noszącą ślady wielu ulicznych starć. — Jeśli tak, to jazda stąd, bo przeszkadzasz.

Jego słowa wywołały rechot reszty grupy.

Rage nie drgnął. Strzepnął lodowatą wodę z dłoni i odwrócił się do nich, narzucając na twarz maskę perfekcyjnej, uśmiechniętej ignorancji. Jeśli myśleli, że trafią na łatwą ofiarę, grubo się mylili. Unikanie konfliktów i zachowywanie pozorów było jego drugim zawodem.

— Jasne. Miłego posiedzenia — rzucił łagodnie, posyłając im szeroki, pusty uśmiech, i ruszył do wyjścia.

— Spadaj — mruknął za nim grubianin, z hukiem zatrzaskując drzwi.

Rage odetchnął z ulgą dopiero na korytarzu. Gdyby sprowokował bójkę, z pewnością wybebeszyliby jego torbę, a odkrycie tych konkretnych notatników byłoby dla niego wyrokiem śmierci.


W tym samym czasie Dorian bezskutecznie próbował skupić się na martwej naturze.

Stał przed sztalugą jak w letargu. Nauczyciel krążył między uczniami, dyskretnie obserwując jego niepokojący bezruch. Myśli Doriana wciąż krążyły wokół odważnych, hipnotyzujących słów zapisanych na skradzionej kartce i twarzy chłopaka, która tak gwałtownie reagowała na jego bliskość.

W pewnej chwili pędzel Doriana po prostu dotknął płótna. Malował jak w transie, ignorując ustawiony dzban z wodą i nóż wbity w deskę. Tworzył z pamięci.

Na korytarzu zaś rzeczywistość Rage'a wywracała się do góry nogami.

Wpatrywał się tępo w umazany kakaowym masłem scenariusz, wciśnięty mu przed chwilą w dłonie przez entuzjastyczną koleżankę z teatrologii.

— Ja mam w tym grać? Główną rolę? — wycedził, nie wierząc w to, co widzi.

Scenariusz nie był wielkim dramatem; był egzaltowanym, ckliwym romansidłem. A żeby dolać oliwy do ognia — o tragicznej miłości dwóch chłopców. Świat stawał na głowie. Jakby na wydziale zapanowała moda na masowy coming out, a on, mimo swojej głęboko ukrytej natury, wcale nie miał ochoty brać w tym udziału.

— Rage, będziesz idealnym Antoniem! A żeby było ciekawiej, do roli twojego kochanka zrobimy otwarty casting! — pisnęła zachwycona dziewczyna w okularach o grubości denek od słoików, wpatrując się w niego rozmarzonym wzrokiem.

Rozmiar tej katastrofy odebrał mu mowę.

Zanim zdążył zaprotestować, dziewczyny rozbiegły się po wydziale niczym stado spłoszonych kuropatw, rozklejając ulotki informujące o castingu — na których oczywiście widniało już nazwisko Rage'a jako głównej gwiazdy. Jedna z tych ulotek trafiła bezpośrednio na stolik w sali malarstwa.

Dorian ocknął się z transu dopiero wtedy, gdy na końcu sali rozległy się ściszone, zaintrygowane szepty.

Spojrzał na swoje płótno. Zamiast wazonu, namalował surowy, pełen napięcia męski akt. Zdziwienie, które odmalowało się na jego twarzy, szybko jednak ustąpiło miejsca obojętności. Nauczyciel podszedł bliżej, zatrzymał wzrok na obrazie, po czym z lekkim uśmiechem podniósł ze stolika jaskrawą ulotkę i wręczył ją Dorianowi.

— Myślę, że powinieneś spróbować. Masz odpowiednią... wrażliwość — stwierdził pogodnie wykładowca.

Dorian zsunął wzrok z obrazu na tekst ogłoszenia. Przeczytał, do kogo należy rola wiodąca, i kącik jego ust drgnął.

— Mogę już iść? — rzucił oschle, zdejmując płótno ze sztalugi. Z pozwoleniem w kieszeni opuścił salę, raz jeszcze analizując plakat. Rola geja u boku zgryźliwego pisarza? To brzmiało jak wyzwanie idealne.

— Wcale mi się do tego nie pali, James, cholera jasna. To jakaś paranoja! Wyobrażasz sobie mnie w roli geja? — Rage szedł korytarzem, niemal krzycząc do towarzyszącego mu znajomego. Paradoks polegał na tym, że James należał do bandy wyśmiewców z parkingu.

Rage wyobrażał sobie siebie w takich scenach doskonale, ale wyłącznie w zaciszu własnej wyobraźni, a nie na deskach szkolnego teatru. Mijał właśnie Doriana, lecz w furii nawet go nie zauważył. Z wściekłością zerwał z tablicy jeden z plakatów i podarł go na drobne strzępy, próbując zachować resztki godności.

— Zobaczymy się na historii kina — rzucił ze łzami w oczach od śmiechu James, klepiąc Rage'a współczująco po plecach.

Gdy tylko chłopak zniknął za rogiem, z Rage'a uszło całe powietrze. Osunął się po ścianie, siadając na chłodnej posadzce, i ukrył twarz w dłoniach.

— Czyżby to był twój kierunek?

Głęboki głos sprawił, że Rage drgnął. Przed nim stał Dorian, z dłonią opartą na biodrze, machając mu przed nosem nienaruszonym plakatem castingowym. Nie kucnął. Stał, spoglądając na niego z góry z jawnym rozbawieniem. Doskonale słyszał całą rozmowę.

— Z kim muszę pogadać, żeby umówić się na przesłuchanie? — zapytał Dorian.

Rage wziął głęboki oddech i z trudem dźwignął się z podłogi. Dopiero wtedy jego wzrok padł na obraz oparty o ścianę tuż obok Doriana. Zamarł. Serce zabiło mu mocniej.

— Nic gorszego mnie dziś już nie spotka, prawda? — mruknął do siebie, przenosząc spojrzenie na oczy Doriana. — Nie wiem, czy chcę z tobą występować. Ale poszukaj Natashy z Teatrologii. Na pewno jej się spodobasz. W końcu jesteś taki „och” i „ach”.

Nie silił się na uprzejmość. Ton jego głosu ociekał kwasem. Jednak po chwili poczucie winy wzięło górę.

— Dobra, wybacz. Nie powinienem być złośliwy. Ten dzień jest tak pokręcony, że mam ochotę ich wszystkich udusić — westchnął przepraszająco. Sięgnął do torby i po chwili wahania wyciągnął lekko pomięty zeszyt. — W zasadzie... to opowiadanie, jak mogłeś się domyślić, jest o tobie. Możesz przeczytać całość.

Wyciągnął notes w stronę Doriana.

Malarz wpatrywał się w niego ze złością. Czuł się tak, jakby ktoś przed chwilą uderzył go w twarz — odrzucono jego chęci, zanim zdążył spróbować.

— Posłuchaj, nie mam zamiaru włazić w twoje życie z butami. Skoro nie chcesz ze mną grać, nie muszę tam w ogóle iść — wycedził zimno Dorian, nie przejmując zeszytu. Dopiero po dłuższej chwili spojrzał na podawane mu strony. — Owszem. Chętnie to przeczytam. Bo jest cholernie dobre. I obiecuję, że oddam.

Rage drżącymi dłońmi odebrał zeszyt z powrotem. Spłoszył się.

— Czekaj, nie chciałem cię urazić! — Zanim zdążył pomyśleć, zrobił krok do przodu i złapał Doriana za ramię. Świadomość, że być może przegapił szansę na bliskość z jedyną fascynującą go osobą na uczelni, uderzyła go ze zdwojoną siłą. — Chcę, żebyś ze mną grał. O ile nie przeraża cię fakt, że będziesz musiał mnie pocałować przed ogromem ludzi.

Wypowiedział to szeptem, zwalniając ucisk palców, i posłał mu nieśmiały, blady uśmiech, zerkając nerwowo przez ramię.

Dorian zniżył wzrok na dłoń chłopaka spoczywającą na jego ramieniu, a potem spojrzał mu prosto w oczy.

Wolno, z zamierzoną zmysłowością uniósł dłoń. Opuszkiem kciuka przejechał po linii szczęki Rage'a, po czym delikatnie obrysował kontur jego warg. Chłopak zamarł, wstrzymując oddech.

— Takie usta... hm... — mruknął Dorian z mrocznym uśmiechem, po czym cofnął rękę, powracając do chłodnej powagi. — Zgłoszę się na ten casting. Jeśli mnie przyjmą, zagram. A jeśli nie... przyjdę popatrzeć, jak całujesz kogoś innego.

Schylił się po swój obraz, chroniąc go przed zadeptaniem przez studentów. Odwrócił płótno w stronę pisarza. — Podoba ci się?

Rage przyglądał się aktowi. Miał wrażenie, że patrzy w magiczne, zniekształcone lustro.

— Czuję się, jakbym patrzył na własne odbicie — zamruczał, wciąż czując fantomowy dotyk kciuka Doriana na swoich wargach. Szybko jednak odpędził od siebie tę ryzykowną myśl. — Całkiem ładny. Ja jednak wolę wyrażać emocje słowami.

Odetchnął cicho i cofnął się o krok.

— Zapomniałem się przedstawić. Rage.

Matka okrutnie z niego zakpiła, nadając mu imię oznaczające furię. Zazwyczaj był oazą spokoju.

Dźwięk dzwonka brutalnie przeciął tę naelektryzowaną chwilę.

— Postaraj się na castingu — rzucił Rage, pospiesznie odwracając się na pięcie, by ukryć wypieki, i ruszył w stronę auli.


Dorian stracił resztki zainteresowania zajęciami.

Wyszedł na parking, delikatnie ułożył obraz na tylnym siedzeniu swojego sportowego wozu, obok rzucił pożyczony zeszyt i zawrócił do budynku. Zlokalizowanie rozentuzjazmowanej reżyserki w okularach nie zajęło mu dużo czasu. Zmiażdżył konkurencję (której i tak praktycznie nie było) samą swoją obecnością. Szybko przekonał ją, że jest jedyną właściwą osobą do tej roli. Zgarnął scenariusz oraz numer telefonu do głównego aktora, z którym miał ustalić harmonogram prób.

Punktualnie o szesnastej, siedząc w swoim salonie i odkładając przeczytane opowiadanie na szklany stolik, Dorian wybrał na klawiaturze numer Rage'a.

Reszta dnia upłynęła pisarzowi pod znakiem świętego spokoju. Literaturoznawstwo, wykładane przez profesora o pięknych, zielonych oczach, było jego bezpieczną przystanią. Wykładowca jako jedyny miał zaszczyt czytać jego teksty i oceniać je.

Po drodze do domu Rage zahaczył o sklep. Nienawidził zakupów równie mocno jak sprzątania, dziękując w duchu, że stać go na zatrudnienie licealistki w charakterze dorywczej pomocy domowej.

Ledwo zdążył przekroczyć próg mieszkania i rzucić siatki w przedpokoju, gdy ciszę rozerwał dzwonek telefonu stacjonarnego. Komórki nie posiadał od czasu, gdy jego były partner urządził mu telefoniczny terror błagań o powrót.

Podszedł do aparatu z niechęcią. Oczekiwał kolejnych, ckliwych wyznań od ludzi z przeszłości.

— Słucham? — odezwał się z rezygnacją.

— Rage?

Głos po drugiej stronie linii wibrował niskim, basowym tonem. Był cholernie męski i absolutnie bezbłędny.

Rage opadł na oparcie fotela.

— Dorian? — wymruczał, a na jego ustach zakwitł bezwiedny, autentyczny uśmiech. — Tak, to ja. Stało się coś?

— Nic się nie stało. Po prostu stęskniłem się za twoim głosem — wypalił Dorian. W jego salonie stał właśnie ten sam drobny blondyn z parkingu, wpatrując się w niego pytająco. Malarz zbył go ruchem dłoni, wskazując kanapę. — Dostałem rolę, słodki. Dzwonię, by umówić się na próby.

— Och. To znaczy... to miło. Nie mam pojęcia, kiedy znajdziemy czas. Jestem wolny popołudniami — Rage poczuł, jak po jego szyi rozlewa się gorący rumieniec. Cieszył się, że dzieli ich kabel telefoniczny. — Pytanie tylko, gdzie się spotykamy?

Najlepiej u niego. Obce mieszkania wywoływały u niego klaustrofobię, a niewytłumaczalne przeczucie, że Dorian nie mieszka sam, kłuło go w okolicach żołądka.

— Nie myślałem o tym. Miałem nadzieję, że masz już gotowy plan bitwy — zaśmiał się Dorian. — Zabiorę cię jutro po zajęciach. Zjemy coś u mnie i wszystko obgadamy, dobrze?

— Nie spodziewałem się, że tak szybko cię wkręcą. Możemy spotkać się u ciebie, o ile nie będzie to nikomu... przeszkadzać. Kończę po czternastej. Do zobaczenia, muszę zająć się gotowaniem obiadu.

Skłamał, gładko i instynktownie.

Nie czekając na odpowiedź, odłożył słuchawkę. Opadł bezwładnie na siedzisko fotela, ukrywając płonącą twarz w dłoniach, i wziął długi, drżący oddech, czując, że ta gra właśnie weszła na zupełnie nowy, niebezpieczny poziom.