czwartek, 6 września 2012

Rozdział VII [Rage]

Notka poprawiona i dedykowana Strega Biance. By jej się lepiej czytało i by nie wychodziła z siebie. Mam nadzieję, że Wam też się spodoba nowa, bardziej książkowa forma i myślę, że nie popełniłam wielu błędów i niedociągnięć, zmieniając styl. Enjoy :3

Poranek na komisariacie policji ciągnął się w nieskończoność. Mundurowi, z uporem godnym lepszej sprawy, zadawali te same pytania po raz trzeci, z flegmą zdolną wyprowadzić z równowagi nawet anioła. Dorian siedział na niewygodnym krześle jak na szpilkach, mrożąc wzrokiem każdego przechodzącego funkcjonariusza i modląc się w duchu, by była to jego pierwsza i ostatnia wizyta w tym miejscu.

Jego irytacja sięgnęła zenitu, gdy telefon w kieszeni zawibrował, obwieszczając nadejście wiadomości. To był Michael. Krótki SMS informował, że blondyn jest bezpieczny i udaje się do domu. Dorian skrzywił się, wpatrując w ekran. Nic tu nie miało sensu. Skoro Rage był chory i nie pojawił się na uczelni, to dlaczego Michael pisał, że również z niej wyszedł? Jakim cudem? Przecież Dorian osobiście, zaledwie kilka godzin wcześniej, odwiózł go pod same drzwi wydziału. Dezorientacja szybko ustępowała miejsca gniewnej frustracji. Dzieciak zerwał się z zajęć, ale przynajmniej dołączył do wiadomości adres Rage'a. Klocki tej układanki rozsypały się po całej podłodze, a nerwy Doriana napięły się do granic wytrzymałości.

Kiedy po absurdalnie długich procedurach pozwolono mu wreszcie opuścić komisariat, wsiadł do samochodu i w rekordowym tempie, łamiąc po drodze kilka przepisów drogowych, dotarł pod dom Michaela. Niestety, nie zastał go tam. Ironia losu polegała na tym, że w chwili, gdy malarz wciskał dzwonek do drzwi blondyna, ten właśnie żegnał się w najlepsze z Jamesem po drugiej stronie miasta.

Dorian rzucił w przestrzeń ciche, jadowite przekleństwo, odwrócił się na pięcie i wrócił za kółko.

Kilkanaście minut później stał już na klatce schodowej szarego, anonimowego bloku, w którym mieszkał Rage, i uderzał pięścią w jego drzwi.

Musiał odczekać dłuższą chwilę, nim ktokolwiek zareagował na to walenie. Oczekiwanie wypełniały głuche odgłosy dobiegające z wnętrza: coś trzasnęło, coś ciężkiego przetoczyło się po podłodze, a w końcu zamek szczęknął z oporem. Drzwi uchyliły się na szerokość dłoni.

W szparze pojawiła się twarz Rage'a. Jego ciemne włosy sterczały we wszystkie strony, a w oczach malowała się skrajna dezorientacja.

— O Jezu... — jęknął przeciągle pisarz, mrużąc oczy przed światłem z klatki schodowej. Nie otworzył drzwi szerzej. Wpatrywał się w Doriana błędnym wzrokiem, usilnie próbując zogniskować na nim uwagę. Nie wyglądał na ofiarę zwykłego przeziębienia; przypominał raczej człowieka otumanionego ciężkimi lekami lub, co gorsza, narkotykami. — To naprawdę nie jest... odpowiednia chwila... — wybełkotał, przyciskając nagle dłoń do ust, jakby wzbierało w nim uderzenie mdłości.

Nie dodając ani słowa więcej, po prostu zostawił uchylone drzwi i puścił się biegiem w głąb mieszkania, wprost do łazienki.

Dorian stał przez sekundę w osłupieniu. Oczywiście, że wszedł.

Popchnął drzwi i przekroczył próg, zamykając je za sobą cicho. Widok, który zastał w środku, był przygnębiający. Na niewielkim stoliku w salonie piętrzyły się puste blistry po niezidentyfikowanych lekach, podłogę zaścielały zużyte chusteczki, na kanapie leżał zwinięty, wilgotny ręcznik, a tuż obok stała plastikowa miska z wodą. Mieszkanie wyglądało, jakby przeszło przez nie małe tornado.

Nie odezwał się. Zanim wszedł, zdążył już trzykrotnie wybrać numer Michaela i trzykrotnie odsłuchać sygnał poczty głosowej. Skala problemów zaczynała go przerastać. Stojąc pośrodku tego chaosu, wystukał ostatniego, ostrzegawczego SMS-a do blondyna z żądaniem natychmiastowego kontaktu, schował telefon do kieszeni i wbił ciężkie, zaniepokojone spojrzenie w otwarte drzwi łazienki, z których dobiegały odgłosy ciężkiego oddechu Rage'a.

Po kilku długich minutach pisarz niemalże wyczołgał się na korytarz.

— Przepraszam, że musisz mnie oglądać w takim stanie — mruknął słabo. Każdy oddech wydawał się sprawiać mu fizyczny ból, ale mimo to posłał Dorianowi wymuszony, przepraszający uśmiech. Ostrożnie wyminął porozrzucane chusteczki i opadł bezwładnie na kanapę, wbijając w malarza zamglone spojrzenie. — Michaelowi nic nie jest, tak swoją drogą. Wraca właśnie do domu... od Jamesa...

Ostatnie słowa wypowiedział niemal szeptem, zanim wyciągnął się na meblu jak długi, pozbawiony resztek energii. Przymknął oczy. Zwykle nie wpuszczał tu nikogo w takim stanie, nawet dziewczyny, która dorywczo pomagała mu w porządkach.

— Zrób sobie herbaty — wydusił z siebie po chwili ciszy. — A jeśli będziesz tak wspaniałomyślny, to zrób i mnie. Nie chcę cię wykorzystywać, ale... skoro już tu stoisz i widzisz to, czego zdecydowanie nie powinieneś, będę ci dozgonnie wdzięczny.

— Mmm.

Dorian nie potrafił wykrzesać z siebie nic więcej. „Od Jamesa...” Te dwa słowa uderzyły w niego z siłą kafara i zadzwoniły w czaszce. Od jakiego, kurwa, Jamesa?! Wnętrze malarza ogarnęła gwałtowna burza. Miał ochotę zdemolować ten pokój do reszty, a herbata była ostatnią rzeczą, o jakiej myślał. Jednak widząc żałosny stan, w jakim znajdował się Rage, zacisnął zęby i ruszył na poszukiwania kuchni.

Tłukł się niemiłosiernie. Jego ruchy były ostre, nerwowe i pozbawione zwykłej gracji, gdy szukał kubków, wrzątku i cukru. Wiedział, że za moment nie wytrzyma i zaleje chłopaka lawiną pytań, ale musiał dać mu chwilę oddechu. W końcu wrócił do salonu, stawiając przed pisarzem parujący kubek i cukiernicę.

Opadł na krawędź kanapy, wpatrując się w niego przeszywającym wzrokiem.

— Co ci właściwie jest? — zapytał ostro.

— Właściwie... nic. Strułem się wczorajszym alkoholem — skłamał gładko Rage, otwierając oczy. Wymówkę miał przygotowaną dużo wcześniej, a jego blada twarz uwiarygodniała ten scenariusz. Spojrzał na Doriana z wdzięcznością, sięgnął po chłodny ręcznik i przetarł nim rozpalone czoło. — Mówiłem ci przecież, że mam słabą głowę.

Zmuszając się do nadludzkiego wysiłku, podniósł się do siadu. Drżącymi dłońmi pospiesznie zgarnął puste blistry po lekach ze stolika i, jak gdyby nigdy nic, wrzucił je za oparcie kanapy. Posprząta to później, gdy odzyska kontrolę nad własnym ciałem. Przysunął do siebie kubek, posłodził herbatę tak obficie, że aż zgrzytała na dnie, po czym pozbył się również mokrych ręczników, rzucając je w ten sam kąt.

Poklepał wolne miejsce obok siebie.

— Siadaj. I opowiadaj, czego dowiedziałeś się na komendzie. Miałeś złożyć zeznania, prawda?

— Ech... czyli nie dostaniesz ode mnie więcej żadnego alkoholu — mruknął Dorian, siadając we wskazanym miejscu. Nie miał nastroju na żarty. Zżerał go niepokój o Michaela, przez co nie potrafił przybrać swojej zwykłej, wyluzowanej maski. — A na policji? Cóż, standard. Ktoś obił twarz tego dzieciaka z wczoraj, a oskarżenie z automatu padło na mnie. W końcu jestem tym „groźnym, agresywnym gejem”, jak twierdzą niektórzy. Zadawali mi miliard identycznych, zapętlonych pytań, licząc, że złapią mnie na kłamstwie. Ale dzieciak wydobrzeje.

Zakończył chłodno, po czym ukrył na moment twarz w dłoniach, pocierając zmęczone oczy. Sięgnął po telefon. Ekran wciąż pozostawał czarny. Rzucił aparat z irytacją na stolik.

— Co to za James? — wypalił nagle, nie mogąc dłużej tłumić tego pytania.

— James to mój przyjaciel. Tak, wyobraź sobie, że też mam lojalnego przyjaciela — odparł powoli Rage, upijając ostrożny łyk gorącego napoju. Nie czuł, jak wrzątek parzy mu język. — Zaopiekował się Michaelem. Wyrwał go z łap tamtych oprawców rano przed wydziałem. Potem musieli zwinąć się ze szkoły, bo poszła plotka, że zamknęli się razem w łazience... Nie pytaj mnie, co tam robili, bo nie mam pojęcia. W każdym razie, Michael jest teraz w drodze do domu. Cały i zdrowy.

Uśmiechnął się do niego słabo.

— Przepraszam, że nie mogłem sam go przypilnować.

Dorian wypuścił z płuc długi, ciężki oddech. Z jego ramion spadł niewidzialny ciężar.

— Spokojnie — rzucił miękko, kładąc dużą, ciepłą dłoń na kolanie pisarza. — Nigdy nie twierdziłem, że nie masz prawa mieć przyjaciół. Twoja obrona zabrzmiała tak, jakbym miał o tobie z góry wyrobione, negatywne zdanie.

Wiedział, że Rage jest osłabiony i chory, ale nie potrafił całkowicie zignorować tego lekkiego, słownego ukłucia. Spojrzał na niego z autentyczną troską, ukrytą pod maską powagi. Czasami nienawidził samego siebie za to nieustanne czepianie się detali.

— Mogę ci jakoś pomóc? — zapytał łagodniej. Zmęczenie i frustracja zeszły na dalszy plan; w tej chwili liczyło się dla niego tylko to, by przynieść temu chłopakowi ulgę.

— Nie wiem... Pewnie do jutra mi przejdzie — westchnął Rage, wpatrując się w niego niewidzącym wzrokiem. Nagle podjął decyzję. — Muszę wejść pod prysznic. Poczekasz? To zajmie tylko kilka minut...

Zebrał resztki sił, dźwignął się z kanapy i powłócząc nogami, ruszył do łazienki.

Rozpaczliwie potrzebował lodowatego strumienia wody, by postawić swój organizm do pionu i zmyć z siebie otumanienie. Nie przeszło mu przez myśl, że pozostawiony sam w salonie Dorian z pewnością zapała nieodpartą chęcią zbadania, czym dokładnie nafaszerował się gospodarz. Zostawił go w sercu bałaganu, z niedokończoną rozmową, a co gorsza — drzwi do łazienki pozostawił uchylone na wypadek, gdyby nagle zasłabł i potrzebował pomocy.

Dorian skinął głową, z rezygnacją opierając się o plecy kanapy. Chory człowiek potrzebował spokoju. Postanowił w duchu, że gdy tylko Rage wróci z łazienki, pożegna się z nim bez zbędnego zamieszania i pojedzie do Michaela wyciągnąć resztę informacji.

Jednak, gdy tylko usłyszał głośny szum wody uderzającej o kafelki pod prysznicem, jego wrodzona podejrzliwość wzięła górę. Wychylił się i bezszelestnie wyciągnął zza kanapy puste blistry po lekach, które Rage tak niezdarnie tam ukrył. Szczerze nienawidził narkotyków, a stan chłopaka wskazywał na ciężkie odurzenie.

Zlustrował opakowania. Nie były to narkotyki w potocznym rozumieniu. Fabrycznie zapieczętowane, opatrzone aptecznymi stemplami. Brakowało jednak ulotki. Jedyna czytelna informacja na odwrocie głosiła, że to silne leki psychotropowe, stabilizujące i uspokajające. Takich rzeczy z całą pewnością nie brało się na zwykłego kaca.

Rage stał pod lodowatą wodą przez długie, otrzeźwiające minuty. Zimno uderzyło w jego układ nerwowy, rozjaśniając mrok w głowie i przywracając czucie w mięśniach. Kiedy wyszedł z kabiny, owinął się ciasno dwoma ręcznikami, nie zadając sobie trudu, by dokładnie osuszyć skórę. Krople wody spływały po jego klatce piersiowej. Wyglądał, jakby ktoś wpompował w jego żyły potężną dawkę adrenaliny — nagle stał prosto, a jego oczy odzyskały ostrość.

Wrócił do salonu, lecz zatrzymał się w progu.

Dorian siedział na krawędzi kanapy, pochylony do przodu, z łokciami opartymi o kolana. Na stoliku przed nim leżały równe ułożone puste opakowania po lekach. Malarz wpatrywał się w niego ciężkim, nieodgadnionym wzrokiem, z którego zniknął jakikolwiek ślad uśmiechu.

— Czy nadal masz ochotę spróbować być ze mną? — zapytał Dorian głosem tak cichym i rzeczowym, jakby pytał o pogodę. — Czy ten pomysł nadal ci się podoba?

W jego tonie nie było wyrzutu, kpin, ani oskarżeń. Było tylko żądanie absolutnej, nagiej prawdy.

Rage poczuł, jak niewidzialna, żelazna dłoń zaciska mu się na gardle.

— Nie jestem ćpunem, jeśli o to ci chodzi — wykrztusił, opierając się ramieniem o futrynę.

Tak bardzo chciał ukryć przed nim tę najbrzydszą, połamaną część siebie. Wiedział z doświadczenia, że taka prawda zazwyczaj działa na ludzi jak najlepszy odstraszacz. Zacisnął zęby i pokonał dzielący ich dystans, by usiąść na samym brzegu kanapy. Daleko od Doriana. Nie szukał litości, pocieszenia ani współczucia. Usiadł tylko dlatego, że od nagłego skoku ciśnienia pociemniało mu w oczach.

— Tyle zdążyłem zauważyć — odparł spokojnie Dorian. Odwrócił się w jego stronę, nie spuszczając z niego tego przeszywającego, władczego spojrzenia. — Uwierz mi, że gdyby to były narkotyki, już by mnie tu nie było. Ale zadałem ci inne pytanie, Rage.

Taka odsłona Doriana — śmiertelnie poważna, wręcz drapieżna w swojej stanowczości — potrafiła przerazić. Malarz doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale nie zamierzał łagodzić tonu. Brzydził się kłamstwem. Był w swoim życiu szczery do bólu i tego samego wymagał od innych. Właśnie z tego powodu miał tylko jednego prawdziwego przyjaciela.

— Odpowiesz mi?

— Jestem chory... — szepnął w końcu Rage, wbijając wzrok we własne kolana. Zacisnął mokre od wody dłonie na materiale ręcznika. Zamknął oczy, walcząc z piekącym bólem w gardle, zwiastującym falę upokarzających łez. — Mam zdiagnozowane zaburzenia równowagi emocjonalnej. Ataki paniki, stany lękowe, załamania.

Wypuścił drżący oddech.

— Nie chciałem ci tego mówić, bo i tak nie jesteś w stanie mi pomóc. A co do twojego pytania... tak, pragnę spróbować. Jeszcze raz. Cały czas, jak skończony idiota, wierzę, że potrafię żyć normalnie. Ta choroba wystarczająco zrujnowała mi już życie i nie pozwolę, by zabrała mi kolejną szansę — wyrzucił to z siebie łamiącym się głosem, nim pojedyncze, gorące łzy spłynęły po jego policzkach. Na szczęście pochylał głowę tak nisko, że miał nadzieję ukryć to przed wzrokiem malarza.

Ale Dorian zobaczył wszystko.

Przesunął się gładko po materiale kanapy, zmniejszając dystans do zera. Ujął podbródek chłopaka w obie dłonie i stanowczo, choć niezwykle delikatnie, uniósł jego twarz ku sobie. Dopiero wtedy jego surowe rysy złagodniały w ciepłym, przepięknym uśmiechu. Pochylił się, zlizując i całując każdą słoną kroplę z jego jasnych policzków.

— Ależ ty jesteś cholernie głupi — zamruczał, otaczając Rage'a ramionami i przyciągając go do swojej piersi z taką siłą, jakby chciał wchłonąć jego ból. — Myślałeś, że po usłyszeniu prawdy po prostu machnę na ciebie ręką, wstanę i wyjdę? Nie ma takiej opcji, idioto. Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo.

Tulił go do siebie, kołysząc lekko. Nie chciał się nad nim litować. Chciał po prostu być.

Rage'owi ulżyło tak bardzo, że niemal opuściły go resztki sił. Chociaż Dorian nie znał jeszcze pełnego wymiaru jego demonów, zaakceptował ten najtrudniejszy, wyjściowy fakt. Pisarz odetchnął z zapachem jego koszuli, a po chwili instynktownie przesunął się bliżej, wręcz wspinając się na kolana chłopaka, desperacko łaknąc jego stabilnego ciepła. Wyswobodził ręce z uścisku ręcznika i zarzucił je na szyję malarza, patrząc mu w oczy ze skrajnie niebezpiecznym, zaborczym oddaniem.

— Ostrzegam cię. Możesz ze mną na dłuższą metę nie wytrzymać — powiedział cicho. Jego mokra, zaczerwieniona od łez twarz kryła w sobie absolutną powagę.

Chciał się dla niego postarać. Pierwszy raz od lat zależało mu na kimś tak bardzo, że zapomniał nawet o tym, że siedzi przed nim praktycznie nagi, osłonięty jedynie kruchą barierą mokrego frotte.

Dorian natychmiast splótł dłonie w pasie chłopaka, asekurując go przed zsunięciem się na podłogę. Wpatrywał się w niego z fascynacją, marszcząc czoło. Bliskość pisarza wcale mu nie przeszkadzała; wręcz przeciwnie, dystans wywołałby w nim fizyczny bunt.

— Jeśli zaczniesz mi za bardzo działać na nerwy, to po prostu przywiążę cię do kaloryfera. Nie widzę najmniejszej potrzeby straszenia mnie swoimi atakami, Rage. Pamiętaj, że ty również mnie jeszcze nie znasz. Nie wiesz, do czego potrafię być zdolny, gdy mi na kimś zależy. Nie wiesz, jakim apodyktycznym despotą potrafię się stać — stwierdził z uśmiechem, w którym kryła się obietnica absolutnej lojalności. Wtulił twarz w pachnącą mokrym ciałem i mydłem szyję chłopaka, pieszcząc jego skórę wargami, by po chwili ostrożnie złapać ją zębami. — A teraz... powiedz mi wreszcie wszystko o tym Jamesie, bo inaczej krew mnie zaraz zaleje.

— To naprawdę tylko kumpel mojego wrednego brata. I wybawca Michaela... — Rage urwał. Oczy zaszły mu mgłą rozkoszy. Ciepłe wargi Doriana błądzące po jego szyi działały na niego jak potężny, natychmiastowy narkotyk. — Wiesz, gdybyś przestał mnie w tym momencie tak piekielnie podniecać, może byłbym w stanie złożyć sensowny raport...

Był szczerze zazdrosny, że myśli malarza wciąż krążyły wokół zaginionego blondyna, zamiast skupić się na tym, co mieli tu i teraz. Nie powiedział tego jednak na głos. Słowa o despotyzmie bardzo przypadły mu do gustu, budząc w umyśle obrazy zgoła innych, brutalniejszych form okazywania uległości. Korzystając z pozycji, rozsiadł się wygodniej okrakiem na udach Doriana, wbijając swoje czoło w czoło chłopaka.

— Jeśli natychmiast nie wydusisz z siebie faktów, nie dostaniesz dzisiaj ode mnie ani jednego pocałunku więcej — zagroził Dorian, a jego głos zniżył się do mrocznego, drapieżnego pomruku. Musiał wiedzieć. To była kwestia kontroli nad chaosem, w którym się znaleźli. Zbliżył wargi do ust Rage'a na milimetr, świadomie go torturując. — Powiedziałbym, że cię zaraz zwiążę i bezlitośnie wykorzystam w celu zdobycia zeznań, ale doskonale wiem, że to nie byłaby dla ciebie żadna kara. Pragniesz tego równie mocno jak ja. Ale nic z tego. Nie dostaniesz tych ust, póki mi wszystkiego nie wyśpiewasz.

Jego gorący oddech mieszał się z oddechem chłopaka. Dorian uśmiechał się przy tym z czystą, sadystyczną przyjemnością. Pragnął poczuć twarde podniecenie Rage'a, uwielbiał momenty, gdy ten oddawał mu władzę, ale potrafił być mistrzem w odraczaniu nagrody, doprowadzając kochanka na skraj szaleństwa.

— Nie rób mi tego... — jęknął przeciągle Rage. Zacisnął wargi w wąską linię, by powstrzymać się przed rzuceniem się na usta prowokatora. Zamknął oczy, łapiąc urywane hausty powietrza.

— W porządku. Słuchaj — wykrztusił w końcu. — Złapali Michaela na schodach przed uczelnią. Chcieli mu zrobić krzywdę. James był z nimi, ale kazał im spadać i zadeklarował, że sam się z nim rozprawi. Gdy tylko stracili ich z oczu, zaprowadził Michaela do starej sali baletowej, żeby przeczekać zagrożenie. Potem poszli do toalety... nie wnikam w szczegóły... i nakryły ich jakieś rozchichotane idiotki. Z obawy przed plotkami uciekli przez łazienkowe okno, wzięli samochód i pojechali do Jamesa na pizzę. A potem Michael wrócił bezpiecznie do domu. Kropka. Nadal masz wątpliwości? James nie zrobiłby mu najmniejszej krzywdy, ani fizycznej, ani tym bardziej innej. Może jest hetero, ale nie jest pieprzonym homofobem jak jego koledzy. Zrozumiano?

Wyrzucił to z siebie z tak zawrotną prędkością, że sam ledwo nadążał za własnymi słowami. Gdy skończył, uśmiechnął się niewinnie, opuszczając wzrok na usta Doriana. Opowiedział bajkę na dobranoc, czas na obiecane zakończenie.

— Ahahaha...

Głośny, dudniący śmiech Doriana wypełnił salon. Malarz odchylił głowę do tyłu, autentycznie rozbawiony nie tyle samą absurdalnością opowieści, co wręcz komiczną, desperacką prędkością, z jaką Rage ją wyrecytował. Kiedy wreszcie złapał oddech, spojrzał z powrotem na pisarza, jednak nie spełnił swojej obietnicy. Postanowił przeciągnąć tę grę na własnych zasadach.

— Młody i tak solidnie oberwie za wyłączenie telefonu w takim momencie — burknął.

Przesunął szerokimi dłońmi po wilgotnych, nagich plecach Rage'a, wbijając paznokcie w jego skórę, mrucząc przy tym z aprobatą. — Ale muszę jeszcze pomyśleć, czy w ogóle zasłużyłeś na nagrodę. Połowa z tego, co z siebie wyplułeś, to twoje domysły. Nie mam twardych dowodów na bezpieczeństwo Michaela. Może jednak powinienem wstać i pojechać do niego, by sprawdzić to na własne oczy? Co o tym sądzisz?

— Dorian, błagam, nie prowokuj mnie — wyszeptał Rage, czując, jak pożądanie uderza mu do głowy, skutecznie wymazując działanie leków uspokajających. Bliskość rąk malarza na jego nagim ciele była obezwładniająca. Nie obchodziło go, dlaczego jego opowieść wywołała u Doriana aż taki śmiech. Liczyło się tylko to gęste, pulsujące ciepło rodzące się w dole brzucha. Przysunął się jeszcze bliżej, ocierając się o krocze fotografa, ale powstrzymał się od bezczelnego wymuszenia pocałunku. Zamiast tego ukrył płonącą twarz w jego szyi, łapiąc zapach jego skóry i perfum.

— Nigdzie nie jedziesz. Nic mu nie będzie — zamruczał, z niespodziewaną gwałtownością chwytając skórę na szyi Doriana zębami i boleśnie ją kąsając. Fizyczne zmęczenie zniknęło, zastąpione głębokim, drapieżnym oszołomieniem.

— A ja uwielbiam cię prowokować. Kiedy błagasz mnie o dotyk, jesteś tak piekielnie pociągający, że krew w żyłach dosłownie mi się gotuje — wyszeptał Dorian głębokim, wibrującym basem. Gładząc dłońmi kręgosłup chłopaka, ocierał się policzkiem o jego mokre włosy. Prowokował świadomie, karmiąc się rosnącą desperacją pisarza. Sam również zaczynał płonąć; krew huczała mu w uszach, a wspomnienie ich brutalnego zderzenia z wczorajszego popołudnia przyspieszało tętno.

— Poproś mnie, Rage. Poproś, bym mógł ci złośliwie odmówić i patrzeć, jak spalasz się z pożądania. Poproś, bym mógł być tym chłodnym draniem i skazać cię na kolejne tortury oczekiwania. Poproś.

— Ale...

Rage zacisnął zęby. Fala pożądania, uderzająca na przemian z bólem niespełnienia, stawała się nieznośna. Dorian doskonale wiedział, jak precyzyjnie operować słowami, by przejąć nad nim absolutną kontrolę. By nie dać mu tej satysfakcji zbyt wcześnie, Rage wziął głęboki oddech, po czym świadomie, niemal mściwie poruszył biodrami, przywierając swoim już twardym członkiem do krocza malarza, zadając ból im obu.

— Dorian... ty już jesteś pieprzonym draniem — stwierdził, oplatając go ramionami jeszcze mocniej. Nienawidził okazywać słabości, ale pragnienie utonięcia w ramionach tego faceta odbierało mu resztki dumy. — Proszę... Doskonale wiesz, jak bardzo cię teraz pragnę.

Wyszeptał to najciszej, jak tylko potrafił, składając broń.

— Wiem. Oczywiście, że wiem. A wiesz dlaczego? — Dorian odchylił się do tyłu, biorąc twarz Rage'a w obie dłonie. Spojrzał mu w oczy wzrokiem przesiąkniętym agresywnym, surowym pożądaniem, w którym lśniła obietnica absolutnego zatracenia. — Bo ja czuję dokładnie to samo. Pragnę cię do szaleństwa. Ale nienawidzę dostawać wszystkiego na zawołanie, jak na tacy. Lubię sycić się tym napięciem. A ty?

Był w tym momencie tak wyrachowany, że sam siebie zaskakiwał. Każdy inny facet, mając na kolanach nagiego, drżącego z podniecenia chłopaka, wziąłby go tu i teraz, w ułamku sekundy. Ale Dorian operował na innej częstotliwości. Chciał pociągnąć tę grę aż do granicy cierpienia, zanim w końcu pozwoli im obu eksplodować.

Granica cierpliwości Rage'a właśnie pękała z głośnym trzaskiem. Słysząc te słowa, wydał z siebie stłumiony, chrapliwy jęk wprost w usta zbliżającego się do niego Doriana.

— Pocałuj mnie chociaż... — wykrztusił, zaciskając dłonie na potylicy malarza. Był nad wyraz uległy i cierpliwy, co częściowo zawdzięczał wciąż krążącym w organizmie lekom. Dorian musiał się naprawdę postarać, by obudzić w nim dzikość z wczoraj. Wiedział jednak jedno: po tym, co dzisiaj ze sobą zrobią, nie będzie odwrotu.

Dorian przestał czekać.

Uderzył w jego usta z miażdżącą, zwierzęcą gwałtownością, wbijając palce w jego kark, by Rage nie mógł się cofnąć nawet o milimetr. Wpijał się w jego wargi zachłannie, bez opamiętania, odzyskując dostęp do smaku, który prześladował go przez całą noc. Badał wnętrze ust chłopaka dominującym, twardym językiem, wymuszając absolutne posłuszeństwo. Męskość Doriana zareagowała błyskawicznie, niemal boleśnie napinając materiał jeansów, ocierając się o udo klęczącego na nim pisarza. Oczekiwanie w końcu znalazło swoje zwieńczenie. Dłoń malarza zsunęła się po pośladku chłopaka, zaborczo chwytając go za udo i wbijając w nie palce.

Rage natychmiast zatracił się w tej napaści. Odpowiadał równie zachłannie, spijając każdą kroplę smaku z ust Doriana, oddając mu całą swoją zgromadzoną desperację. Całe jego nagie ciało prosiło o więcej, mimowolnie, sugestywnie ocierając się o w pełni ubranego fotografa. Nic więcej się teraz nie liczyło. Wszystkie racjonalne powody, dla których nie powinni tego robić, wszystkie lęki i problemy zniknęły, wrzucone do ciemnego, zamkniętego pudła. Ważny był tylko ten dotyk i twarda obietnica, która za moment miała go całkowicie wypełnić.

To był koniec gry dla Doriana. Gotująca się w nim krew przejęła kontrolę. Nie przerywając tego drapieżnego pocałunku, mocno chwycił pośladki Rage'a i poderwał go w górę. Zepchnął z siebie resztki zahamowań. Zmusił chłopaka, by osunął się z jego kolan na dywan pomiędzy jego rozsuniętymi udami. Sam błyskawicznie, jedną ręką rozpiął rozporek, po czym zsunął spodnie razem z bielizną w dół. Jego wzwód wreszcie został uwolniony na zewnątrz, gotów na spotkanie ze spełnieniem.

— Pokaż mi, jak bardzo mnie pragniesz — wydał z siebie mroczny warkot wprost w nabrzmiałe usta aktora.

Rage klęczał przed nim, wpatrując się w jego twarz mętnym, zamglonym z pożądania wzrokiem. Nie potrzebował słów, by odpowiedzieć. Jego własne, silne podniecenie domagało się uwagi. Wziął głęboki oddech. Rozluźnił palce zaciśnięte na ręczniku i pozwolił mu opaść na ziemię. Odsłonił się przed Dorianem w pełni, bez skrupułów prezentując mu się w absolutnej nagości.

Kuszący, sztywny organ tuż przed jego twarzą działał na wyobraźnię Doriana jak najlepszy wizualny narkotyk. Malarz uśmiechnął się drapieżnie, podnosząc wzrok z powrotem na twarz klęczącego pisarza. Zamiast natychmiastowego ataku, jego dłonie wsunęły się na nagie uda Rage'a. Wolno, z celową, sadystyczną cierpliwością przesuwał opuszkami palców wyżej — na brzuch, potem na klatkę piersiową, omijając krocze szerokim łukiem. Znalazł sutki chłopaka i ścisnął je mocno, na granicy bólu, wywołując u pisarza głośny syk. Jego ręce wędrowały wzdłuż żeber, drażniąc skórę. Dorian nie patrzył na męskość chłopaka, która niemo błagała o ulgę. Utrzymywał bezczelny kontakt wzrokowy, rzucając mu milczące wyzwanie: zobaczymy, kto z nas pierwszy pęknie.

Rage pochylił się z rezygnacją, zaciskając dłonie na krawędzi kanapy, by móc znieść tę falę obezwładniających tortur. Skupił się na chłodnych dłoniach Doriana wędrujących po jego skórze. Pokusa, by po prostu wziąć sprawy we własne ręce, objąć wargami twardość malarza i poczuć to palące ciepło, była niemal nie do zniesienia, ale Rage wciąż utrzymywał żelazną powściągliwość. Chciał zobaczyć moment, w którym Dorian straci opanowanie. Jego oddech stał się krótki, nierówny i pełen desperacji. Miał wrażenie, że kolana za chwilę ugną się pod nim z samego natłoku bodźców.

Malarz widział to wszystko jak na dłoni. Z satysfakcją rejestrował, jak krew uderza Rage'owi na twarz, jak po jego nagiej skórze przemykają dreszcze i jak każdy ruch palców doprowadza go na skraj ekstazy. Cierpienie uległego pisarza napawało go perwersyjną, mroczną radością.

Dorian uśmiechnął się łobuzersko. Przesunął dłonie w dół, na nagie pośladki chłopaka. Ścisnął je stanowczo i... pochylił się, wysuwając język. Samym koniuszkiem obrysował wyłącznie krawędź żołędzi Rage'a. Powoli, mokro i drażniąco. Czerpał z tego dziką satysfakcję, na przemian masując mięśnie chłopaka i brutalnie wbijając w nie palce.

— Jezu... błagam cię... — jęk Rage'a był pełen autentycznego, fizycznego cierpienia z niespełnienia.

Wysunął biodra do przodu, niemal błagając o więcej. Miejsce, które na ułamek sekundy opuścił mokry język Doriana, zaczęło boleśnie pulsować. Jego wzwód domagał się ostatecznej uwagi, naprężony do granic wytrzymałości. Zacisnął powieki i wargi, próbując stłumić kolejny, upokarzający okrzyk rozkoszy. Chciał poczuć ciężar ciała Doriana na swoim, czuć go wszędzie, a najbardziej tam, gdzie teraz najbardziej go potrzebował.

Ciało Doriana płonęło. Zabawa kosztem wytrzymałości pisarza zaczęła odbijać się echem również na nim. Zdawał sobie sprawę, że jeśli przeciągnie to jeszcze chwilę, sam po prostu eksploduje. Głośny szept chłopaka przyprawił go o dreszcze na karku. Uśmiech na jego twarzy zgasł, zastąpiony maską czystej, zwierzęcej żądzy.

Rozgrzane usta Doriana ostatecznie otoczyły mokrym ciepłem członek Rage'a. Zjechał głęboko, powoli, aż po samą nasadę, pozwalając, by twardość otarła się o jego podniebienie. Był bezlitosny. Oprócz ust użył też zębów, lekko drapiąc delikatną skórę i wyciągając z pisarza kolejne fale wibrującej rozkoszy. Zassał się mocno, przesuwając językiem z bezbłędną, doprowadzającą do szaleństwa precyzją.

Nie dało się napompować w żyły Rage'a większej dawki podniecenia; jego ciało przekroczyło już czerwoną linię. Ostatkiem woli powstrzymał się, by nie wybuchnąć od razu w ustach malarza. Prawie krzyknął, czując miażdżący nacisk i wilgoć. Przysunął się jeszcze bliżej, odbierając Dorianowi możliwość ucieczki. Jego instynkt nakazywał mu pchać się głębiej, zatracić się w tym mrocznym, cielesnym zapomnieniu. Zapomniał, jak się oddycha. Oparł czoło o udo Doriana, dławiąc w jego dłoniach kolejne okrzyki absolutnej ekstazy.

Czując, że mięśnie Rage'a napięły się niczym struny gotowe do zerwania, Dorian wbił palce głębiej w jego pośladki. Zsunął usta ponownie, mocniej używając zębów. Zassał czubek, wyciągając z chłopaka ostatnie pokłady samokontroli. A potem, nagle przyspieszył, wprowadzając gwałtowny, morderczy rytm. Wiedział dokładnie, na co czekał.

I wtedy Rage pękł.

Jego świadomość wyłączyła się, zmyta przez potężną, oślepiającą falę orgazmu. Szarpnął się konwulsyjnie, a z jego ust wydobył się głuchy, gardłowy dźwięk, kiedy jego ciało wylało nasienie prosto w usta malarza. Po kilkunastu sekundach opadł ciężko do tyłu, osłabiony, oddychając spazmatycznie, by nie zadławić Doriana w powidokach spazmów. Pomasował obolałymi palcami napięty kark chłopaka, a na jego ustach wypłynął miękki, całkowicie usatysfakcjonowany uśmiech. Kiedy oddech wreszcie wrócił do normy, wdrapał się powoli na kanapę, z powrotem siadając na udach fotografa. Otarł się zaborczo o wciąż gotową i sterczącą erekcję Doriana, co na nowo podsyciło w nim pożądanie.

— Uwielbiam cię... — zamruczał nisko, przyciskając usta do spoconej szyi malarza. — Jesteś mój...

Dorian przełknął z przyjemnością, patrząc z góry na wciąż drżącego w jego objęciach pisarza. Uwielbiał ten widok: oczy Rage'a zamglone rozkoszą, błędny, uległy wyraz twarzy. Nie miał nic przeciwko przyjmowaniu jego nasienia, był to dla niego ostateczny, fizyczny dowód władzy.

— Tylko co? — mruknął chrapliwie, przeczesując palcami nagie plecy chłopaka, zjeżdżając ostrymi paznokciami aż po kark. — Tylko nie zapomnij mnie torturować dalej? Tylko pozwól, bym teraz zabrał cię ze sobą do piekła? Czego pragniesz, słodki?

Był arogancki, wrednie wręcz pewny siebie, ale miał ku temu podstawy. Jego własna męskość pulsowała twardo, domagając się ulgi, ale Dorian był panem swojego ciała. Wiedział, że ten moment nadejdzie za kilkanaście sekund, a widok rozbudzonego na nowo pisarza tylko go utwierdzał w tym przekonaniu.

— Możesz ze mną zrobić dosłownie wszystko... — szepnął nieprzytomnie Rage.

Ledwo zdążył otrząsnąć się z pierwszego ataku, a już czuł, jak głód wraca do jego trzewi z podwojoną siłą. Nigdy wcześniej nie czuł w sobie takiej gotowości na totalne poddanie się komuś innemu. Im mocniej Dorian werbalizował swoją dominację, tym chętniej Rage chciał się pod nią ugiąć. Przesunął pośladkami po jego pulsującym wzwodzie, prowokując go, żądając aktu przejęcia władzy, by znów zanurzyć się w bezmyślnej ekstazie.

Dorian z brutalną stanowczością zacisnął dłonie na jego talii. Mógł pozwolić sobie na wszystko i wiedział, że Rage przyjmie to z otwartymi ramionami. Nie zamierzał już czekać.

Uniósł chłopaka zdecydowanym ruchem w górę, nakierował odpowiednio jego biodra, po czym opuścił go w dół, nabijając go na swoją sztywną męskość w jednym, bezwzględnym i bezlitosnym pchnięciu. Zacisnął powieki, pożerając rodzący się w jego gardle krzyk. Było mu niewyobrażalnie dobrze. Uczucie gorącego, obcisłego wnętrza Rage'a doprowadziło go do zawrotów głowy.

— Działaj — warknął mu prosto w wargi, ułamki sekund przed tym, jak boleśnie zatopił zęby w jego dolnej wardze. Będą rano wyglądać jak ofiary starcia w ringu, ale w tej chwili to nie miało żadnego znaczenia.

Rage stłumił własny jęk bólu, wbijając usta w usta Doriana. Obejmował go kurczowo, przyjmując ból pierwszego rozerwania, który szybko zaczął topnieć, zastępowany przez gorącą, obezwładniającą falę przyjemności. Zaczął poruszać biodrami powoli, testując granicę rozciągliwości swojego ciała. W tej konfiguracji to on wyznaczał rytm, a Dorian musiał się dostosować.

Wolno przyspieszał. Namiętność i zapomnienie odbierały mu resztki racjonalizmu. Z pełną świadomością tego, co robi, uderzał w biodra malarza z coraz większą gwałtownością, domagając się głębszej penetracji. Całował go równie ostro, zlizując ze swoich ust smak krwi zmieszany z ich wspólnym pożądaniem, chłonąc każdy dreszcz rozkoszy wędrujący wzdłuż kręgosłupa fotografa.

Dorian nie próbował zwalniać tempa. Odpowiadał mu uderzenie za uderzenie, wbijając palce w pośladki pisarza i zostawiając na jego ciele siniaki. Pozwalał sobie na kradzież każdego głośnego jęku chłopaka w pocałunku. Zmysły szalały. Trzymał go w uścisku jak w kleszczach, gdy nagle, w ułamku sekundy, fala bezwzględnej ekstazy eksplodowała w jego lędźwiach.

Zaparł się o sofę, przygwoździł biodra Rage'a mocno do własnych, nie pozwalając mu na ruch nawet o milimetr, i odchylił głowę do tyłu. Głośny, niekontrolowany okrzyk Doriana wypełnił mieszkanie, gdy w potężnych spazmach uwolnił z siebie całe napięcie.

Rage, czując w sobie ten potężny wybuch ciepła, doprowadzony na sam szczyt przez wibracje ciała Doriana, nie musiał długo czekać na własne zwieńczenie. Po ułamku sekundy pękł po raz drugi, wydając z siebie przeciągły, zachrypnięty jęk, całkowicie bezwładnie opadając na klatkę piersiową fotografa.

Zamknął oczy, łapiąc urywane oddechy i z błogim uśmiechem chowając twarz w ramionach swojego kochanka. Rozkosz ustępowała powoli miejsca tępemu, ale wspaniałemu zmęczeniu. Mógłby chcieć więcej, ale organizm, zmaltretowany stresem ostatnich godzin i silnymi lekami, zaczął wreszcie domagać się snu. Nie chciał myśleć o tym, co będzie rano. Nie chciał analizować faktu, że Dorian miał własne, niezależne życie, i że ten moment musiał w końcu ulecieć.

Dorian, teraz należał tylko do niego.

Fotograf wtulił się w opadające z sił ciało pisarza, ociekające potem, wdychając jego zapach jak najdroższe tlenowe remedium. Gładził z czułą precyzją nagie plecy chłopaka, całując go uspokajająco po szyi. Bawił się w niespieszne odkrywanie terytorium, które właśnie podbił i które uległo mu z tak niebywałą łatwością.

— Mógłbym tak tkwić do samego końca świata — zamruczał, a przez jego zrelaksowane ciało przebiegł powidok dreszczu. — Co ty w sobie ukrywasz, że nie potrafię ci się oprzeć? Jak to robisz, że wystarczy jeden twój ruch, a mam ochotę widzieć cię u moich stóp, pławiącego się w tej ekstazie? Rage...

W tym jednym cicho wyszeptanym imieniu kryło się ostateczne, dobrowolne kapitulowanie. Dorian wpadł, z hukiem i bez ratunku. Przepadł w tym facecie z kretesem i wcale nie zamierzał szukać z niego drogi ucieczki.

6 komentarzy:

  1. Yeah! Nie będę ukrywać, że wolę człowieka pochodnię i słodkiego uległego. Ale nie o tym. Nie podoba mi się obecna forma. Tracisz w niej siebie, a opowiadanie nie jest jedyne w swoim rodzaju, a jak większość... ale to moja opinia. Jak kto woli. I tak, wiem, że Ci to mówiłam. Co by tu... Dorian się przyznał! Hell yeah! Znaczy, na razie jakby przed samym sobą, ale idzie chłopak dobrą drogą. Serio mam wrażenie, że w Rage'u drzemie jakaś ukryta siła, przywództwo... i kiedyś to z niego wyjdzie na światło dzienne. A może i nie... Jemu w końcu słodko z uległością. Pomysł plebiscytu proponuję gdzieś wykorzystać. Może być ciekawie. No i co by tu... ach, tak. Poziom oczywiście zachowany, nadal do końca nie wiadomo czego się spodziewać. Tak trzymać. No i... czekam na kolejne! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. A mi się tak czyta dużo lepiej:) Rozdział był jak zwykle boski i to że Rage jest tak uległy to wspaniale, chociaż i on zawsze może się odegrać i tym razem on może się podroczyć. To by było równie ciekawe:) Ale i tak bardzo mi się podobało i czekam na następny rozdział. Weny gigant życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zanim dałam komentarze pod poprzednim postem i tutaj, to najpierw wszystko przeczytałam.
    Mnie się też lepiej czyta i wolę taką formę, ale Wy piszcie tak jak Wam wygodniej. :D
    Rage jest cudownie uległy. Taki, że tylko go pomęczyć trochę i nie dać spełnienia. I widać lubi ból. Bo przecież nie używają nawilżenia i to cholernie boli. (Mam nadzieję, że Michaś i James będą wiedzieć co to lubrykant :DD) Ale nie pokoi mnie ta jego choroba. Odchoruje ten seks tak jak i poprzedni. Nie rozumiem co jemu jest, ale czekam cierpliwie, aż sam się przyzna Dorianowi.
    Super dziewczyny. Teraz po notce z boku, widać, że jest Was dwie. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oni też wiedzą, jak ulżyć... tylko nie chcą :D
      a co do choroby, to się wyjaśni... nie tak od razu :D

      Usuń
  4. Ty uparta Kobieto <3 Miałaś nie zmieniać i nie zdradzać, że ja też tu jestem. Ech.... Babo Ty!

    OdpowiedzUsuń
  5. To była naprawdę ostra jazda. Jak tak dalej pójdzie, to Rage na tyłku długo nie usiądzie. Chyba obaj lubią dość brutalny seks.Wzajemne przepychanki kto kogo przetrzyma najwidoczniej wzmagają ich doznania.
    Co do choroby Rage to jego wyznanie zabrzmiało bardzo groźnie. Leki uspokajające znacznie obniżają libido. Wiele z nich powoduje. że facet nie ma wzwodu. Jeżeli by zażył coś takiego nie miałby szans na udany seks.

    OdpowiedzUsuń