Poranek na komisariacie policji ciągnął
się w nieskończoność. Mundurowi, z uporem godnym lepszej sprawy, zadawali te
same pytania po raz trzeci, z flegmą zdolną wyprowadzić z równowagi nawet
anioła. Dorian siedział na niewygodnym krześle jak na szpilkach, mrożąc
wzrokiem każdego przechodzącego funkcjonariusza i modląc się w duchu, by była
to jego pierwsza i ostatnia wizyta w tym miejscu.
Jego irytacja sięgnęła zenitu, gdy
telefon w kieszeni zawibrował, obwieszczając nadejście wiadomości. To był
Michael. Krótki SMS informował, że blondyn jest bezpieczny i udaje się do domu.
Dorian skrzywił się, wpatrując w ekran. Nic tu nie miało sensu. Skoro Rage był
chory i nie pojawił się na uczelni, to dlaczego Michael pisał, że również z
niej wyszedł? Jakim cudem? Przecież Dorian osobiście, zaledwie kilka godzin
wcześniej, odwiózł go pod same drzwi wydziału. Dezorientacja szybko ustępowała
miejsca gniewnej frustracji. Dzieciak zerwał się z zajęć, ale przynajmniej
dołączył do wiadomości adres Rage'a. Klocki tej układanki rozsypały się po
całej podłodze, a nerwy Doriana napięły się do granic wytrzymałości.
Kiedy po absurdalnie długich procedurach
pozwolono mu wreszcie opuścić komisariat, wsiadł do samochodu i w rekordowym
tempie, łamiąc po drodze kilka przepisów drogowych, dotarł pod dom Michaela.
Niestety, nie zastał go tam. Ironia losu polegała na tym, że w chwili, gdy
malarz wciskał dzwonek do drzwi blondyna, ten właśnie żegnał się w najlepsze z
Jamesem po drugiej stronie miasta.
Dorian rzucił w przestrzeń ciche,
jadowite przekleństwo, odwrócił się na pięcie i wrócił za kółko.
Kilkanaście minut później stał już na
klatce schodowej szarego, anonimowego bloku, w którym mieszkał Rage, i uderzał
pięścią w jego drzwi.
Musiał odczekać dłuższą chwilę, nim
ktokolwiek zareagował na to walenie. Oczekiwanie wypełniały głuche odgłosy
dobiegające z wnętrza: coś trzasnęło, coś ciężkiego przetoczyło się po
podłodze, a w końcu zamek szczęknął z oporem. Drzwi uchyliły się na szerokość
dłoni.
W szparze pojawiła się twarz Rage'a.
Jego ciemne włosy sterczały we wszystkie strony, a w oczach malowała się
skrajna dezorientacja.
— O Jezu... — jęknął przeciągle pisarz,
mrużąc oczy przed światłem z klatki schodowej. Nie otworzył drzwi szerzej.
Wpatrywał się w Doriana błędnym wzrokiem, usilnie próbując zogniskować na nim
uwagę. Nie wyglądał na ofiarę zwykłego przeziębienia; przypominał raczej
człowieka otumanionego ciężkimi lekami lub, co gorsza, narkotykami. — To
naprawdę nie jest... odpowiednia chwila... — wybełkotał, przyciskając nagle
dłoń do ust, jakby wzbierało w nim uderzenie mdłości.
Nie dodając ani słowa więcej, po prostu
zostawił uchylone drzwi i puścił się biegiem w głąb mieszkania, wprost do
łazienki.
Dorian stał przez sekundę w osłupieniu.
Oczywiście, że wszedł.
Popchnął drzwi i przekroczył próg,
zamykając je za sobą cicho. Widok, który zastał w środku, był przygnębiający.
Na niewielkim stoliku w salonie piętrzyły się puste blistry po
niezidentyfikowanych lekach, podłogę zaścielały zużyte chusteczki, na kanapie
leżał zwinięty, wilgotny ręcznik, a tuż obok stała plastikowa miska z wodą.
Mieszkanie wyglądało, jakby przeszło przez nie małe tornado.
Nie odezwał się. Zanim wszedł, zdążył
już trzykrotnie wybrać numer Michaela i trzykrotnie odsłuchać sygnał poczty
głosowej. Skala problemów zaczynała go przerastać. Stojąc pośrodku tego chaosu,
wystukał ostatniego, ostrzegawczego SMS-a do blondyna z żądaniem
natychmiastowego kontaktu, schował telefon do kieszeni i wbił ciężkie,
zaniepokojone spojrzenie w otwarte drzwi łazienki, z których dobiegały odgłosy
ciężkiego oddechu Rage'a.
Po kilku długich minutach pisarz
niemalże wyczołgał się na korytarz.
— Przepraszam, że musisz mnie oglądać w
takim stanie — mruknął słabo. Każdy oddech wydawał się sprawiać mu fizyczny
ból, ale mimo to posłał Dorianowi wymuszony, przepraszający uśmiech. Ostrożnie
wyminął porozrzucane chusteczki i opadł bezwładnie na kanapę, wbijając w
malarza zamglone spojrzenie. — Michaelowi nic nie jest, tak swoją drogą. Wraca
właśnie do domu... od Jamesa...
Ostatnie słowa wypowiedział niemal
szeptem, zanim wyciągnął się na meblu jak długi, pozbawiony resztek energii.
Przymknął oczy. Zwykle nie wpuszczał tu nikogo w takim stanie, nawet
dziewczyny, która dorywczo pomagała mu w porządkach.
— Zrób sobie herbaty — wydusił z siebie
po chwili ciszy. — A jeśli będziesz tak wspaniałomyślny, to zrób i mnie. Nie
chcę cię wykorzystywać, ale... skoro już tu stoisz i widzisz to, czego
zdecydowanie nie powinieneś, będę ci dozgonnie wdzięczny.
— Mmm.
Dorian nie potrafił wykrzesać z siebie nic więcej. „Od Jamesa...” Te dwa słowa uderzyły w niego z siłą
kafara i zadzwoniły w czaszce. Od jakiego, kurwa, Jamesa?! Wnętrze malarza
ogarnęła gwałtowna burza. Miał ochotę zdemolować ten pokój do reszty, a herbata
była ostatnią rzeczą, o jakiej myślał. Jednak widząc żałosny stan, w jakim
znajdował się Rage, zacisnął zęby i ruszył na poszukiwania kuchni.
Tłukł się niemiłosiernie. Jego ruchy
były ostre, nerwowe i pozbawione zwykłej gracji, gdy szukał kubków, wrzątku i
cukru. Wiedział, że za moment nie wytrzyma i zaleje chłopaka lawiną pytań, ale
musiał dać mu chwilę oddechu. W końcu wrócił do salonu, stawiając przed
pisarzem parujący kubek i cukiernicę.
Opadł na krawędź kanapy, wpatrując się w
niego przeszywającym wzrokiem.
— Co ci właściwie jest? — zapytał ostro.
— Właściwie... nic. Strułem się
wczorajszym alkoholem — skłamał gładko Rage, otwierając oczy. Wymówkę miał
przygotowaną dużo wcześniej, a jego blada twarz uwiarygodniała ten scenariusz.
Spojrzał na Doriana z wdzięcznością, sięgnął po chłodny ręcznik i przetarł nim
rozpalone czoło. — Mówiłem ci przecież, że mam słabą głowę.
Zmuszając się do nadludzkiego wysiłku,
podniósł się do siadu. Drżącymi dłońmi pospiesznie zgarnął puste blistry po
lekach ze stolika i, jak gdyby nigdy nic, wrzucił je za oparcie kanapy.
Posprząta to później, gdy odzyska kontrolę nad własnym ciałem. Przysunął do
siebie kubek, posłodził herbatę tak obficie, że aż zgrzytała na dnie, po czym
pozbył się również mokrych ręczników, rzucając je w ten sam kąt.
Poklepał wolne miejsce obok siebie.
— Siadaj. I opowiadaj, czego
dowiedziałeś się na komendzie. Miałeś złożyć zeznania, prawda?
— Ech... czyli nie dostaniesz ode mnie
więcej żadnego alkoholu — mruknął Dorian, siadając we wskazanym miejscu. Nie
miał nastroju na żarty. Zżerał go niepokój o Michaela, przez co nie potrafił
przybrać swojej zwykłej, wyluzowanej maski. — A na policji? Cóż, standard. Ktoś
obił twarz tego dzieciaka z wczoraj, a oskarżenie z automatu padło na mnie. W
końcu jestem tym „groźnym, agresywnym gejem”, jak twierdzą niektórzy. Zadawali
mi miliard identycznych, zapętlonych pytań, licząc, że złapią mnie na
kłamstwie. Ale dzieciak wydobrzeje.
Zakończył chłodno, po czym ukrył na
moment twarz w dłoniach, pocierając zmęczone oczy. Sięgnął po telefon. Ekran
wciąż pozostawał czarny. Rzucił aparat z irytacją na stolik.
— Co to za James? — wypalił nagle, nie
mogąc dłużej tłumić tego pytania.
— James to mój przyjaciel. Tak, wyobraź
sobie, że też mam lojalnego przyjaciela — odparł powoli Rage, upijając ostrożny
łyk gorącego napoju. Nie czuł, jak wrzątek parzy mu język. — Zaopiekował się
Michaelem. Wyrwał go z łap tamtych oprawców rano przed wydziałem. Potem musieli
zwinąć się ze szkoły, bo poszła plotka, że zamknęli się razem w łazience... Nie
pytaj mnie, co tam robili, bo nie mam pojęcia. W każdym razie, Michael jest
teraz w drodze do domu. Cały i zdrowy.
Uśmiechnął się do niego słabo.
— Przepraszam, że nie mogłem sam go
przypilnować.
Dorian wypuścił z płuc długi, ciężki
oddech. Z jego ramion spadł niewidzialny ciężar.
— Spokojnie — rzucił miękko, kładąc
dużą, ciepłą dłoń na kolanie pisarza. — Nigdy nie twierdziłem, że nie masz
prawa mieć przyjaciół. Twoja obrona zabrzmiała tak, jakbym miał o tobie z góry
wyrobione, negatywne zdanie.
Wiedział, że Rage jest osłabiony i
chory, ale nie potrafił całkowicie zignorować tego lekkiego, słownego ukłucia.
Spojrzał na niego z autentyczną troską, ukrytą pod maską powagi. Czasami
nienawidził samego siebie za to nieustanne czepianie się detali.
— Mogę ci jakoś pomóc? — zapytał
łagodniej. Zmęczenie i frustracja zeszły na dalszy plan; w tej chwili liczyło
się dla niego tylko to, by przynieść temu chłopakowi ulgę.
— Nie wiem... Pewnie do jutra mi
przejdzie — westchnął Rage, wpatrując się w niego niewidzącym wzrokiem. Nagle
podjął decyzję. — Muszę wejść pod prysznic. Poczekasz? To zajmie tylko kilka
minut...
Zebrał resztki sił, dźwignął się z
kanapy i powłócząc nogami, ruszył do łazienki.
Rozpaczliwie potrzebował lodowatego
strumienia wody, by postawić swój organizm do pionu i zmyć z siebie
otumanienie. Nie przeszło mu przez myśl, że pozostawiony sam w salonie Dorian z
pewnością zapała nieodpartą chęcią zbadania, czym dokładnie nafaszerował się
gospodarz. Zostawił go w sercu bałaganu, z niedokończoną rozmową, a co gorsza —
drzwi do łazienki pozostawił uchylone na wypadek, gdyby nagle zasłabł i
potrzebował pomocy.
Dorian skinął głową, z rezygnacją
opierając się o plecy kanapy. Chory człowiek potrzebował spokoju. Postanowił w
duchu, że gdy tylko Rage wróci z łazienki, pożegna się z nim bez zbędnego
zamieszania i pojedzie do Michaela wyciągnąć resztę informacji.
Jednak, gdy tylko usłyszał głośny szum
wody uderzającej o kafelki pod prysznicem, jego wrodzona podejrzliwość wzięła
górę. Wychylił się i bezszelestnie wyciągnął zza kanapy puste blistry po
lekach, które Rage tak niezdarnie tam ukrył. Szczerze nienawidził narkotyków, a
stan chłopaka wskazywał na ciężkie odurzenie.
Zlustrował opakowania. Nie były to
narkotyki w potocznym rozumieniu. Fabrycznie zapieczętowane, opatrzone
aptecznymi stemplami. Brakowało jednak ulotki. Jedyna czytelna informacja na
odwrocie głosiła, że to silne leki psychotropowe, stabilizujące i uspokajające.
Takich rzeczy z całą pewnością nie brało się na zwykłego kaca.
Rage stał pod lodowatą wodą przez
długie, otrzeźwiające minuty. Zimno uderzyło w jego układ nerwowy, rozjaśniając
mrok w głowie i przywracając czucie w mięśniach. Kiedy wyszedł z kabiny, owinął
się ciasno dwoma ręcznikami, nie zadając sobie trudu, by dokładnie osuszyć
skórę. Krople wody spływały po jego klatce piersiowej. Wyglądał, jakby ktoś
wpompował w jego żyły potężną dawkę adrenaliny — nagle stał prosto, a jego oczy
odzyskały ostrość.
Wrócił do salonu, lecz zatrzymał się w
progu.
Dorian siedział na krawędzi kanapy,
pochylony do przodu, z łokciami opartymi o kolana. Na stoliku przed nim leżały
równe ułożone puste opakowania po lekach. Malarz wpatrywał się w niego ciężkim,
nieodgadnionym wzrokiem, z którego zniknął jakikolwiek ślad uśmiechu.
— Czy nadal masz ochotę spróbować być ze
mną? — zapytał Dorian głosem tak cichym i rzeczowym, jakby pytał o pogodę. —
Czy ten pomysł nadal ci się podoba?
W jego tonie nie było wyrzutu, kpin, ani
oskarżeń. Było tylko żądanie absolutnej, nagiej prawdy.
Rage poczuł, jak niewidzialna, żelazna dłoń
zaciska mu się na gardle.
— Nie jestem ćpunem, jeśli o to ci
chodzi — wykrztusił, opierając się ramieniem o futrynę.
Tak bardzo chciał ukryć przed nim tę
najbrzydszą, połamaną część siebie. Wiedział z doświadczenia, że taka prawda
zazwyczaj działa na ludzi jak najlepszy odstraszacz. Zacisnął zęby i pokonał
dzielący ich dystans, by usiąść na samym brzegu kanapy. Daleko od Doriana. Nie
szukał litości, pocieszenia ani współczucia. Usiadł tylko dlatego, że od
nagłego skoku ciśnienia pociemniało mu w oczach.
— Tyle zdążyłem zauważyć — odparł
spokojnie Dorian. Odwrócił się w jego stronę, nie spuszczając z niego tego
przeszywającego, władczego spojrzenia. — Uwierz mi, że gdyby to były narkotyki,
już by mnie tu nie było. Ale zadałem ci inne pytanie, Rage.
Taka odsłona Doriana — śmiertelnie
poważna, wręcz drapieżna w swojej stanowczości — potrafiła przerazić. Malarz
doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale nie zamierzał łagodzić tonu. Brzydził
się kłamstwem. Był w swoim życiu szczery do bólu i tego samego wymagał od
innych. Właśnie z tego powodu miał tylko jednego prawdziwego przyjaciela.
— Odpowiesz mi?
— Jestem chory... — szepnął w końcu
Rage, wbijając wzrok we własne kolana. Zacisnął mokre od wody dłonie na
materiale ręcznika. Zamknął oczy, walcząc z piekącym bólem w gardle,
zwiastującym falę upokarzających łez. — Mam zdiagnozowane zaburzenia równowagi
emocjonalnej. Ataki paniki, stany lękowe, załamania.
Wypuścił drżący oddech.
— Nie chciałem ci tego mówić, bo i tak
nie jesteś w stanie mi pomóc. A co do twojego pytania... tak, pragnę spróbować.
Jeszcze raz. Cały czas, jak skończony idiota, wierzę, że potrafię żyć
normalnie. Ta choroba wystarczająco zrujnowała mi już życie i nie pozwolę, by
zabrała mi kolejną szansę — wyrzucił to z siebie łamiącym się głosem, nim
pojedyncze, gorące łzy spłynęły po jego policzkach. Na szczęście pochylał głowę
tak nisko, że miał nadzieję ukryć to przed wzrokiem malarza.
Ale Dorian zobaczył wszystko.
Przesunął się gładko po materiale
kanapy, zmniejszając dystans do zera. Ujął podbródek chłopaka w obie dłonie i
stanowczo, choć niezwykle delikatnie, uniósł jego twarz ku sobie. Dopiero wtedy
jego surowe rysy złagodniały w ciepłym, przepięknym uśmiechu. Pochylił się,
zlizując i całując każdą słoną kroplę z jego jasnych policzków.
— Ależ ty jesteś cholernie głupi —
zamruczał, otaczając Rage'a ramionami i przyciągając go do swojej piersi z taką
siłą, jakby chciał wchłonąć jego ból. — Myślałeś, że po usłyszeniu prawdy po
prostu machnę na ciebie ręką, wstanę i wyjdę? Nie ma takiej opcji, idioto. Nie
pozbędziesz się mnie tak łatwo.
Tulił go do siebie, kołysząc lekko. Nie chciał się nad nim litować. Chciał
po prostu być.
Rage'owi ulżyło tak bardzo, że niemal
opuściły go resztki sił. Chociaż Dorian nie znał jeszcze pełnego wymiaru jego
demonów, zaakceptował ten najtrudniejszy, wyjściowy fakt. Pisarz odetchnął z
zapachem jego koszuli, a po chwili instynktownie przesunął się bliżej, wręcz
wspinając się na kolana chłopaka, desperacko łaknąc jego stabilnego ciepła.
Wyswobodził ręce z uścisku ręcznika i zarzucił je na szyję malarza, patrząc mu
w oczy ze skrajnie niebezpiecznym, zaborczym oddaniem.
— Ostrzegam cię. Możesz ze mną na
dłuższą metę nie wytrzymać — powiedział cicho. Jego mokra, zaczerwieniona od
łez twarz kryła w sobie absolutną powagę.
Chciał się dla niego postarać. Pierwszy
raz od lat zależało mu na kimś tak bardzo, że zapomniał nawet o tym, że siedzi
przed nim praktycznie nagi, osłonięty jedynie kruchą barierą mokrego frotte.
Dorian natychmiast splótł dłonie w pasie
chłopaka, asekurując go przed zsunięciem się na podłogę. Wpatrywał się w niego
z fascynacją, marszcząc czoło. Bliskość pisarza wcale mu nie przeszkadzała;
wręcz przeciwnie, dystans wywołałby w nim fizyczny bunt.
— Jeśli zaczniesz mi za bardzo działać
na nerwy, to po prostu przywiążę cię do kaloryfera. Nie widzę najmniejszej
potrzeby straszenia mnie swoimi atakami, Rage. Pamiętaj, że ty również mnie
jeszcze nie znasz. Nie wiesz, do czego potrafię być zdolny, gdy mi na kimś
zależy. Nie wiesz, jakim apodyktycznym despotą potrafię się stać — stwierdził z
uśmiechem, w którym kryła się obietnica absolutnej lojalności. Wtulił twarz w
pachnącą mokrym ciałem i mydłem szyję chłopaka, pieszcząc jego skórę wargami,
by po chwili ostrożnie złapać ją zębami. — A teraz... powiedz mi wreszcie wszystko
o tym Jamesie, bo inaczej krew mnie zaraz zaleje.
— To naprawdę tylko kumpel mojego
wrednego brata. I wybawca Michaela... — Rage urwał. Oczy zaszły mu mgłą
rozkoszy. Ciepłe wargi Doriana błądzące po jego szyi działały na niego jak
potężny, natychmiastowy narkotyk. — Wiesz, gdybyś przestał mnie w tym momencie
tak piekielnie podniecać, może byłbym w stanie złożyć sensowny raport...
Był szczerze zazdrosny, że myśli malarza
wciąż krążyły wokół zaginionego blondyna, zamiast skupić się na tym, co mieli tu
i teraz. Nie powiedział tego jednak na głos. Słowa o despotyzmie bardzo
przypadły mu do gustu, budząc w umyśle obrazy zgoła innych, brutalniejszych
form okazywania uległości. Korzystając z pozycji, rozsiadł się wygodniej
okrakiem na udach Doriana, wbijając swoje czoło w czoło chłopaka.
— Jeśli natychmiast nie wydusisz z
siebie faktów, nie dostaniesz dzisiaj ode mnie ani jednego pocałunku więcej —
zagroził Dorian, a jego głos zniżył się do mrocznego, drapieżnego pomruku.
Musiał wiedzieć. To była kwestia kontroli nad chaosem, w którym się znaleźli.
Zbliżył wargi do ust Rage'a na milimetr, świadomie go torturując. —
Powiedziałbym, że cię zaraz zwiążę i bezlitośnie wykorzystam w celu zdobycia
zeznań, ale doskonale wiem, że to nie byłaby dla ciebie żadna kara. Pragniesz
tego równie mocno jak ja. Ale nic z tego. Nie dostaniesz tych ust, póki mi
wszystkiego nie wyśpiewasz.
Jego gorący oddech mieszał się z
oddechem chłopaka. Dorian uśmiechał się przy tym z czystą, sadystyczną
przyjemnością. Pragnął poczuć twarde podniecenie Rage'a, uwielbiał momenty, gdy
ten oddawał mu władzę, ale potrafił być mistrzem w odraczaniu nagrody,
doprowadzając kochanka na skraj szaleństwa.
— Nie rób mi tego... — jęknął przeciągle
Rage. Zacisnął wargi w wąską linię, by powstrzymać się przed rzuceniem się na
usta prowokatora. Zamknął oczy, łapiąc urywane hausty powietrza.
— W porządku. Słuchaj — wykrztusił w
końcu. — Złapali Michaela na schodach przed uczelnią. Chcieli mu zrobić
krzywdę. James był z nimi, ale kazał im spadać i zadeklarował, że sam się z nim
rozprawi. Gdy tylko stracili ich z oczu, zaprowadził Michaela do starej sali
baletowej, żeby przeczekać zagrożenie. Potem poszli do toalety... nie wnikam w
szczegóły... i nakryły ich jakieś rozchichotane idiotki. Z obawy przed plotkami
uciekli przez łazienkowe okno, wzięli samochód i pojechali do Jamesa na pizzę.
A potem Michael wrócił bezpiecznie do domu. Kropka. Nadal masz wątpliwości?
James nie zrobiłby mu najmniejszej krzywdy, ani fizycznej, ani tym bardziej
innej. Może jest hetero, ale nie jest pieprzonym homofobem jak jego koledzy.
Zrozumiano?
Wyrzucił to z siebie z tak zawrotną
prędkością, że sam ledwo nadążał za własnymi słowami. Gdy skończył, uśmiechnął
się niewinnie, opuszczając wzrok na usta Doriana. Opowiedział bajkę na
dobranoc, czas na obiecane zakończenie.
— Ahahaha...
Głośny, dudniący śmiech Doriana wypełnił
salon. Malarz odchylił głowę do tyłu, autentycznie rozbawiony nie tyle samą
absurdalnością opowieści, co wręcz komiczną, desperacką prędkością, z jaką Rage
ją wyrecytował. Kiedy wreszcie złapał oddech, spojrzał z powrotem na pisarza,
jednak nie spełnił swojej obietnicy. Postanowił przeciągnąć tę grę na własnych
zasadach.
— Młody i tak solidnie oberwie za
wyłączenie telefonu w takim momencie — burknął.
Przesunął szerokimi dłońmi po
wilgotnych, nagich plecach Rage'a, wbijając paznokcie w jego skórę, mrucząc
przy tym z aprobatą. — Ale muszę jeszcze pomyśleć, czy w ogóle zasłużyłeś na
nagrodę. Połowa z tego, co z siebie wyplułeś, to twoje domysły. Nie mam
twardych dowodów na bezpieczeństwo Michaela. Może jednak powinienem wstać i
pojechać do niego, by sprawdzić to na własne oczy? Co o tym sądzisz?
— Dorian, błagam, nie prowokuj mnie —
wyszeptał Rage, czując, jak pożądanie uderza mu do głowy, skutecznie wymazując
działanie leków uspokajających. Bliskość rąk malarza na jego nagim ciele była
obezwładniająca. Nie obchodziło go, dlaczego jego opowieść wywołała u Doriana
aż taki śmiech. Liczyło się tylko to gęste, pulsujące ciepło rodzące się w dole
brzucha. Przysunął się jeszcze bliżej, ocierając się o krocze fotografa, ale
powstrzymał się od bezczelnego wymuszenia pocałunku. Zamiast tego ukrył płonącą
twarz w jego szyi, łapiąc zapach jego skóry i perfum.
— Nigdzie nie jedziesz. Nic mu nie
będzie — zamruczał, z niespodziewaną gwałtownością chwytając skórę na szyi
Doriana zębami i boleśnie ją kąsając. Fizyczne zmęczenie zniknęło, zastąpione
głębokim, drapieżnym oszołomieniem.
— A ja uwielbiam cię prowokować. Kiedy
błagasz mnie o dotyk, jesteś tak piekielnie pociągający, że krew w żyłach dosłownie
mi się gotuje — wyszeptał Dorian głębokim, wibrującym basem. Gładząc dłońmi
kręgosłup chłopaka, ocierał się policzkiem o jego mokre włosy. Prowokował
świadomie, karmiąc się rosnącą desperacją pisarza. Sam również zaczynał płonąć;
krew huczała mu w uszach, a wspomnienie ich brutalnego zderzenia z wczorajszego
popołudnia przyspieszało tętno.
— Poproś mnie, Rage. Poproś, bym mógł ci
złośliwie odmówić i patrzeć, jak spalasz się z pożądania. Poproś, bym mógł być
tym chłodnym draniem i skazać cię na kolejne tortury oczekiwania. Poproś.
— Ale...
Rage zacisnął zęby. Fala pożądania,
uderzająca na przemian z bólem niespełnienia, stawała się nieznośna. Dorian
doskonale wiedział, jak precyzyjnie operować słowami, by przejąć nad nim
absolutną kontrolę. By nie dać mu tej satysfakcji zbyt wcześnie, Rage wziął
głęboki oddech, po czym świadomie, niemal mściwie poruszył biodrami,
przywierając swoim już twardym członkiem do krocza malarza, zadając ból im obu.
— Dorian... ty już jesteś pieprzonym
draniem — stwierdził, oplatając go ramionami jeszcze mocniej. Nienawidził
okazywać słabości, ale pragnienie utonięcia w ramionach tego faceta odbierało
mu resztki dumy. — Proszę... Doskonale wiesz, jak bardzo cię teraz pragnę.
Wyszeptał to najciszej, jak tylko
potrafił, składając broń.
— Wiem. Oczywiście, że wiem. A wiesz
dlaczego? — Dorian odchylił się do tyłu, biorąc twarz Rage'a w obie dłonie.
Spojrzał mu w oczy wzrokiem przesiąkniętym agresywnym, surowym pożądaniem, w
którym lśniła obietnica absolutnego zatracenia. — Bo ja czuję dokładnie to
samo. Pragnę cię do szaleństwa. Ale nienawidzę dostawać wszystkiego na
zawołanie, jak na tacy. Lubię sycić się tym napięciem. A ty?
Był w tym momencie tak wyrachowany, że
sam siebie zaskakiwał. Każdy inny facet, mając na kolanach nagiego, drżącego z
podniecenia chłopaka, wziąłby go tu i teraz, w ułamku sekundy. Ale Dorian
operował na innej częstotliwości. Chciał pociągnąć tę grę aż do granicy
cierpienia, zanim w końcu pozwoli im obu eksplodować.
Granica cierpliwości Rage'a właśnie
pękała z głośnym trzaskiem. Słysząc te słowa, wydał z siebie stłumiony,
chrapliwy jęk wprost w usta zbliżającego się do niego Doriana.
— Pocałuj mnie chociaż... — wykrztusił,
zaciskając dłonie na potylicy malarza. Był nad wyraz uległy i cierpliwy, co
częściowo zawdzięczał wciąż krążącym w organizmie lekom. Dorian musiał się
naprawdę postarać, by obudzić w nim dzikość z wczoraj. Wiedział jednak jedno:
po tym, co dzisiaj ze sobą zrobią, nie będzie odwrotu.
Dorian przestał czekać.
Uderzył w jego usta z miażdżącą, zwierzęcą
gwałtownością, wbijając palce w jego kark, by Rage nie mógł się cofnąć nawet o
milimetr. Wpijał się w jego wargi zachłannie, bez opamiętania, odzyskując
dostęp do smaku, który prześladował go przez całą noc. Badał wnętrze ust
chłopaka dominującym, twardym językiem, wymuszając absolutne posłuszeństwo.
Męskość Doriana zareagowała błyskawicznie, niemal boleśnie napinając materiał
jeansów, ocierając się o udo klęczącego na nim pisarza. Oczekiwanie w końcu
znalazło swoje zwieńczenie. Dłoń malarza zsunęła się po pośladku chłopaka,
zaborczo chwytając go za udo i wbijając w nie palce.
Rage natychmiast zatracił się w tej
napaści. Odpowiadał równie zachłannie, spijając każdą kroplę smaku z ust
Doriana, oddając mu całą swoją zgromadzoną desperację. Całe jego nagie ciało
prosiło o więcej, mimowolnie, sugestywnie ocierając się o w pełni ubranego
fotografa. Nic więcej się teraz nie liczyło. Wszystkie racjonalne powody, dla
których nie powinni tego robić, wszystkie lęki i problemy zniknęły, wrzucone do
ciemnego, zamkniętego pudła. Ważny był tylko ten dotyk i twarda obietnica,
która za moment miała go całkowicie wypełnić.
To był koniec gry dla Doriana. Gotująca
się w nim krew przejęła kontrolę. Nie przerywając tego drapieżnego pocałunku,
mocno chwycił pośladki Rage'a i poderwał go w górę. Zepchnął z siebie resztki
zahamowań. Zmusił chłopaka, by osunął się z jego kolan na dywan pomiędzy jego
rozsuniętymi udami. Sam błyskawicznie, jedną ręką rozpiął rozporek, po czym
zsunął spodnie razem z bielizną w dół. Jego wzwód wreszcie został uwolniony na
zewnątrz, gotów na spotkanie ze spełnieniem.
— Pokaż mi, jak bardzo mnie pragniesz —
wydał z siebie mroczny warkot wprost w nabrzmiałe usta aktora.
Rage klęczał przed nim, wpatrując się w
jego twarz mętnym, zamglonym z pożądania wzrokiem. Nie potrzebował słów, by
odpowiedzieć. Jego własne, silne podniecenie domagało się uwagi. Wziął głęboki
oddech. Rozluźnił palce zaciśnięte na ręczniku i pozwolił mu opaść na ziemię.
Odsłonił się przed Dorianem w pełni, bez skrupułów prezentując mu się w
absolutnej nagości.
Kuszący, sztywny organ tuż przed jego twarzą działał na wyobraźnię Doriana
jak najlepszy wizualny narkotyk. Malarz uśmiechnął się drapieżnie, podnosząc
wzrok z powrotem na twarz klęczącego pisarza. Zamiast natychmiastowego ataku,
jego dłonie wsunęły się na nagie uda Rage'a. Wolno, z celową, sadystyczną
cierpliwością przesuwał opuszkami palców wyżej — na brzuch, potem na klatkę
piersiową, omijając krocze szerokim łukiem. Znalazł sutki chłopaka i ścisnął je
mocno, na granicy bólu, wywołując u pisarza głośny syk. Jego ręce wędrowały
wzdłuż żeber, drażniąc skórę. Dorian nie patrzył na męskość chłopaka, która
niemo błagała o ulgę. Utrzymywał bezczelny kontakt wzrokowy, rzucając mu
milczące wyzwanie: zobaczymy, kto z nas pierwszy pęknie.
Rage pochylił się z rezygnacją,
zaciskając dłonie na krawędzi kanapy, by móc znieść tę falę obezwładniających
tortur. Skupił się na chłodnych dłoniach Doriana wędrujących po jego skórze.
Pokusa, by po prostu wziąć sprawy we własne ręce, objąć wargami twardość
malarza i poczuć to palące ciepło, była niemal nie do zniesienia, ale Rage
wciąż utrzymywał żelazną powściągliwość. Chciał zobaczyć moment, w którym
Dorian straci opanowanie. Jego oddech stał się krótki, nierówny i pełen
desperacji. Miał wrażenie, że kolana za chwilę ugną się pod nim z samego
natłoku bodźców.
Malarz widział to wszystko jak na dłoni.
Z satysfakcją rejestrował, jak krew uderza Rage'owi na twarz, jak po jego
nagiej skórze przemykają dreszcze i jak każdy ruch palców doprowadza go na
skraj ekstazy. Cierpienie uległego pisarza napawało go perwersyjną, mroczną
radością.
Dorian uśmiechnął się łobuzersko.
Przesunął dłonie w dół, na nagie pośladki chłopaka. Ścisnął je stanowczo i...
pochylił się, wysuwając język. Samym koniuszkiem obrysował wyłącznie krawędź
żołędzi Rage'a. Powoli, mokro i drażniąco. Czerpał z tego dziką satysfakcję, na
przemian masując mięśnie chłopaka i brutalnie wbijając w nie palce.
— Jezu... błagam cię... — jęk Rage'a był
pełen autentycznego, fizycznego cierpienia z niespełnienia.
Wysunął biodra do przodu, niemal
błagając o więcej. Miejsce, które na ułamek sekundy opuścił mokry język
Doriana, zaczęło boleśnie pulsować. Jego wzwód domagał się ostatecznej uwagi,
naprężony do granic wytrzymałości. Zacisnął powieki i wargi, próbując stłumić
kolejny, upokarzający okrzyk rozkoszy. Chciał poczuć ciężar ciała Doriana na
swoim, czuć go wszędzie, a najbardziej tam, gdzie teraz najbardziej go
potrzebował.
Ciało Doriana płonęło. Zabawa kosztem
wytrzymałości pisarza zaczęła odbijać się echem również na nim. Zdawał sobie
sprawę, że jeśli przeciągnie to jeszcze chwilę, sam po prostu eksploduje. Głośny
szept chłopaka przyprawił go o dreszcze na karku. Uśmiech na jego twarzy zgasł,
zastąpiony maską czystej, zwierzęcej żądzy.
Rozgrzane usta Doriana ostatecznie
otoczyły mokrym ciepłem członek Rage'a. Zjechał głęboko, powoli, aż po samą
nasadę, pozwalając, by twardość otarła się o jego podniebienie. Był bezlitosny.
Oprócz ust użył też zębów, lekko drapiąc delikatną skórę i wyciągając z pisarza
kolejne fale wibrującej rozkoszy. Zassał się mocno, przesuwając językiem z
bezbłędną, doprowadzającą do szaleństwa precyzją.
Nie dało się napompować w żyły Rage'a
większej dawki podniecenia; jego ciało przekroczyło już czerwoną linię.
Ostatkiem woli powstrzymał się, by nie wybuchnąć od razu w ustach malarza.
Prawie krzyknął, czując miażdżący nacisk i wilgoć. Przysunął się jeszcze
bliżej, odbierając Dorianowi możliwość ucieczki. Jego instynkt nakazywał mu
pchać się głębiej, zatracić się w tym mrocznym, cielesnym zapomnieniu.
Zapomniał, jak się oddycha. Oparł czoło o udo Doriana, dławiąc w jego dłoniach
kolejne okrzyki absolutnej ekstazy.
Czując, że mięśnie Rage'a napięły się
niczym struny gotowe do zerwania, Dorian wbił palce głębiej w jego pośladki.
Zsunął usta ponownie, mocniej używając zębów. Zassał czubek, wyciągając z
chłopaka ostatnie pokłady samokontroli. A potem, nagle przyspieszył,
wprowadzając gwałtowny, morderczy rytm. Wiedział dokładnie, na co czekał.
I wtedy Rage pękł.
Jego świadomość wyłączyła się, zmyta
przez potężną, oślepiającą falę orgazmu. Szarpnął się konwulsyjnie, a z jego
ust wydobył się głuchy, gardłowy dźwięk, kiedy jego ciało wylało nasienie
prosto w usta malarza. Po kilkunastu sekundach opadł ciężko do tyłu, osłabiony,
oddychając spazmatycznie, by nie zadławić Doriana w powidokach spazmów.
Pomasował obolałymi palcami napięty kark chłopaka, a na jego ustach wypłynął
miękki, całkowicie usatysfakcjonowany uśmiech. Kiedy oddech wreszcie wrócił do
normy, wdrapał się powoli na kanapę, z powrotem siadając na udach fotografa.
Otarł się zaborczo o wciąż gotową i sterczącą erekcję Doriana, co na nowo podsyciło
w nim pożądanie.
— Uwielbiam cię... — zamruczał nisko,
przyciskając usta do spoconej szyi malarza. — Jesteś mój...
Dorian przełknął z przyjemnością,
patrząc z góry na wciąż drżącego w jego objęciach pisarza. Uwielbiał ten widok:
oczy Rage'a zamglone rozkoszą, błędny, uległy wyraz twarzy. Nie miał nic
przeciwko przyjmowaniu jego nasienia, był to dla niego ostateczny, fizyczny
dowód władzy.
— Tylko co? — mruknął chrapliwie,
przeczesując palcami nagie plecy chłopaka, zjeżdżając ostrymi paznokciami aż po
kark. — Tylko nie zapomnij mnie torturować dalej? Tylko pozwól, bym teraz
zabrał cię ze sobą do piekła? Czego pragniesz, słodki?
Był arogancki, wrednie wręcz pewny
siebie, ale miał ku temu podstawy. Jego własna męskość pulsowała twardo,
domagając się ulgi, ale Dorian był panem swojego ciała. Wiedział, że ten moment
nadejdzie za kilkanaście sekund, a widok rozbudzonego na nowo pisarza tylko go
utwierdzał w tym przekonaniu.
— Możesz ze mną zrobić dosłownie
wszystko... — szepnął nieprzytomnie Rage.
Ledwo zdążył otrząsnąć się z pierwszego
ataku, a już czuł, jak głód wraca do jego trzewi z podwojoną siłą. Nigdy
wcześniej nie czuł w sobie takiej gotowości na totalne poddanie się komuś
innemu. Im mocniej Dorian werbalizował swoją dominację, tym chętniej Rage
chciał się pod nią ugiąć. Przesunął pośladkami po jego pulsującym wzwodzie,
prowokując go, żądając aktu przejęcia władzy, by znów zanurzyć się w bezmyślnej
ekstazie.
Dorian z brutalną stanowczością zacisnął
dłonie na jego talii. Mógł pozwolić sobie na wszystko i wiedział, że Rage
przyjmie to z otwartymi ramionami. Nie zamierzał już czekać.
Uniósł chłopaka zdecydowanym ruchem w
górę, nakierował odpowiednio jego biodra, po czym opuścił go w dół, nabijając
go na swoją sztywną męskość w jednym, bezwzględnym i bezlitosnym pchnięciu.
Zacisnął powieki, pożerając rodzący się w jego gardle krzyk. Było mu
niewyobrażalnie dobrze. Uczucie gorącego, obcisłego wnętrza Rage'a doprowadziło
go do zawrotów głowy.
— Działaj — warknął mu prosto w wargi,
ułamki sekund przed tym, jak boleśnie zatopił zęby w jego dolnej wardze. Będą
rano wyglądać jak ofiary starcia w ringu, ale w tej chwili to nie miało żadnego
znaczenia.
Rage stłumił własny jęk bólu, wbijając
usta w usta Doriana. Obejmował go kurczowo, przyjmując ból pierwszego
rozerwania, który szybko zaczął topnieć, zastępowany przez gorącą,
obezwładniającą falę przyjemności. Zaczął poruszać biodrami powoli, testując
granicę rozciągliwości swojego ciała. W tej konfiguracji to on wyznaczał rytm,
a Dorian musiał się dostosować.
Wolno przyspieszał. Namiętność i
zapomnienie odbierały mu resztki racjonalizmu. Z pełną świadomością tego, co
robi, uderzał w biodra malarza z coraz większą gwałtownością, domagając się
głębszej penetracji. Całował go równie ostro, zlizując ze swoich ust smak krwi
zmieszany z ich wspólnym pożądaniem, chłonąc każdy dreszcz rozkoszy wędrujący
wzdłuż kręgosłupa fotografa.
Dorian nie próbował zwalniać tempa.
Odpowiadał mu uderzenie za uderzenie, wbijając palce w pośladki pisarza i
zostawiając na jego ciele siniaki. Pozwalał sobie na kradzież każdego głośnego
jęku chłopaka w pocałunku. Zmysły szalały. Trzymał go w uścisku jak w
kleszczach, gdy nagle, w ułamku sekundy, fala bezwzględnej ekstazy eksplodowała
w jego lędźwiach.
Zaparł się o sofę, przygwoździł biodra
Rage'a mocno do własnych, nie pozwalając mu na ruch nawet o milimetr, i
odchylił głowę do tyłu. Głośny, niekontrolowany okrzyk Doriana wypełnił
mieszkanie, gdy w potężnych spazmach uwolnił z siebie całe napięcie.
Rage, czując w sobie ten potężny wybuch
ciepła, doprowadzony na sam szczyt przez wibracje ciała Doriana, nie musiał
długo czekać na własne zwieńczenie. Po ułamku sekundy pękł po raz drugi,
wydając z siebie przeciągły, zachrypnięty jęk, całkowicie bezwładnie opadając
na klatkę piersiową fotografa.
Zamknął oczy, łapiąc urywane oddechy i z
błogim uśmiechem chowając twarz w ramionach swojego kochanka. Rozkosz
ustępowała powoli miejsca tępemu, ale wspaniałemu zmęczeniu. Mógłby chcieć
więcej, ale organizm, zmaltretowany stresem ostatnich godzin i silnymi lekami,
zaczął wreszcie domagać się snu. Nie chciał myśleć o tym, co będzie rano. Nie
chciał analizować faktu, że Dorian miał własne, niezależne życie, i że ten
moment musiał w końcu ulecieć.
Dorian, teraz należał tylko do niego.
Fotograf wtulił się w opadające z sił
ciało pisarza, ociekające potem, wdychając jego zapach jak najdroższe tlenowe
remedium. Gładził z czułą precyzją nagie plecy chłopaka, całując go
uspokajająco po szyi. Bawił się w niespieszne odkrywanie terytorium, które
właśnie podbił i które uległo mu z tak niebywałą łatwością.
— Mógłbym tak tkwić do samego końca
świata — zamruczał, a przez jego zrelaksowane ciało przebiegł powidok dreszczu.
— Co ty w sobie ukrywasz, że nie potrafię ci się oprzeć? Jak to robisz, że
wystarczy jeden twój ruch, a mam ochotę widzieć cię u moich stóp, pławiącego
się w tej ekstazie? Rage...
W tym jednym cicho wyszeptanym imieniu
kryło się ostateczne, dobrowolne kapitulowanie. Dorian wpadł, z hukiem i bez
ratunku. Przepadł w tym facecie z kretesem i wcale nie zamierzał szukać z niego
drogi ucieczki.
Yeah! Nie będę ukrywać, że wolę człowieka pochodnię i słodkiego uległego. Ale nie o tym. Nie podoba mi się obecna forma. Tracisz w niej siebie, a opowiadanie nie jest jedyne w swoim rodzaju, a jak większość... ale to moja opinia. Jak kto woli. I tak, wiem, że Ci to mówiłam. Co by tu... Dorian się przyznał! Hell yeah! Znaczy, na razie jakby przed samym sobą, ale idzie chłopak dobrą drogą. Serio mam wrażenie, że w Rage'u drzemie jakaś ukryta siła, przywództwo... i kiedyś to z niego wyjdzie na światło dzienne. A może i nie... Jemu w końcu słodko z uległością. Pomysł plebiscytu proponuję gdzieś wykorzystać. Może być ciekawie. No i co by tu... ach, tak. Poziom oczywiście zachowany, nadal do końca nie wiadomo czego się spodziewać. Tak trzymać. No i... czekam na kolejne! <3
OdpowiedzUsuńA mi się tak czyta dużo lepiej:) Rozdział był jak zwykle boski i to że Rage jest tak uległy to wspaniale, chociaż i on zawsze może się odegrać i tym razem on może się podroczyć. To by było równie ciekawe:) Ale i tak bardzo mi się podobało i czekam na następny rozdział. Weny gigant życzę :)
OdpowiedzUsuńZanim dałam komentarze pod poprzednim postem i tutaj, to najpierw wszystko przeczytałam.
OdpowiedzUsuńMnie się też lepiej czyta i wolę taką formę, ale Wy piszcie tak jak Wam wygodniej. :D
Rage jest cudownie uległy. Taki, że tylko go pomęczyć trochę i nie dać spełnienia. I widać lubi ból. Bo przecież nie używają nawilżenia i to cholernie boli. (Mam nadzieję, że Michaś i James będą wiedzieć co to lubrykant :DD) Ale nie pokoi mnie ta jego choroba. Odchoruje ten seks tak jak i poprzedni. Nie rozumiem co jemu jest, ale czekam cierpliwie, aż sam się przyzna Dorianowi.
Super dziewczyny. Teraz po notce z boku, widać, że jest Was dwie. :D
oni też wiedzą, jak ulżyć... tylko nie chcą :D
Usuńa co do choroby, to się wyjaśni... nie tak od razu :D
Ty uparta Kobieto <3 Miałaś nie zmieniać i nie zdradzać, że ja też tu jestem. Ech.... Babo Ty!
OdpowiedzUsuńTo była naprawdę ostra jazda. Jak tak dalej pójdzie, to Rage na tyłku długo nie usiądzie. Chyba obaj lubią dość brutalny seks.Wzajemne przepychanki kto kogo przetrzyma najwidoczniej wzmagają ich doznania.
OdpowiedzUsuńCo do choroby Rage to jego wyznanie zabrzmiało bardzo groźnie. Leki uspokajające znacznie obniżają libido. Wiele z nich powoduje. że facet nie ma wzwodu. Jeżeli by zażył coś takiego nie miałby szans na udany seks.