Popołudniowe słońce rzucało długie cienie na uniwersytecki parking. Dorian stał oparty o niewysoki, ceglany murek, zrelaksowany i całkowicie zatopiony w swoim doskonałym nastroju. Zajęcia minęły mu bezbłędnie, a perspektywa nadchodzącego spotkania jedynie potęgowała ten stan. Leniwie obracał w ustach patyczek truskawkowego lizaka, uważnie taksując wzrokiem każdą mijającą go osobę.
– Jestem.
Głos rozległ się tuż za jego plecami. Rage zmaterializował się niemal
znikąd. Przez krótką chwilę pozwalał sobie na luksus bezkarnego wpatrywania się
w szerokie ramiona malarza, zanim obszedł murek, by stanąć z nim twarzą w
twarz.
– Mam nadzieję, że nie czekałeś – zaczął, posyłając mu ostrożny, acz
szczery uśmiech. Poprawił zsuwającą się z ramienia torbę, dziś znacznie
lżejszą, jako że większość swoich notatek oddał Jamesowi. Jego ciemne oczy
powędrowały wzdłuż sylwetki Doriana, by ostatecznie zatrzymać się na lizaku.
Rage przełknął cicho ślinę, odruchowo zwilżając własne wargi. – Zatrzymali
mnie, ale możemy już jechać. To znaczy... jeśli nie będę nikomu przeszkadzać.
Zawsze możemy przenieść się do mnie. Mam wolne mieszkanie. Zawsze.
Słowa opuściły jego usta szybciej, niż zdążył je przemyśleć. Rozejrzał się
nerwowo, jakby właśnie złożył nieprzyzwoitą propozycję w biały dzień.
Dorian powoli, z niespieszną gracją wyciągnął słodycz z ust. Przez cały ten
czas nie zrywał kontaktu wzrokowego, a na jego wargach błąkał się ledwie
zauważalny, drapieżny uśmiech. Dłonią poklepał nagrzany słońcem murek tuż obok
siebie.
– Nie czekałem. Klapnij sobie – powiedział niskim głosem, po czym oblizał
wargi ze słodkiego osadu i z powrotem wsunął lizaka do ust. – Musimy jeszcze
poczekać na Michaela. Zabierze się z nami.
– Znajomy? – zapytał Rage, zajmując miejsce obok.
Pierwszą myślą, która przemknęła mu przez głowę, było słowo „chłopak”, lecz
w porę ugryzł się w język. Spuścił wzrok, z udawaną fascynacją wpatrując się w
swoje dłonie, na których wciąż widniały ślady atramentu. Na literaturze,
podczas omawiania zmysłowości w Portrecie Doriana Graya,
jego myśli niebezpiecznie zboczyły z akademickiego toru. Wyobrażał sobie
chłopaka siedzącego teraz obok w roli dekadenckiego bohatera powieści,
oddającego się absolutnej rozkoszy. Gdy zorientował się, dokąd zmierza jego
umysł, z wściekłością rozgryzł skuwkę długopisu.
Teraz, na domiar złego, widok ust Doriana pieszczących lizaka sprawiał, że
Rage nie potrafił zebrać myśli. Skupił więc wzrok na głównych drzwiach uczelni,
byle tylko nie patrzeć w bok.
– Hm? – Dorian zdawał się nie usłyszeć pytania, również wpatrzony w
wejście. Nagle wyprostował się. – O, jest!
Z budynku wypadł drobny, jasnowłosy chłopak. Rozejrzał się po parkingu, a
gdy dostrzegł Doriana, stanął na palcach i zamachał z niemal dziecięcym
entuzjazmem. Twarz malarza natychmiast pojaśniała szczerą radością. Blondyn
lawirował między samochodami, by ostatecznie z rozpędu wpaść w otwarte ramiona
Doriana. Ten chwycił go z łatwością, uniósł lekko w górę i zakręcił nim w
powietrzu, zanim znów postawił go na asfalcie.
Rage poczuł nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej.
– Rage, to jest Michael. Poznajcie się i zmykamy – zarządził Dorian,
wskazując ruchem głowy na swój zaparkowany nieopodal sportowy wóz.
– Miło mi. – Pisarz wyciągnął dłoń w kierunku jasnowłosego. Uścisk był
krótki i chłodny.
Nie czuł się zachwycony faktem, że ich prywatne plany zostały zaburzone
przez kogoś, z kim Dorian witał się w tak niesamowicie wylewny sposób. Z
drugiej strony, nakazał sobie racjonalność – nie mógł z góry zakładać, że łączą
ich relacje, przed którymi tak bardzo się wzbraniał. Ruszył w stronę samochodu,
w duchu błagając, by ten chłopak okazał się znośnym milczkiem.
Kiedy Dorian usiadł za kierownicą, Rage zajął miejsce obok niego, ignorując
fakt, że Michael usadowił się z tyłu. Tłumaczenia blondyna, że woli tylną
kanapę, bo nie musi zapinać pasów i ma więcej swobody, zginęły w ryku
odpalonego silnika.
Niestety, modlitwy Rage’a nie zostały wysłuchane. Ledwie ruszyli, Michael
zaczął nadawać. Paplał o zajęciach, o ludziach, którzy omijali go szerokim
łukiem, i o wykładowczyni przekonanej o jego ukrytym talencie teatralnym.
– A właśnie! – wypalił nagle, chwytając za zagłówek fotela Rage’a. –
Słyszałem, że będziecie razem grać w tej sztuce. To fascynujące. Też bym tak
chciał... z Dorianem. Ech...
To przeciągłe, wielce wymowne westchnienie było dla pisarza kroplą, która
przelała czarę goryczy. Rage, do tej pory tępo wpatrzony w przesuwające się za
szybą miasto, odwrócił głowę. Posłał Dorianowi ostre, karcące spojrzenie, po
czym wymusił na usta napięty uśmiech i odwrócił się bokiem do gadatliwego
pasażera.
– Zawsze możesz z nim poćwiczyć na sucho, bez wychodzenia na scenę –
wycedził, czując się we własnej skórze gorzej niż stręczyciel. – Będziesz
idealną pomocą, kiedy ja nie znajdę czasu na próby.
Sama myśl o tym, że ten dzieciak miałby odgrywać z Dorianem finałową,
tragiczną scenę wyznania miłości, sprawiała, że robiło mu się niedobrze.
Oczy Michaela rozbłysły na tę propozycję, ale Dorian zareagował inaczej.
Opony z piskiem wgryzły się w asfalt, gdy malarz gwałtownie wcisnął hamulec, by
uniknąć stłuczki z nadjeżdżającym autem. Jego wzrok wbity w Rage’a był tak
intensywny, że chłopak poczuł się, jakby ktoś dotknął go rozżarzonym prętem.
– Rage, to bez sensu – warknął Dorian, po czym spojrzał w lusterko wsteczne
na zdezorientowanego blondyna. Samochód stał na środku drogi. – Nie mam nic
przeciwko tobie, Mike, ale jeśli mam zagrać to dobrze, potrzebuję
profesjonalisty. Możesz mnie ewentualnie przepytywać z tekstu. I pamiętaj, ani
mru-mru o samej sztuce, bo inaczej naprawdę się wścieknę.
Michael potulnie skinął głową, opadając z powrotem na kanapę. Do końca
trasy nie odezwał się ani słowem.
Gdy samochód zatrzymał się przed niedużym, czerwonym domem na
przedmieściach, blondyn z trudem ukrył zdziwienie, że to już koniec podwózki.
– Zabijesz nas... – mruknął pod nosem Rage, wciąż odczuwając na obojczyku
brutalne szarpnięcie pasa bezpieczeństwa. Sięgnął do klamry, przygotowując się
do wyjścia. – Dojechaliśmy, czy tylko Michael wysiada?
– Tylko ja – zaćwierkał wesoło chłopak, wsuwając głowę przez otwarte okno
pasażera. Pożegnał się z pisarzem krótkim uściskiem, następnie obszedł wóz
dookoła i złożył na policzku Doriana głośny pocałunek, po czym zniknął za
furtką.
Gdy tylko ruszyli, w kabinie zapadła ciężka, naelektryzowana cisza.
– Przepraszam za to – odezwał się Dorian, zerkając na siedzącego obok
szatyna. Uśmiechnął się z odrobiną skruchy. – Ale nie mogłem już słuchać, jak
wmawiasz mu, że nadaje się na mojego partnera do ćwiczeń. Uwielbiam tego
dzieciaka. Kocham go nad życie. Ale grać z nim... wybacz, to byłaby profanacja.
Chwilę później skręcili na podjazd urokliwego, parterowego domu o głęboko
zielonej elewacji.
– Teraz wysiadamy obaj – zakomenderował Dorian, gasząc silnik.
– Jak dla mnie... potwornie irytujący – skwitował z ulgą Rage, otwierając drzwi.
Poprawił torbę i ruszył za gospodarzem w stronę wejścia. – Dobry aktor powinien
potrafić zagrać z każdym, chociaż zakładam, że na tym jednym występie twoja
kariera się skończy. Dlaczego nie potrafiłbyś z nim grać? Widząc jego zapał,
miałem ochotę wpoić mu do głowy wszystkie dzieła Szekspira... – dodał z gorzką
ironią.
Wnętrze domu Doriana kontrastowało z nieco zaniedbanym, zarośniętym
trawnikiem na zewnątrz. Korytarz utrzymano w ascetycznej czerni i bieli, która
płynnie przechodziła w salon skąpany w odcieniach głębokiego bordo i butelkowej
zieleni. Było nowocześnie, ze smakiem i bardzo schludnie. Rage zrzucił trampki
i zajął miejsce w kącie wygodnej kanapy, krzyżując nogi po turecku. Omiatał
wzrokiem półki pełne książek i bibelotów. Był niewymownie wdzięczny losowi, że
Dorian mieszka sam. W obecności rodziny malarza czułby się jak intruz.
Dorian wrócił z kuchni, niosąc dwie schłodzone puszki z napojem. Rzucił
jedną z nich w stronę Rage'a, po czym usiadł na drugim końcu kanapy.
– Może w takim razie wolałbyś zamienić mnie na Michaela? – zapytał,
otwierając napój z cichym sykiem. – Z chęcią popatrzę, jak razem wypadniecie na
scenie, i pomogę mu uczyć się tekstu. Jesteś humanistą, mniemam, że świetnie
byś nim pokierował.
Wypił niemal połowę zawartości za jednym zamachem.
– To był sarkazm – odparł spokojnie Rage, odkładając wciąż zamkniętą puszkę
na ławę. Przerzucił torbę na sam brzeg mebla, by zyskać trochę przestrzeni. –
Masz rację. Dziwnie byłoby występować w takiej sztuce z kimś, kogo się kocha.
Poza tym... dostałeś rolę dominującą, a on jest ode mnie o głowę niższy. Wyglądałoby
to komicznie, gdyby na końcu miał wbić ci nóż pod żebra.
– Zawsze możecie zamienić się rolami – wzruszył ramionami Dorian,
odstawiając pustą puszkę na podłogę. Kac po wczorajszym, spontanicznym
zapijaniu emocji wciąż dawał o sobie znać. Zrzucił buty i obrócił się twarzą do
chłopaka, również siadając po turecku. – No dobrze, zacznijmy. Jestem malarzem,
ty aktorem. Nie mam pojęcia, jak to ugryźć. Musisz mnie wszystkiego nauczyć.
W jego oczach nie było cienia kpiny; pojawiła się w nich za to jasna, rosnąca
satysfakcja. Fakt, że Rage siedział tu, w jego salonie, i że czekało ich
jeszcze wiele takich spotkań, napawał go trudnym do ukrycia zadowoleniem.
Rage natychmiast przybrał ton profesjonalisty. Praca była dla niego
najlepszą tarczą.
– Po pierwsze, będziemy to powtarzać, aż nam obrzydnie. Tylko automatyzm
pozwoli nam podejść do emocjonalnych kwestii z chłodną głową – zaczął,
wpatrując się w twarz malarza. – Po drugie, tekst musisz znać tak dobrze, byś
obudzony w środku nocy wyrzucał go z siebie jak automat. Po trzecie...
świadomość tłumu. Musisz o nich zapomnieć. Wejść w postać na tyle głęboko, by
mieć kompletnie w dupie to, co dzieje się poza krawędzią sceny. Klasyczny trik
z wyobrażeniem sobie widowni nago też bywa pomocny. – Zrobił krótką pauzę,
biorąc głęboki oddech. – I po czwarte. Wszystko musi wyglądać autentycznie.
Nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy będziemy wyznawać sobie ckliwości, których
de facto nie czujemy.
Dorian słuchał go z uwagą, pozwalając swojemu wzrokowi leniwie błądzić po
sylwetce chłopaka. Gdy ten skończył, westchnął ciężko.
– Tekst to pikuś. Ale jeśli każesz mi wyobrażać sobie ludzi nago, możesz
być świadkiem mojego zawału. Wizja naszej dyrektorki bez ubrań, albo tego
stukilogramowego wykładowcy od rzeźby... fuj – wzdrygnął się z teatralnym
obrzydzeniem.
Zerwał się z kanapy, chwycił pustą puszkę i pomaszerował do kuchni. Wrócił
po chwili, stając na środku salonu. Wymierzył puszkę w przestrzeń niczym
czaszkę Yoricka, drugą dłoń przycisnął do serca i zadeklamował z groteskowym
przerysowaniem:
– Być albo nie być... oto jest pytanie! Kto postępuje godniej: ten, kto
biernie stoi pod gradem zajadłych strzał losu, czy ten, kto stawia opór morzu
nieszczęść... i w walce kładzie im kres?!
Opuścił głowę, niczym wirtuoz sceny oczekujący na deszcz róż, choć jego
interpretacja była koślawa, pozbawiona rytmu i absolutnie niestrawna.
Rage zaczął ostentacyjnie klaskać.
– Brawo! Brawo! – Zawołał, z udawanym wzruszeniem ocierając wyimaginowaną
łzę. Zmrużył jednak oczy, a jego twarz spoważniała. – Wolałbym jednak, byś
przytoczył mi fragment naszej sztuki. O ile w ogóle do niej zajrzałeś. Ostatnia
scena szczerze mnie przeraża.
Zazgrzytał zębami, wolał jednak przyznać się do tego teraz, niż ryzykować
atak paniki podczas prawdziwej próby. Otworzył puszkę i pociągnął mały łyk,
bardziej dla uspokojenia rąk niż z pragnienia.
– Czytałem. Przeleciałem całość wczoraj wieczorem, i to z niemałą
przyjemnością – Dorian uśmiechnął się drapieżnie, podchodząc do stołu. Leżał
tam zarówno scenariusz, jak i zrabowane poprzedniego dnia opowiadanie. – Czego
się boisz w tej scenie? Kilku ckliwych wyznań i jednego niewinnego pocałunku?
Słownictwo jest banalne, pójdzie nam gładko.
Wrócił na kanapę, podał Rage'owi jego zeszyt, po czym otworzył scenariusz,
wertując strony. Znalazł scenę burzliwej kłótni kończącej się rękoczynami. –
Zobacz. To wydaje się o wiele gorsze do zagrania.
– Jeden niewinny pocałunek? Chyba umknęła ci kwestia imprezy i tego, że
bohaterowie idą ze sobą do łóżka. Owszem, jest to zgrabnie zatuszowane przed
widzem, ale... – Rage przewrócił oczami, odbierając swój notes. Schował go
bezpiecznie do torby. – Przeraża mnie ten nóż. Znam reżyserkę. Z jej
zamiłowaniem do realizmu obawiam się, że na scenie da nam prawdziwe ostrze.
Wziął głęboki oddech i spojrzał na malarza z lekkimawahaniem.
– Słuchaj... jeśli nie masz nic przeciwko, wolałbym dziś nie zaczynać
fizycznych prób. Muszę cię trochę poznać, skoro mamy współpracować. No i jestem
cholernie ciekaw, co myślisz o moim tekście i jak odnajdujesz się w roli
gwiazdy gejowskiego porno.
Była to oczywiście skrajna przesada – opowiadanie kipiało erotyzmem, ale
miało silne podłoże romantyczne. Rage po prostu musiał ukryć własne zażenowanie
pod maską czarnego humoru.
Dorian zamruczał nisko, zamknął scenariusz i odłożył go na dywan. Ułożył
się wygodniej, opierając ramię o oparcie kanapy.
– Chcesz mnie poznać... Cóż. Prawdę mówiąc, jestem nikim wyjątkowym. Miałem
sporo szczęścia, rodząc się w zamożnej rodzinie, która pozwala mi studiować to,
co kocham. Mam pełną, normalną rodzinę. Jestem pewny siebie, nie boję się
wyzwań, można ze mną porozmawiać o wszystkim, a nikogo nie oceniam przez
pryzmat jego pasji. – Przeniósł wzrok prosto na Rage'a, uśmiechając się z
chłodną, rozbrajającą pewnością siebie. – No i jestem gejem.
Wyrzucił to z siebie lekko, z absolutną swobodą, jakby to słowo nie niosło
ze sobą groźby pobicia w ciemnym zaułku przez ludzi pokroju wczorajszych
opryszków.
Rage otworzył szerzej oczy. Zszokowała go ta bezkompromisowość.
– To niezwykle... szczegółowy opis – odparł ostrożnie. Czuł ulgę.
Przynajmniej kwestia zażenowania scenami intymnymi właśnie wyparowała. Jednak z
tyłu głowy wciąż wierciło mu jedno pytanie. Ścisnął aluminiową puszkę tak
mocno, że metal cicho zgrzytnął. – Więc kim dla ciebie jest Michael?
Dorian zmarszczył brwi. Nachylił się w stronę chłopaka, chwytając go lekko
za nadgarstki.
– Hej. Chyba nie pomyślałeś, że my... – Roześmiał się krótko i zabrał
dłonie. Oparł się z powrotem. – Błagam cię. Kocham go jak brata. Znamy się od
piaskownicy. To czysta, braterska miłość. Nic więcej. – Upił z puszki, po czym
odstawił ją na podłogę. – Coś jeszcze? Ach, tak. Twoje opowiadanie. Było
rewelacyjne. Zaskakująco trafne. Chociaż w rzeczywistości, zamiast poetyckiego
„jesteś głupi jak but”, powiedziałbym mu „jesteś cholernym idiotą”. Taki już
mam styl.
Rage wypuścił powietrze. Skłamałby, mówiąc, że wyznanie dotyczące Michaela
go nie obeszło. Poczuł, jak ogromny głaz osuwa mu się z serca, zamieniając w
pył.
– Nic nie pomyślałem – powiedział gładko, a na jego twarz wypłynął tak
szeroki, tak szczery uśmiech, że aż rozjaśnił jego zazwyczaj melancholijne
rysy. – Zapytałem ze zwykłej ciekawości, nie musisz się tłumaczyć. Zamierzam
napisać ciąg dalszy, gdy tylko znajdę wenę... A tak na marginesie, wyglądasz,
jakbyś zaliczył wczoraj epicką imprezę. Kac cię zdradza.
Pisarz sam nie pił niemal w ogóle, ale jako bystry obserwator doskonale
znał symptomy "dnia po".
Dorian rozłożył ramiona w geście niewiniątka.
– To nie impreza. To głupota. Po przeczytaniu twojego tekstu dopadł mnie
dziwny, refleksyjny nastrój. Słuchałem muzyki, myślałem i zapijałem chandrę
alkoholem z barku. Efekty widać. Nieważne, przejdzie. Ale wiesz co? Skoro ja
odarłem się przed tobą z tajemnic, liczę na rewanż. Zamieniam się w słuch.
Rage spoważniał. Nienawidził opowiadać o sobie, uważał swoje życie za
boleśnie banalne i wyprane z literackich uniesień.
– Dlaczego miałeś chandrę przez zwykłe opowiadanie? Może trochę
przesadziłem z idealizowaniem twojej postaci... – zmarszczył nos. – Nie wiem,
co mógłbym ci powiedzieć. Kocham pisać, od dziecka. Moi rodzice się rozwiedli.
Ojciec ożenił się ponownie. Dupek, którego wczoraj sprowadziłeś do parteru na
parkingu, to mój przyrodni brat. Mieszkam sam, pracuję, by się utrzymać, i
staram się trzymać z dala od kłopotów.
Ominął kilka bolesnych szczegółów. Nie był gotów obnażyć się przed
chłopakiem, którego de facto ledwo znał.
– No i, jak nietrudno się domyślić, również jestem gejem. Po prostu nie
widzę potrzeby, by z tym afiszować.
– Masz chłopaka? – Dorian uderzył bez wahania. Cieszył się, że mają to za
sobą – znikał problem tłumaczenia intymności na scenie. Chciał jednak wiedzieć,
na jakim gruncie stoi. – Dlaczego się z tym kryjesz? Dlaczego po prostu nie
będziesz sobą? To trochę jak oszukiwanie własnej natury, nie sądzisz?
Sam kiedyś dusił się w szafie, ale od dnia, w którym postanowił żyć na
własnych zasadach, nie ustępował nikomu na krok, stając w obronie tych, którzy
jeszcze się bali.
– To nie jest ukrywanie się. Po prostu o tym nie krzyczę. Moi rodzice i
brat wiedzą. Mój przyrodni brat... musi mnie znosić, dlatego omija mnie
szerokim łukiem – odparł spokojnie Rage. Przygryzł wnętrze policzka, patrząc
prosto w oczy malarza. – I nie. Nie mam chłopaka. Od dawna. Choć mój eks ma
zwyczaj dzwonić w środku nocy i bawić się w prześladowcę.
Odchrząknął, wracając do bezpieczniejszego tematu.
– Tak. Paradoksem jest to, że jego najlepszym kumplem jest twój uroczy,
jasnowłosy przyjaciel. Spróbuję go utemperować przy najbliższym, upiornym
obiedzie rodzinnym. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że wczoraj nie
interweniowałem?
Złapał się na tym, że wciąż skanuje wzrokiem twarz Doriana, tonąc w jego
rysach, choć próbował patrzeć w bok z czystego zażenowania.
Dorian zaśmiał się ciepło.
– Nie przejmuj się. Nie musisz się za nim wstawiać. Radzę sobie, i to
całkiem nieźle. Czasami nie potrafią trzymać języka za zębami, ale wiedzą, że
jeśli przekroczą granicę, nie odpuszczę. – Przetarł twarz dłonią. – Dobrze,
wróćmy do sztuki. Dlaczego tak bardzo boisz się tej sceny? Śmiertelnie groźny
rekwizyt to wszystko?
Malarz widział opór chłopaka przed obnażaniem emocji. Zdecydował, że poluzuje
smycz i da mu chwilę oddechu. Nie chciał go spłoszyć.
Rage poczuł, jak serce zaczyna bić mu szybciej. Zdał sobie sprawę, że nie
ucieknie przed tym, co nieuniknione.
– Wiesz, mimo mojego maskowanego grubiaństwa... – położył dłoń płasko na
swojej klatce piersiowej, patrząc Dorianowi prosto w oczy. – Tutaj kołacze się
serce, które wciąż ma wpływ na mój racjonalny umysł.
Odetchnął głęboko, zsuwając się z kanapy na podłogę. Wstał.
– Wiem. Nigdy w to nie wątpiłem. Wstań – poprosił cicho.
Chciał mu pokazać. Musiał stoczyć walkę ze swoimi demonami, przełamać
barierę dotyku, by udowodnić sobie, że potrafi to znieść. Scenariusz znał
pobieżnie, ale ta konkretna scena prześladowała go w snach, często zmieniając
się w mroczne, o wiele bardziej erotyczne fantazje.
– Kartki ci nie będą potrzebne. Przydałaby się za to jakaś ściana, ale
myślę, że poradzę sobie na środku pokoju.
– Ściany masz dookoła, Rage – zaśmiał się Dorian, podnosząc się z miejsca.
Wygładził dłońmi koszulkę. Stanął naprzeciwko pisarza, czując znajomy dreszcz
adrenaliny. Zmierzył chłopaka badawczym wzrokiem. Odrzucił logikę czytelnika
scenariusza, pozwalając działać instynktom. – Dobra, słucham. Co mam robić?
Potrzebujemy noża? Linijki?
– Na litość boską, nie! Nie mam ochoty na siniaki!
Rage zrobił krok do przodu. Krew zaczęła odpływać mu z twarzy, a
wypracowany spokój topniał z każdą sekundą. Drżącymi dłońmi chwycił lewą rękę
Doriana, zwinął jego palce w pięść i ułożył ją płasko na swoim brzuchu. Zagryzł
zęby, by stłumić drżenie ust.
– Dobry aktor nie potrzebuje rekwizytów... ani ścian – mruknął. Pociągnął
drugą dłoń malarza i ułożył ją na krzyżu swoich pleców, tuż nad kością ogonową.
Czuł ciepło bijące od ciała chłopaka. Zająknął się, modląc się w duchu, by
Dorian nie wyczuł jego rosnącego podniecenia. – A skoro nie mamy ściany... po
prostu przyciągnij mnie do siebie. Mocno.
Dorian wykonał polecenie z bezwzględną precyzją. Jedna dłoń napierała na
brzuch Rage'a, druga wbiła się w jego plecy, miażdżąc resztki dzielącej ich
przestrzeni. Starał się myśleć o tekście, o teatrze, o sztuce... ale gdy poczuł
ciepło pisarza, a ich klatki piersiowe się zetknęły, resztki jego zdrowego
rozsądku zaczęły parować. Spojrzał na chłopaka z góry, zaciskając szczękę,
tocząc nierówną walkę z własnym ciałem.
– I w tym momencie... powinienem powiedzieć, że nieważne co zrobisz i jak
bardzo mnie zranisz, i tak będę cię kochać – wyszeptał Rage, opierając z
rezygnacją czoło o pierś Doriana. Westchnął ciężko, poddając się. Jego ciało
reagowało zbyt gwałtownie. – Nie przeraża mnie ta scena z nożem... – przyznał
cicho, rozbijając kłamstwo, za którym krył się przez cały wieczór.
Bał się, że Dorian uzna go za niestabilnego psychicznie amatora, ale nie
potrafił już tego kontrolować. Realność tego chłopaka była o wiele potężniejsza
niż najśmielsze zapiski w zeszycie.
– Przepraszam – dodał, nie robiąc jednak ani kroku w tył. Zamknął oczy,
chłonąc zapach jego perfum zmieszany z zapachem skóry.
Dorian powoli, płynnie przeniósł dłoń z brzucha chłopaka na jego twarz.
Delikatnie ujął go pod brodę i uniósł jego głowę, wymuszając spojrzenie. W
oczach malarza nie było kpiny, był jedynie mroczny, gęstniejący głód. Już
wczoraj, na korytarzu, wiedział, że nie przejdzie obok tego chłopaka obojętnie.
– Rage, spokojnie. Nie musisz się mnie bać – powiedział niskim, wibrującym
tonem, gładząc kciukiem jego kość policzkową. – Obiecuję, że nikt na uczelni o
niczym się nie dowie. I obiecuję, że nie zrobię niczego, na co nie będziesz
miał ochoty. A tak na marginesie... – jego kciuk zsunął się niżej, obrysowując
miękką linię warg pisarza. – Masz perfekcyjny kształt ust. Wykrojony z niezwykłą
precyzją. Jakby stworzony wyłącznie do całowania.
– Nie boję się ciebie. Boję się samego siebie – odszepnął Rage.
Nie uciekł wzrokiem. Chciał odwrócić twarz i złapać drażniący go kciuk
wargami, ale resztkami sił utrzymał powagę. Zamiast tego pozwolił, by jego
dłonie wreszcie zrobiły to, o czym marzyły od początku spotkania. Objął Doriana
w pasie, a jego palce zacisnęły się na materiale bordowej koszulki.
– I co w związku z tym? – rzucił wyzwanie Dorian.
– I to, że nie potrafię nad sobą zapanować, gdy jesteś tak blisko.
To wyznanie było dla malarza niczym zapalnik. Zawsze grał w otwarte karty,
a teraz, czując dłonie Rage'a na swoich plecach i słysząc jego drżący oddech,
stracił resztki woli do oporu.
Kusiły go te usta. Kusiła go powściągliwość, za którą chłopak desperacko
próbował się ukryć.
Dorian zsunął dłoń z twarzy na kark pisarza, zamykając go w żelaznym,
zaborczym uścisku. Zbliżył swoje wargi na odległość milimetrów. Zatonął w
czerni jego spojrzenia, pozwalając, by drzemiąca w nim żądza wypłynęła na powierzchnię.
– Więc nie panuj, błagam – wyrzucił z siebie Rage.
Chciał, by Dorian urzeczywistnił wszystko to, co do tej pory było zaledwie
atramentem na papierze. By wyrwał go z letargu.
Malarz nie czekał ani sekundy dłużej. Zlikwidował dzielącą ich przestrzeń.
Zsuwając dłoń z krzyża prosto na pośladki chłopaka, szarpnął go do przodu,
wbijając go w swoje biodra. Jednocześnie połączył ich usta w brutalnym, palącym
pocałunku.
Chłonął go, zachłannie i bez opamiętania. Krew uderzyła mu do głowy,
zagłuszając wszystkie myśli.
Rage odpowiedział z taką samą, desperacką furią. To było lepsze, mocniejsze
i słodsze niż jakakolwiek jego fantazja. Zatracił się całkowicie. Niemal stanął
na palcach, przywierając do Doriana każdym centymetrem ciała, domagając się
jeszcze głębszej penetracji ich złączonych warg. W przypływie obezwładniającej
namiętności naparł na niego biodrami.
Dorian odpowiedział na ten ruch, całkowicie puszczając hamulce. Objął
Rage'a obiema rękami, odginając go lekko do tyłu. Zasunął nogę za łydkę pisarza,
przygotowując się do zgrabnego pchnięcia, które miałoby wylądować z nimi
obydwoma na kanapie. Miał zamiar pożreć go żywcem, utonąć w nim tu i teraz, w
samym środku popołudnia.
Wtedy rzeczywistość pękła z ogłuszającym łoskotem.
Ktoś zaczął walić w drzwi frontowe z taką siłą, jakby chciał je wyważyć.
Zanim zdezorientowany Dorian zdążył oderwać wargi od Rage'a, zamek puścił, a
drzwi otworzyły się z brutalnym trzaskiem, uderzając o ścianę korytarza.
Rage stracił równowagę, padając ciężko na oparcie kanapy.
Dorian odwrócił się z furią w oczach, ciężko dysząc. Jego klatka piersiowa
unosiła się nierówno z podniecenia i furii wywołanej przerwanym aktem.
W progu, niczym egzekutorzy, stało trzech rosłych mężczyzn w garniturach.
Tuż za nimi, blady jak ściana i dygoczący, kulił się Michael.
– Pan Dorian Mort? Dzień dobry. Policja – oznajmił lodowatym tonem pierwszy
z mężczyzn, błyskając odznaką. – Mamy do pana kilka poważnych pytań.
Michael wypuścił z siebie stłumiony szloch.
– Przepraszam, Dorian... zmusili mnie, żebym pokazał im, gdzie mieszkasz.
Naprawdę nie miałem wyjścia...
Obie notki są po prostu wspaniałe i bardzo uczuciowe:) Strasznie mi się podoba to opowiadanie, masz dar pisania o uczuciach w głowach bohaterów i mam nadzieje że z tego bloga bo wychodzi Ci mistrzostwo:) Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy
OdpowiedzUsuńCoraz lepiej jak można tak niegrzecznie bawić się lizaczkiem? A potem ten cały Michael jeszcze bardziej nakręcił atmosferę.Bardzo mi się podobały ćwiczenia do hm, roli. Biedny Rage nie miał szans. Nakręcił się tak bardzo, że nawet zapomniał zaprotestować, a może nie chciał. Skończyłaś w najgorszym możliwym momencie!
OdpowiedzUsuńwow! niezłe, ten rozdział był powalający xD a ta próba, hmm hot, very hooot ;D next ^^
OdpowiedzUsuńJa tak tylko mówię, że długopisy nie mają atramentu, tylko wkład z totalnieniewiemczym. Tak.
OdpowiedzUsuńNo.