poniedziałek, 3 września 2012

Rozdział II [Rage]

Popołudniowe słońce rzucało długie cienie na uniwersytecki parking. Dorian stał oparty o niewysoki, ceglany murek, zrelaksowany i całkowicie zatopiony w swoim doskonałym nastroju. Zajęcia minęły mu bezbłędnie, a perspektywa nadchodzącego spotkania jedynie potęgowała ten stan. Leniwie obracał w ustach patyczek truskawkowego lizaka, uważnie taksując wzrokiem każdą mijającą go osobę.

– Jestem.

Głos rozległ się tuż za jego plecami. Rage zmaterializował się niemal znikąd. Przez krótką chwilę pozwalał sobie na luksus bezkarnego wpatrywania się w szerokie ramiona malarza, zanim obszedł murek, by stanąć z nim twarzą w twarz.

– Mam nadzieję, że nie czekałeś – zaczął, posyłając mu ostrożny, acz szczery uśmiech. Poprawił zsuwającą się z ramienia torbę, dziś znacznie lżejszą, jako że większość swoich notatek oddał Jamesowi. Jego ciemne oczy powędrowały wzdłuż sylwetki Doriana, by ostatecznie zatrzymać się na lizaku. Rage przełknął cicho ślinę, odruchowo zwilżając własne wargi. – Zatrzymali mnie, ale możemy już jechać. To znaczy... jeśli nie będę nikomu przeszkadzać. Zawsze możemy przenieść się do mnie. Mam wolne mieszkanie. Zawsze.

Słowa opuściły jego usta szybciej, niż zdążył je przemyśleć. Rozejrzał się nerwowo, jakby właśnie złożył nieprzyzwoitą propozycję w biały dzień.

Dorian powoli, z niespieszną gracją wyciągnął słodycz z ust. Przez cały ten czas nie zrywał kontaktu wzrokowego, a na jego wargach błąkał się ledwie zauważalny, drapieżny uśmiech. Dłonią poklepał nagrzany słońcem murek tuż obok siebie.

– Nie czekałem. Klapnij sobie – powiedział niskim głosem, po czym oblizał wargi ze słodkiego osadu i z powrotem wsunął lizaka do ust. – Musimy jeszcze poczekać na Michaela. Zabierze się z nami.

– Znajomy? – zapytał Rage, zajmując miejsce obok.

Pierwszą myślą, która przemknęła mu przez głowę, było słowo „chłopak”, lecz w porę ugryzł się w język. Spuścił wzrok, z udawaną fascynacją wpatrując się w swoje dłonie, na których wciąż widniały ślady atramentu. Na literaturze, podczas omawiania zmysłowości w Portrecie Doriana Graya, jego myśli niebezpiecznie zboczyły z akademickiego toru. Wyobrażał sobie chłopaka siedzącego teraz obok w roli dekadenckiego bohatera powieści, oddającego się absolutnej rozkoszy. Gdy zorientował się, dokąd zmierza jego umysł, z wściekłością rozgryzł skuwkę długopisu.

Teraz, na domiar złego, widok ust Doriana pieszczących lizaka sprawiał, że Rage nie potrafił zebrać myśli. Skupił więc wzrok na głównych drzwiach uczelni, byle tylko nie patrzeć w bok.

– Hm? – Dorian zdawał się nie usłyszeć pytania, również wpatrzony w wejście. Nagle wyprostował się. – O, jest!

Z budynku wypadł drobny, jasnowłosy chłopak. Rozejrzał się po parkingu, a gdy dostrzegł Doriana, stanął na palcach i zamachał z niemal dziecięcym entuzjazmem. Twarz malarza natychmiast pojaśniała szczerą radością. Blondyn lawirował między samochodami, by ostatecznie z rozpędu wpaść w otwarte ramiona Doriana. Ten chwycił go z łatwością, uniósł lekko w górę i zakręcił nim w powietrzu, zanim znów postawił go na asfalcie.

Rage poczuł nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej.

– Rage, to jest Michael. Poznajcie się i zmykamy – zarządził Dorian, wskazując ruchem głowy na swój zaparkowany nieopodal sportowy wóz.

– Miło mi. – Pisarz wyciągnął dłoń w kierunku jasnowłosego. Uścisk był krótki i chłodny.

Nie czuł się zachwycony faktem, że ich prywatne plany zostały zaburzone przez kogoś, z kim Dorian witał się w tak niesamowicie wylewny sposób. Z drugiej strony, nakazał sobie racjonalność – nie mógł z góry zakładać, że łączą ich relacje, przed którymi tak bardzo się wzbraniał. Ruszył w stronę samochodu, w duchu błagając, by ten chłopak okazał się znośnym milczkiem.

Kiedy Dorian usiadł za kierownicą, Rage zajął miejsce obok niego, ignorując fakt, że Michael usadowił się z tyłu. Tłumaczenia blondyna, że woli tylną kanapę, bo nie musi zapinać pasów i ma więcej swobody, zginęły w ryku odpalonego silnika.

Niestety, modlitwy Rage’a nie zostały wysłuchane. Ledwie ruszyli, Michael zaczął nadawać. Paplał o zajęciach, o ludziach, którzy omijali go szerokim łukiem, i o wykładowczyni przekonanej o jego ukrytym talencie teatralnym.

– A właśnie! – wypalił nagle, chwytając za zagłówek fotela Rage’a. – Słyszałem, że będziecie razem grać w tej sztuce. To fascynujące. Też bym tak chciał... z Dorianem. Ech...

To przeciągłe, wielce wymowne westchnienie było dla pisarza kroplą, która przelała czarę goryczy. Rage, do tej pory tępo wpatrzony w przesuwające się za szybą miasto, odwrócił głowę. Posłał Dorianowi ostre, karcące spojrzenie, po czym wymusił na usta napięty uśmiech i odwrócił się bokiem do gadatliwego pasażera.

– Zawsze możesz z nim poćwiczyć na sucho, bez wychodzenia na scenę – wycedził, czując się we własnej skórze gorzej niż stręczyciel. – Będziesz idealną pomocą, kiedy ja nie znajdę czasu na próby.

Sama myśl o tym, że ten dzieciak miałby odgrywać z Dorianem finałową, tragiczną scenę wyznania miłości, sprawiała, że robiło mu się niedobrze.

Oczy Michaela rozbłysły na tę propozycję, ale Dorian zareagował inaczej. Opony z piskiem wgryzły się w asfalt, gdy malarz gwałtownie wcisnął hamulec, by uniknąć stłuczki z nadjeżdżającym autem. Jego wzrok wbity w Rage’a był tak intensywny, że chłopak poczuł się, jakby ktoś dotknął go rozżarzonym prętem.

– Rage, to bez sensu – warknął Dorian, po czym spojrzał w lusterko wsteczne na zdezorientowanego blondyna. Samochód stał na środku drogi. – Nie mam nic przeciwko tobie, Mike, ale jeśli mam zagrać to dobrze, potrzebuję profesjonalisty. Możesz mnie ewentualnie przepytywać z tekstu. I pamiętaj, ani mru-mru o samej sztuce, bo inaczej naprawdę się wścieknę.

Michael potulnie skinął głową, opadając z powrotem na kanapę. Do końca trasy nie odezwał się ani słowem.

Gdy samochód zatrzymał się przed niedużym, czerwonym domem na przedmieściach, blondyn z trudem ukrył zdziwienie, że to już koniec podwózki.

– Zabijesz nas... – mruknął pod nosem Rage, wciąż odczuwając na obojczyku brutalne szarpnięcie pasa bezpieczeństwa. Sięgnął do klamry, przygotowując się do wyjścia. – Dojechaliśmy, czy tylko Michael wysiada?

– Tylko ja – zaćwierkał wesoło chłopak, wsuwając głowę przez otwarte okno pasażera. Pożegnał się z pisarzem krótkim uściskiem, następnie obszedł wóz dookoła i złożył na policzku Doriana głośny pocałunek, po czym zniknął za furtką.

Gdy tylko ruszyli, w kabinie zapadła ciężka, naelektryzowana cisza.

– Przepraszam za to – odezwał się Dorian, zerkając na siedzącego obok szatyna. Uśmiechnął się z odrobiną skruchy. – Ale nie mogłem już słuchać, jak wmawiasz mu, że nadaje się na mojego partnera do ćwiczeń. Uwielbiam tego dzieciaka. Kocham go nad życie. Ale grać z nim... wybacz, to byłaby profanacja.

Chwilę później skręcili na podjazd urokliwego, parterowego domu o głęboko zielonej elewacji.

– Teraz wysiadamy obaj – zakomenderował Dorian, gasząc silnik.

– Jak dla mnie... potwornie irytujący – skwitował z ulgą Rage, otwierając drzwi. Poprawił torbę i ruszył za gospodarzem w stronę wejścia. – Dobry aktor powinien potrafić zagrać z każdym, chociaż zakładam, że na tym jednym występie twoja kariera się skończy. Dlaczego nie potrafiłbyś z nim grać? Widząc jego zapał, miałem ochotę wpoić mu do głowy wszystkie dzieła Szekspira... – dodał z gorzką ironią.

Wnętrze domu Doriana kontrastowało z nieco zaniedbanym, zarośniętym trawnikiem na zewnątrz. Korytarz utrzymano w ascetycznej czerni i bieli, która płynnie przechodziła w salon skąpany w odcieniach głębokiego bordo i butelkowej zieleni. Było nowocześnie, ze smakiem i bardzo schludnie. Rage zrzucił trampki i zajął miejsce w kącie wygodnej kanapy, krzyżując nogi po turecku. Omiatał wzrokiem półki pełne książek i bibelotów. Był niewymownie wdzięczny losowi, że Dorian mieszka sam. W obecności rodziny malarza czułby się jak intruz.

Dorian wrócił z kuchni, niosąc dwie schłodzone puszki z napojem. Rzucił jedną z nich w stronę Rage'a, po czym usiadł na drugim końcu kanapy.

– Może w takim razie wolałbyś zamienić mnie na Michaela? – zapytał, otwierając napój z cichym sykiem. – Z chęcią popatrzę, jak razem wypadniecie na scenie, i pomogę mu uczyć się tekstu. Jesteś humanistą, mniemam, że świetnie byś nim pokierował.

Wypił niemal połowę zawartości za jednym zamachem.

– To był sarkazm – odparł spokojnie Rage, odkładając wciąż zamkniętą puszkę na ławę. Przerzucił torbę na sam brzeg mebla, by zyskać trochę przestrzeni. – Masz rację. Dziwnie byłoby występować w takiej sztuce z kimś, kogo się kocha. Poza tym... dostałeś rolę dominującą, a on jest ode mnie o głowę niższy. Wyglądałoby to komicznie, gdyby na końcu miał wbić ci nóż pod żebra.

– Zawsze możecie zamienić się rolami – wzruszył ramionami Dorian, odstawiając pustą puszkę na podłogę. Kac po wczorajszym, spontanicznym zapijaniu emocji wciąż dawał o sobie znać. Zrzucił buty i obrócił się twarzą do chłopaka, również siadając po turecku. – No dobrze, zacznijmy. Jestem malarzem, ty aktorem. Nie mam pojęcia, jak to ugryźć. Musisz mnie wszystkiego nauczyć.

W jego oczach nie było cienia kpiny; pojawiła się w nich za to jasna, rosnąca satysfakcja. Fakt, że Rage siedział tu, w jego salonie, i że czekało ich jeszcze wiele takich spotkań, napawał go trudnym do ukrycia zadowoleniem.

Rage natychmiast przybrał ton profesjonalisty. Praca była dla niego najlepszą tarczą.

– Po pierwsze, będziemy to powtarzać, aż nam obrzydnie. Tylko automatyzm pozwoli nam podejść do emocjonalnych kwestii z chłodną głową – zaczął, wpatrując się w twarz malarza. – Po drugie, tekst musisz znać tak dobrze, byś obudzony w środku nocy wyrzucał go z siebie jak automat. Po trzecie... świadomość tłumu. Musisz o nich zapomnieć. Wejść w postać na tyle głęboko, by mieć kompletnie w dupie to, co dzieje się poza krawędzią sceny. Klasyczny trik z wyobrażeniem sobie widowni nago też bywa pomocny. – Zrobił krótką pauzę, biorąc głęboki oddech. – I po czwarte. Wszystko musi wyglądać autentycznie. Nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy będziemy wyznawać sobie ckliwości, których de facto nie czujemy.

Dorian słuchał go z uwagą, pozwalając swojemu wzrokowi leniwie błądzić po sylwetce chłopaka. Gdy ten skończył, westchnął ciężko.

– Tekst to pikuś. Ale jeśli każesz mi wyobrażać sobie ludzi nago, możesz być świadkiem mojego zawału. Wizja naszej dyrektorki bez ubrań, albo tego stukilogramowego wykładowcy od rzeźby... fuj – wzdrygnął się z teatralnym obrzydzeniem.

Zerwał się z kanapy, chwycił pustą puszkę i pomaszerował do kuchni. Wrócił po chwili, stając na środku salonu. Wymierzył puszkę w przestrzeń niczym czaszkę Yoricka, drugą dłoń przycisnął do serca i zadeklamował z groteskowym przerysowaniem:

– Być albo nie być... oto jest pytanie! Kto postępuje godniej: ten, kto biernie stoi pod gradem zajadłych strzał losu, czy ten, kto stawia opór morzu nieszczęść... i w walce kładzie im kres?!

Opuścił głowę, niczym wirtuoz sceny oczekujący na deszcz róż, choć jego interpretacja była koślawa, pozbawiona rytmu i absolutnie niestrawna.

Rage zaczął ostentacyjnie klaskać.

– Brawo! Brawo! – Zawołał, z udawanym wzruszeniem ocierając wyimaginowaną łzę. Zmrużył jednak oczy, a jego twarz spoważniała. – Wolałbym jednak, byś przytoczył mi fragment naszej sztuki. O ile w ogóle do niej zajrzałeś. Ostatnia scena szczerze mnie przeraża.

Zazgrzytał zębami, wolał jednak przyznać się do tego teraz, niż ryzykować atak paniki podczas prawdziwej próby. Otworzył puszkę i pociągnął mały łyk, bardziej dla uspokojenia rąk niż z pragnienia.

– Czytałem. Przeleciałem całość wczoraj wieczorem, i to z niemałą przyjemnością – Dorian uśmiechnął się drapieżnie, podchodząc do stołu. Leżał tam zarówno scenariusz, jak i zrabowane poprzedniego dnia opowiadanie. – Czego się boisz w tej scenie? Kilku ckliwych wyznań i jednego niewinnego pocałunku? Słownictwo jest banalne, pójdzie nam gładko.

Wrócił na kanapę, podał Rage'owi jego zeszyt, po czym otworzył scenariusz, wertując strony. Znalazł scenę burzliwej kłótni kończącej się rękoczynami. – Zobacz. To wydaje się o wiele gorsze do zagrania.

– Jeden niewinny pocałunek? Chyba umknęła ci kwestia imprezy i tego, że bohaterowie idą ze sobą do łóżka. Owszem, jest to zgrabnie zatuszowane przed widzem, ale... – Rage przewrócił oczami, odbierając swój notes. Schował go bezpiecznie do torby. – Przeraża mnie ten nóż. Znam reżyserkę. Z jej zamiłowaniem do realizmu obawiam się, że na scenie da nam prawdziwe ostrze.

Wziął głęboki oddech i spojrzał na malarza z lekkimawahaniem.

– Słuchaj... jeśli nie masz nic przeciwko, wolałbym dziś nie zaczynać fizycznych prób. Muszę cię trochę poznać, skoro mamy współpracować. No i jestem cholernie ciekaw, co myślisz o moim tekście i jak odnajdujesz się w roli gwiazdy gejowskiego porno.

Była to oczywiście skrajna przesada – opowiadanie kipiało erotyzmem, ale miało silne podłoże romantyczne. Rage po prostu musiał ukryć własne zażenowanie pod maską czarnego humoru.

Dorian zamruczał nisko, zamknął scenariusz i odłożył go na dywan. Ułożył się wygodniej, opierając ramię o oparcie kanapy.

– Chcesz mnie poznać... Cóż. Prawdę mówiąc, jestem nikim wyjątkowym. Miałem sporo szczęścia, rodząc się w zamożnej rodzinie, która pozwala mi studiować to, co kocham. Mam pełną, normalną rodzinę. Jestem pewny siebie, nie boję się wyzwań, można ze mną porozmawiać o wszystkim, a nikogo nie oceniam przez pryzmat jego pasji. – Przeniósł wzrok prosto na Rage'a, uśmiechając się z chłodną, rozbrajającą pewnością siebie. – No i jestem gejem.

Wyrzucił to z siebie lekko, z absolutną swobodą, jakby to słowo nie niosło ze sobą groźby pobicia w ciemnym zaułku przez ludzi pokroju wczorajszych opryszków.

Rage otworzył szerzej oczy. Zszokowała go ta bezkompromisowość.

– To niezwykle... szczegółowy opis – odparł ostrożnie. Czuł ulgę. Przynajmniej kwestia zażenowania scenami intymnymi właśnie wyparowała. Jednak z tyłu głowy wciąż wierciło mu jedno pytanie. Ścisnął aluminiową puszkę tak mocno, że metal cicho zgrzytnął. – Więc kim dla ciebie jest Michael?

Dorian zmarszczył brwi. Nachylił się w stronę chłopaka, chwytając go lekko za nadgarstki.

– Hej. Chyba nie pomyślałeś, że my... – Roześmiał się krótko i zabrał dłonie. Oparł się z powrotem. – Błagam cię. Kocham go jak brata. Znamy się od piaskownicy. To czysta, braterska miłość. Nic więcej. – Upił z puszki, po czym odstawił ją na podłogę. – Coś jeszcze? Ach, tak. Twoje opowiadanie. Było rewelacyjne. Zaskakująco trafne. Chociaż w rzeczywistości, zamiast poetyckiego „jesteś głupi jak but”, powiedziałbym mu „jesteś cholernym idiotą”. Taki już mam styl.

Rage wypuścił powietrze. Skłamałby, mówiąc, że wyznanie dotyczące Michaela go nie obeszło. Poczuł, jak ogromny głaz osuwa mu się z serca, zamieniając w pył.

– Nic nie pomyślałem – powiedział gładko, a na jego twarz wypłynął tak szeroki, tak szczery uśmiech, że aż rozjaśnił jego zazwyczaj melancholijne rysy. – Zapytałem ze zwykłej ciekawości, nie musisz się tłumaczyć. Zamierzam napisać ciąg dalszy, gdy tylko znajdę wenę... A tak na marginesie, wyglądasz, jakbyś zaliczył wczoraj epicką imprezę. Kac cię zdradza.

Pisarz sam nie pił niemal w ogóle, ale jako bystry obserwator doskonale znał symptomy "dnia po".

Dorian rozłożył ramiona w geście niewiniątka.

– To nie impreza. To głupota. Po przeczytaniu twojego tekstu dopadł mnie dziwny, refleksyjny nastrój. Słuchałem muzyki, myślałem i zapijałem chandrę alkoholem z barku. Efekty widać. Nieważne, przejdzie. Ale wiesz co? Skoro ja odarłem się przed tobą z tajemnic, liczę na rewanż. Zamieniam się w słuch.

Rage spoważniał. Nienawidził opowiadać o sobie, uważał swoje życie za boleśnie banalne i wyprane z literackich uniesień.

– Dlaczego miałeś chandrę przez zwykłe opowiadanie? Może trochę przesadziłem z idealizowaniem twojej postaci... – zmarszczył nos. – Nie wiem, co mógłbym ci powiedzieć. Kocham pisać, od dziecka. Moi rodzice się rozwiedli. Ojciec ożenił się ponownie. Dupek, którego wczoraj sprowadziłeś do parteru na parkingu, to mój przyrodni brat. Mieszkam sam, pracuję, by się utrzymać, i staram się trzymać z dala od kłopotów.

Ominął kilka bolesnych szczegółów. Nie był gotów obnażyć się przed chłopakiem, którego de facto ledwo znał.

– No i, jak nietrudno się domyślić, również jestem gejem. Po prostu nie widzę potrzeby, by z tym afiszować.

– Masz chłopaka? – Dorian uderzył bez wahania. Cieszył się, że mają to za sobą – znikał problem tłumaczenia intymności na scenie. Chciał jednak wiedzieć, na jakim gruncie stoi. – Dlaczego się z tym kryjesz? Dlaczego po prostu nie będziesz sobą? To trochę jak oszukiwanie własnej natury, nie sądzisz?

Sam kiedyś dusił się w szafie, ale od dnia, w którym postanowił żyć na własnych zasadach, nie ustępował nikomu na krok, stając w obronie tych, którzy jeszcze się bali.

– To nie jest ukrywanie się. Po prostu o tym nie krzyczę. Moi rodzice i brat wiedzą. Mój przyrodni brat... musi mnie znosić, dlatego omija mnie szerokim łukiem – odparł spokojnie Rage. Przygryzł wnętrze policzka, patrząc prosto w oczy malarza. – I nie. Nie mam chłopaka. Od dawna. Choć mój eks ma zwyczaj dzwonić w środku nocy i bawić się w prześladowcę.

Odchrząknął, wracając do bezpieczniejszego tematu.

– Tak. Paradoksem jest to, że jego najlepszym kumplem jest twój uroczy, jasnowłosy przyjaciel. Spróbuję go utemperować przy najbliższym, upiornym obiedzie rodzinnym. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że wczoraj nie interweniowałem?

Złapał się na tym, że wciąż skanuje wzrokiem twarz Doriana, tonąc w jego rysach, choć próbował patrzeć w bok z czystego zażenowania.

Dorian zaśmiał się ciepło.

– Nie przejmuj się. Nie musisz się za nim wstawiać. Radzę sobie, i to całkiem nieźle. Czasami nie potrafią trzymać języka za zębami, ale wiedzą, że jeśli przekroczą granicę, nie odpuszczę. – Przetarł twarz dłonią. – Dobrze, wróćmy do sztuki. Dlaczego tak bardzo boisz się tej sceny? Śmiertelnie groźny rekwizyt to wszystko?

Malarz widział opór chłopaka przed obnażaniem emocji. Zdecydował, że poluzuje smycz i da mu chwilę oddechu. Nie chciał go spłoszyć.

Rage poczuł, jak serce zaczyna bić mu szybciej. Zdał sobie sprawę, że nie ucieknie przed tym, co nieuniknione.

– Wiesz, mimo mojego maskowanego grubiaństwa... – położył dłoń płasko na swojej klatce piersiowej, patrząc Dorianowi prosto w oczy. – Tutaj kołacze się serce, które wciąż ma wpływ na mój racjonalny umysł.

Odetchnął głęboko, zsuwając się z kanapy na podłogę. Wstał.

– Wiem. Nigdy w to nie wątpiłem. Wstań – poprosił cicho.

Chciał mu pokazać. Musiał stoczyć walkę ze swoimi demonami, przełamać barierę dotyku, by udowodnić sobie, że potrafi to znieść. Scenariusz znał pobieżnie, ale ta konkretna scena prześladowała go w snach, często zmieniając się w mroczne, o wiele bardziej erotyczne fantazje.

– Kartki ci nie będą potrzebne. Przydałaby się za to jakaś ściana, ale myślę, że poradzę sobie na środku pokoju.

– Ściany masz dookoła, Rage – zaśmiał się Dorian, podnosząc się z miejsca. Wygładził dłońmi koszulkę. Stanął naprzeciwko pisarza, czując znajomy dreszcz adrenaliny. Zmierzył chłopaka badawczym wzrokiem. Odrzucił logikę czytelnika scenariusza, pozwalając działać instynktom. – Dobra, słucham. Co mam robić? Potrzebujemy noża? Linijki?

– Na litość boską, nie! Nie mam ochoty na siniaki!

Rage zrobił krok do przodu. Krew zaczęła odpływać mu z twarzy, a wypracowany spokój topniał z każdą sekundą. Drżącymi dłońmi chwycił lewą rękę Doriana, zwinął jego palce w pięść i ułożył ją płasko na swoim brzuchu. Zagryzł zęby, by stłumić drżenie ust.

– Dobry aktor nie potrzebuje rekwizytów... ani ścian – mruknął. Pociągnął drugą dłoń malarza i ułożył ją na krzyżu swoich pleców, tuż nad kością ogonową. Czuł ciepło bijące od ciała chłopaka. Zająknął się, modląc się w duchu, by Dorian nie wyczuł jego rosnącego podniecenia. – A skoro nie mamy ściany... po prostu przyciągnij mnie do siebie. Mocno.

Dorian wykonał polecenie z bezwzględną precyzją. Jedna dłoń napierała na brzuch Rage'a, druga wbiła się w jego plecy, miażdżąc resztki dzielącej ich przestrzeni. Starał się myśleć o tekście, o teatrze, o sztuce... ale gdy poczuł ciepło pisarza, a ich klatki piersiowe się zetknęły, resztki jego zdrowego rozsądku zaczęły parować. Spojrzał na chłopaka z góry, zaciskając szczękę, tocząc nierówną walkę z własnym ciałem.

– I w tym momencie... powinienem powiedzieć, że nieważne co zrobisz i jak bardzo mnie zranisz, i tak będę cię kochać – wyszeptał Rage, opierając z rezygnacją czoło o pierś Doriana. Westchnął ciężko, poddając się. Jego ciało reagowało zbyt gwałtownie. – Nie przeraża mnie ta scena z nożem... – przyznał cicho, rozbijając kłamstwo, za którym krył się przez cały wieczór.

Bał się, że Dorian uzna go za niestabilnego psychicznie amatora, ale nie potrafił już tego kontrolować. Realność tego chłopaka była o wiele potężniejsza niż najśmielsze zapiski w zeszycie.

– Przepraszam – dodał, nie robiąc jednak ani kroku w tył. Zamknął oczy, chłonąc zapach jego perfum zmieszany z zapachem skóry.

Dorian powoli, płynnie przeniósł dłoń z brzucha chłopaka na jego twarz. Delikatnie ujął go pod brodę i uniósł jego głowę, wymuszając spojrzenie. W oczach malarza nie było kpiny, był jedynie mroczny, gęstniejący głód. Już wczoraj, na korytarzu, wiedział, że nie przejdzie obok tego chłopaka obojętnie.

– Rage, spokojnie. Nie musisz się mnie bać – powiedział niskim, wibrującym tonem, gładząc kciukiem jego kość policzkową. – Obiecuję, że nikt na uczelni o niczym się nie dowie. I obiecuję, że nie zrobię niczego, na co nie będziesz miał ochoty. A tak na marginesie... – jego kciuk zsunął się niżej, obrysowując miękką linię warg pisarza. – Masz perfekcyjny kształt ust. Wykrojony z niezwykłą precyzją. Jakby stworzony wyłącznie do całowania.

– Nie boję się ciebie. Boję się samego siebie – odszepnął Rage.

Nie uciekł wzrokiem. Chciał odwrócić twarz i złapać drażniący go kciuk wargami, ale resztkami sił utrzymał powagę. Zamiast tego pozwolił, by jego dłonie wreszcie zrobiły to, o czym marzyły od początku spotkania. Objął Doriana w pasie, a jego palce zacisnęły się na materiale bordowej koszulki.

– I co w związku z tym? – rzucił wyzwanie Dorian.

– I to, że nie potrafię nad sobą zapanować, gdy jesteś tak blisko.

To wyznanie było dla malarza niczym zapalnik. Zawsze grał w otwarte karty, a teraz, czując dłonie Rage'a na swoich plecach i słysząc jego drżący oddech, stracił resztki woli do oporu.

Kusiły go te usta. Kusiła go powściągliwość, za którą chłopak desperacko próbował się ukryć.

Dorian zsunął dłoń z twarzy na kark pisarza, zamykając go w żelaznym, zaborczym uścisku. Zbliżył swoje wargi na odległość milimetrów. Zatonął w czerni jego spojrzenia, pozwalając, by drzemiąca w nim żądza wypłynęła na powierzchnię.

– Więc nie panuj, błagam – wyrzucił z siebie Rage.

Chciał, by Dorian urzeczywistnił wszystko to, co do tej pory było zaledwie atramentem na papierze. By wyrwał go z letargu.

Malarz nie czekał ani sekundy dłużej. Zlikwidował dzielącą ich przestrzeń. Zsuwając dłoń z krzyża prosto na pośladki chłopaka, szarpnął go do przodu, wbijając go w swoje biodra. Jednocześnie połączył ich usta w brutalnym, palącym pocałunku.

Chłonął go, zachłannie i bez opamiętania. Krew uderzyła mu do głowy, zagłuszając wszystkie myśli.

Rage odpowiedział z taką samą, desperacką furią. To było lepsze, mocniejsze i słodsze niż jakakolwiek jego fantazja. Zatracił się całkowicie. Niemal stanął na palcach, przywierając do Doriana każdym centymetrem ciała, domagając się jeszcze głębszej penetracji ich złączonych warg. W przypływie obezwładniającej namiętności naparł na niego biodrami.

Dorian odpowiedział na ten ruch, całkowicie puszczając hamulce. Objął Rage'a obiema rękami, odginając go lekko do tyłu. Zasunął nogę za łydkę pisarza, przygotowując się do zgrabnego pchnięcia, które miałoby wylądować z nimi obydwoma na kanapie. Miał zamiar pożreć go żywcem, utonąć w nim tu i teraz, w samym środku popołudnia.

Wtedy rzeczywistość pękła z ogłuszającym łoskotem.

Ktoś zaczął walić w drzwi frontowe z taką siłą, jakby chciał je wyważyć. Zanim zdezorientowany Dorian zdążył oderwać wargi od Rage'a, zamek puścił, a drzwi otworzyły się z brutalnym trzaskiem, uderzając o ścianę korytarza.

Rage stracił równowagę, padając ciężko na oparcie kanapy.

Dorian odwrócił się z furią w oczach, ciężko dysząc. Jego klatka piersiowa unosiła się nierówno z podniecenia i furii wywołanej przerwanym aktem.

W progu, niczym egzekutorzy, stało trzech rosłych mężczyzn w garniturach. Tuż za nimi, blady jak ściana i dygoczący, kulił się Michael.

– Pan Dorian Mort? Dzień dobry. Policja – oznajmił lodowatym tonem pierwszy z mężczyzn, błyskając odznaką. – Mamy do pana kilka poważnych pytań.

Michael wypuścił z siebie stłumiony szloch.

– Przepraszam, Dorian... zmusili mnie, żebym pokazał im, gdzie mieszkasz. Naprawdę nie miałem wyjścia...

 


4 komentarze:

  1. Obie notki są po prostu wspaniałe i bardzo uczuciowe:) Strasznie mi się podoba to opowiadanie, masz dar pisania o uczuciach w głowach bohaterów i mam nadzieje że z tego bloga bo wychodzi Ci mistrzostwo:) Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy

    OdpowiedzUsuń
  2. Coraz lepiej jak można tak niegrzecznie bawić się lizaczkiem? A potem ten cały Michael jeszcze bardziej nakręcił atmosferę.Bardzo mi się podobały ćwiczenia do hm, roli. Biedny Rage nie miał szans. Nakręcił się tak bardzo, że nawet zapomniał zaprotestować, a może nie chciał. Skończyłaś w najgorszym możliwym momencie!

    OdpowiedzUsuń
  3. wow! niezłe, ten rozdział był powalający xD a ta próba, hmm hot, very hooot ;D next ^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja tak tylko mówię, że długopisy nie mają atramentu, tylko wkład z totalnieniewiemczym. Tak.
    No.

    OdpowiedzUsuń