— Nie denerwuj się.
Głos Jamesa był niski, niemal kojący.
Coraz bardziej ogarniało go rozbawienie, zmieszane z zupełnie nową, pulsującą
sympatią do tego spłoszonego chłopaka. Ściągnął się z łóżka z wyraźnym
niezadowoleniem, ale zanim ruszył do drzwi, pochylił się nad poczerwieniałym
Michaelem i złożył krótki, uspokajający pocałunek na jego czole.
— Nic się nie dzieje — wyszeptał, po
czym wyprostował się i wyszedł do przedpokoju.
Odebrał pizzę od dostawcy, wręczając mu
zapłatę niemal mechanicznie. Kiedy tylko znalazł się w bezpiecznej odległości
od chłopaka, jego żołądek brutalnie przypomniał o swoim istnieniu, a zapach
stopionego sera i ziół sprawił, że do ust napłynęła mu ślina. Nie zatrzymał się
jednak w jadalni. Zostawienie zażenowanego blondyna samego w salonie nie
wchodziło w grę. Wrócił prosto do sypialni, upychając kartony na zagraconym
biurku. Zsunął przy okazji kilka szkiców i stertę papierów, którymi kompletnie
się nie przejmował, by zrobić miejsce dla puszek z colą.
— Mój ojciec wraca zazwyczaj późno, a
jest dopiero... — zawiesił wzrok na ściennym zegarze. — ...po dwudziestej
pierwszej. Zanim tu dotrze, zdążymy się poznać jak łyse konie. Częstuj się.
Zaprosił go swobodnym gestem dłoni,
otwierając jedno z pudełek, po czym opadł na łóżko w bezpiecznej, choć wciąż
intymnej odległości od jedzenia i chłopaka.
Michael poczuł, jak zapach jedzenia w
mgnieniu oka budzi w nim wilczy głód. Odruchowo złapał się za brzuch, po czym
przysiadł bliżej Jamesa. Jego spojrzenie wciąż było spłoszone, a na policzkach
malował się uroczy, nieustępliwy rumieniec.
— Gniewasz się? — Jego głos drżał.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że jego wcześniejsza panika mogła zostać
odebrana jako odrzucenie. — Ja... nie uciekłem, dlatego że się wstydzę.
Uciekłem, bo... James, ja nie wiem, czy ty chcesz, by ktokolwiek widział cię ze
mną. Wiem, mówiłeś, że ci to nie przeszkadza. Ale co innego rzucać takie słowa
w piwnicy, a co innego stanąć twarzą w twarz z sytuacją, gdy ktoś nas
przyłapie.
Blondyn podkurczył nogę, odwracając się
przodem do gospodarza. Splótł palce na kolanie, zaciskając je nerwowo, aż
pobielały mu knykcie.
— Przepraszam, jeśli cię uraziłem.
Czasami nie panuję nad paniką.
— Powiedziałem ci przecież, że naprawdę
mi to zwisa — odparł spokojnie James.
Oderwał spory kawałek parującej pizzy i
podał go chłopakowi wprost do ręki. Może i brakowało w tym wersalskich manier,
ale gdyby nie zajął ust Michaela jedzeniem, ten zapewne zalałby go kolejną falą
przeprosin i zadręczałby się do rana.
Gdy tylko tancerz odebrał trójkąt, James
sięgnął po swoją porcję i natychmiast zatopił w niej zęby. Przymknął oczy z
cichym, przeciągłym pomrukiem zadowolenia, uświadamiając sobie, jak bardzo był
wygłodniały.
— Poza tym... — przełknął, ocierając
usta wierzchem dłoni. — Ty chyba boisz się za nas dwóch. Zupełnie
niepotrzebnie. Jeżeli ktokolwiek z moich znajomych rzuci w naszą stronę
niestosownym hasłem, to się wścieknę. A potem po prostu im przytaknę. Niech
sobie gdybają i pękają z ciekawości.
Spojrzał na blondyna kątem oka i
uśmiechnął się ciepło. Mieli dużo czasu. Na pusty żołądek nie było sensu
prowadzić egzystencjalnych debat — sam po sobie wiedział, że głód wyzwala w
ludziach niepotrzebne rozdrażnienie.
Michael był istotą, która funkcjonowała
pod dyktando impulsów. Widząc ten szczery, dodający otuchy uśmiech na twarzy
potężnego chłopaka, po prostu się roztopił. Z szerokim, promiennym uśmiechem
zarzucił wolne ramię na szyję Jamesa — całkowicie ignorując fakt, że w drugiej
dłoni wciąż trzyma ociekający serem kawałek pizzy — uniósł się na kolanach i
złożył na jego policzku głośny, entuzjastyczny pocałunek.
— Dziękuję! — wypalił radośnie.
To, że James naprawdę nie miał zamiaru
przejmować się opinią otoczenia, było dla niego niczym balsam. Nie planował w
tej chwili wielkich, życiowych rewolucji u boku fotografa, ale zaczynał go
autentycznie lubić. Nie chciał, by ta krucha znajomość spaliła na panewce.
Opadł z powrotem na materac i z czystym sumieniem odgryzł solidny kawałek ciasta.
— Michael... jedz. Na czułości przyjdzie
czas potem — zamruczał James. Pod wpływem nagłego ataku czułości chłopaka
niemal wypuścił pizzę z rąk.
Miał ochotę dodać złośliwy komentarz o
deserze lodowym, ale zamiast tego zakrztusił się malowniczo, z trudem
przełykając jedzenie. W jednej chwili poczuł się nasycony i dziwnie uspokojony.
Sięgnął po zimną puszkę coli, otworzył ją z sykiem i odetchnął głęboko.
— Wyobraź sobie tylko... jak musi się
czuć taki Rell, kiedy mija na korytarzu swojego brata. Gdyby którykolwiek z
tamtych kretynów dowiedział się, że ma brata geja, nie dość, że chłopak miałby
piekło, to pewnie kazaliby mu udowodnić lojalność, piorąc go po pysku — rzucił
nagle James, patrząc w przestrzeń.
Przepłukał gardło zimnym napojem,
oblizał wargi i odstawił puszkę. Położył się w poprzek łóżka, podpierając głowę
na dłoni, i w ciszy obserwował, jak Michael z apetytem konsumuje swoją porcję.
Blondyn zwolnił tempo. Przeżuwał kolejne
kęsy w milczeniu, a radosny błysk w jego oczach ustąpił miejsca głębokiej,
bolesnej powadze. Kiedy skończył, również sięgnął po napój, ale go nie
otworzył. Obracał czerwoną puszkę w drobnych dłoniach.
— Nie uważasz, że życie byłoby o wiele
łatwiejsze, gdyby ludzie potrafili myśleć samodzielnie? Gdyby każdy miał równe
prawo do bycia po prostu szczęśliwym? — zapytał cicho. Spojrzał na leżącego
Jamesa. — Myślisz, że mnie było łatwo stanąć przed lustrem i przyznać samemu
sobie, że jestem inny? Że nie pasuję do tego, czego oczekuje ode mnie świat?
Życie geja to nie jest komedia romantyczna, James. Nie jestem wiecznie
uśmiechniętym chłopcem, choć uwielbiam takim być.
Położył się na boku, tuż obok Jamesa.
Zsuniętą puszkę postawił między nimi, opierając na niej chłodną dłoń.
— Uwierz mi, że to nie jest
najwspanialsza ścieżka. Przecierpiałem i przepłakałem w poduszkę więcej nocy
niż niejeden z waszych "prawdziwych twardzieli".
James wpatrywał się w sufit.
— Nie wiem, jak to jest. Nie jestem
gejem — zaczął powoli, ważąc słowa. — Ale nigdy, w głębi duszy, nie uważałem,
że to coś złego. Może na samym początku, z powodu presji stada... ale potem
poznałem Rage'a. Teraz patrzę na to inaczej. Każdy z nas niesie jakiś własny
bagaż.
Odwrócił głowę, przenosząc uważne,
ciemne spojrzenie prosto w błękitne oczy Michaela.
— Nie twierdzę, że byłoby mi łatwo,
gdybym nagle odkrył, że wolę facetów. Ale gdyby to nastąpiło teraz, szybko bym
się z tym pogodził. Głównie dlatego, że nie byłbym w tym sam. Wiedziałbym, że
są inni, którzy toczą tę samą walkę o odrobinę zrozumienia.
Jego usta wygięły się w miękkim,
szczerym uśmiechu. Wytarł dłoń o jeansy, po czym wyciągnął ramię, by opuszkami
palców delikatnie pogładzić Michaela po policzku, a potem uszczypnąć go lekko,
pieszczotliwie w nos.
— Tak. Pewnie byłoby ci łatwiej, bo
znasz ludzi, którym ufasz — wyszeptał tancerz.
Przymknął oczy, chłonąc ciepło dłoni
Jamesa na swojej skórze. Ten z pozoru błahy gest znaczył dla niego cały świat.
Dawał mu zakotwiczenie.
— Ja miałem Doriana. Zawsze i wszędzie.
Ale to nie wszystko. Mając za sobą nawet najwierniejszego przyjaciela, świat
wcale nie staje się automatycznie piękny i bezpieczny.
Gdy ponownie otworzył oczy, lśniły
wilgotno w półmroku pokoju. Trudno było orzec, czy to z powodu wzruszenia,
wdzięczności, czy rodzącego się pożądania. W tej chwili przypominały dwa
pociemniałe bursztyny wpatrzone w twarz fotografa.
— Masz mnóstwo szczęścia, że wpisujesz
się w ten idealny, społeczny szablon faceta, James. A ja mam cholerne
szczęście, że pod tą maską okazałeś się po prostu ludzki. — Twarz Michaela
rozjaśnił nagle ten charakterystyczny, buńczuczny uśmiech. — I mam szczerą
nadzieję, że nie rzucałeś słów na wiatr, mówiąc o tych czułościach po jedzeniu.
James poczuł, jak po karku przechodzi mu
prąd, gdy blondyn niespodziewanie wyciągnął szyję, uniósł się i złożył na jego
policzku ulotny, miękki pocałunek.
Zanim James zdążył jakkolwiek
zareagować, Michael był już na nogach. Chwycił puszkę z colą i podszedł do
jednego z zagraconych regałów, w bezpiecznej odległości.
— Wspominałeś coś o swoich zdjęciach.
Masz tu jakieś? — zapytał, rzucając mu przez ramię niewinne spojrzenie.
James poczuł w piersi irytujące ukłucie zawodu. Nie dlatego, że pocałunek
mu przeszkadzał; przeciwnie — miał ochotę solidnie zrugać tego dzieciaka za to,
że po prostu nie pocałował go prosto w usta. Uderzył się otwartą dłonią w
czoło, usilnie próbując zracjonalizować swoje własne, galopujące hormony. Może to po prostu brak bliskości. Brak seksu. Cokolwiek.
Nie zamierzał teraz analizować swoich pobudek.
Zebrał się w sobie, przeturlał na
krawędź łóżka i usiadł tuż przy niewielkiej, wiklinowej skrzyni pełniącej rolę
schowka.
— Tutaj je trzymam — mruknął, wyciągając
najpierw masywną lustrzankę, a spod niej kilka cienkich, oprawionych w czarną
skórę albumów. Rzucił je na kołdrę obok siebie. — Nie wiem, czy trafiają w twój
gust. Są... dość amatorskie.
— Marudzisz — skwitował Michael,
wracając na materac szybciej, niż z niego zszedł.
Usiadł naprzeciwko Jamesa po turecku.
Kapsel od coli wciąż stawiał opór jego drobnym palcom. Wcisnął więc zimną
puszkę prosto w dłonie chłopaka, a sam zgarnął albumy na swoje kolana.
— Masz, otwórz to, mięśniaku, a sztukę
oddaj w moje delikatne ręce — rzucił wesoło, wystawiając mu język w szerokim,
bezczelnym uśmiechu.
Nie poświęcił gospodarzowi więcej uwagi.
Całkowicie pochłonęły go fotografie. James nie mógł o tym wiedzieć, ale Michael
uwielbiał zatrzymane w kadrze chwile. Każde zdjęcie było dla niego jak klejnot,
a surowa, amatorska fotografia posiadała najczystszą duszę.
James z łatwością podważył aluminiowy
kapsel, który syknął posłusznie. Nie oddał jednak napoju, pozwalając, by
chłopak w spokoju zatopił się w jego pracach.
A zdjęcia z pewnością nie były zwykłymi,
amatorskimi pstrykami z wakacji. Były to niemal wyłącznie akty — surowe,
operujące perfekcyjnym światłocieniem. Zarówno kobiece, jak i męskie, przy czym
tych drugich było zdecydowanie więcej. Wszystkie utrzymane w ascetycznej czerni
i bieli. Tylko jedno, wklejone na samej końcu ostatniego albumu, tętniło
kolorem. Przedstawiało zamyślonego Rage'a.
— Wiesz, to wcale nie jest łatwe znaleźć
kogoś, kto zdecyduje się na takie pozowanie. Zwłaszcza wśród znajomych, z
oczywistych względów — mruknął James, zerkając kątem oka na swoje portfolio.
Dawno do niego nie zaglądał. — Ostatnio zająłem się zupełnie innymi rzeczami.
Aparat kurzy się w skrzyni.
Położył się na wznak, splatając dłonie
pod głową, a chłodną puszkę oparł na własnej piersi. Wpatrywał się w sufit,
nasłuchując cichego szelestu przekładanych stron.
Michael przeglądał kadry powoli, z
nabożną czcią. Kobiecym ciałom poświęcał równie dużo uwagi, co męskim — piękno
ludzkiej formy nie miało dla niego płci. Co jakiś czas zamierał nad konkretnym
ujęciem, przesuwając opuszkami palców po gładkim papierze fotograficznym,
przekrzywiając głowę i chłonąc ukryte w cieniach emocje.
— Są fenomenalne — powiedział w końcu
cicho. Wciąż nie patrzył na fotografa, przewracając kartki to w jedną, to w
drugą stronę. — Podziwiam twój dar perswazji. Przekonać ludzi, by odsłonili się
w taki sposób... to wymaga niesamowitego zaufania. Ja jestem oswojony z
obiektywem podczas tańca, ale akty...
Podniósł wzrok na leżącego chłopaka i
zamyślił się na moment.
— Nie. Chyba bym nie potrafił. Ta
świadomość, że ktoś mógłby to kiedyś zobaczyć, paraliżowałaby mnie.
— Rzadko je komuś pokazuję. Właściwie
prawie wcale. Robię to wyłącznie dla własnej, estetycznej przyjemności —
odezwał się miękko James, przenosząc spojrzenie na twarz blondyna. Uśmiechnął
się, a w jego szarych oczach błysnęła ciepła zachęta. — Nie namawiam cię do
niczego. Ale gdybyś kiedyś zmienił zdanie, chętnie zrobiłbym ci kilka ujęć.
Niekoniecznie aktów. Po prostu portretów.
Widząc, że Michael zamyka ostatni album,
uniósł się nieco i podał mu otwartą puszkę coli. Trzymał ją pewnie, by chłodny
płyn nie zalał zdjęć, w których, mimo pozornej obojętności, pokładał ogromny
sentyment.
— Poza tym, Doriana też chciałbym kiedyś
ustawić przed obiektywem. Ma genialne, rzeźbiarskie ciało. Zdecydowanie
obroniłby się w kadrze — dodał z lekkim uśmiechem.
— O tak. Dorian ma ciało jak antyczny
posąg — przytaknął szczerze Michael.
Odłożył albumy z powrotem do wiklinowej
skrzyni, co wymagało od niego mocnego wychylenia się do tyłu. Gdy wrócił do
siadu, odebrał napój z rąk Jamesa i upił kilka małych łyków.
— Wierzę w twoje oko, James. Widziałem
dowody. Ale nie wyobrażam sobie, bym mógł kiedykolwiek pozwolić ci na
sfotografowanie mnie w negliżu. W ruchu, na parkiecie, gdzieś w parku — wchodzę
w to. Ale nago? Zdecydowanie nie.
Posłał mu przepraszający, przyjazny
uśmiech. Nie chciał go urazić; prace Jamesa naprawdę uważał za wybitne. Po
prostu brakowało mu pewności siebie, by uznać własne ciało za godne
uwiecznienia w tak surowej formie.
— Swoją drogą... — zaczął swobodnie. —
Niezły duet z tego Doriana i Rage'a, prawda?
Nagle zamilkł. Oczy rozszerzyły mu się w
panice. Zakrył usta dłonią z cichym, dusznym „ups” i spojrzał na Jamesa z
wyraźnym, niemal komicznym przerażeniem.
James drgnął, a z jego płuc uciekło
powietrze w cichym westchnieniu skrywanego zawodu, wywołanego odmową pozowania.
Szybko jednak powrócił do wpatrywania się w sufit.
— Każde ciało skrywa w sobie coś wartego
uwiecznienia — mruknął, puszczając uwagę o Dorianie i Rage'u mimo uszu. A
przynajmniej starał się to zrobić. — Nie wiem, czy to dobry duet. Nie mnie
oceniać, z kim sypia Rage. To jego życie, jego prywatny świat. Ja jestem tylko
kumplem.
Nie wiedzieć czemu, w klatce piersiowej
poczuł nagły, nieprzyjemny chłód. Może zabolał go fakt, że Rage nie będzie miał
już dla niego tyle czasu co wcześniej? Że znów będzie musiał zapełniać sobie
wieczory samotnie?
— To dobrze, że w końcu kogoś znalazł.
Może tym razem mu się uda i będzie szczęśliwy — dodał znacznie ciszej, niemal
szeptem, i zamknął oczy. Wolał ukryć przed Michaelem tę nagłą falę melancholii.
To było słabe, niestosowne i otwierało furtkę do zbyt wielu bolesnych
przemyśleń.
Michael musiałby być wykuty z kamienia,
by nie wyłapać tej subtelnej, raniącej zmiany w tonie głosu gospodarza.
Doskonale rozumiał, co James teraz czuł. Znał ten ból aż za dobrze — za każdym
razem, gdy Dorian znajdował sobie kogoś, kto na moment absorbował go bez
reszty, Michael czuł się jak porzucona zabawka. Wiedział, że za kilka dni
poczuje się jak piąte koło u wozu w nowej relacji swojego przyjaciela.
Odstawił puszkę na podłogę.
Bezszelestnie przysunął się do leżącego Jamesa i położył się bokiem, opierając
klatkę piersiową o jego ramię. Pogładził go delikatnie po policzku, a potem
ułożył dłoń płasko na jego bijącym sercu.
— Nie myśl teraz o samotności, dobrze?
Wiem, jak to cholernie boli, gdy twój najlepszy przyjaciel nagle znajduje
kogoś, kto przysłania mu cały świat. Wierz mi, jestem w tym ekspertem —
wyszeptał kojąco. — Ale poza tym... hej. Masz teraz mnie, prawda? A ja jestem
jak mały, upierdliwy rzep. Jak się raz przyczepię, to strasznie ciężko się mnie
pozbyć.
Pochylił się nad twarzą chłopaka, ale
nie po to, by go pocałować. Jego zwinne palce wsunęły się pod żebra Jamesa i
bezlitośnie go połaskotały.
— N-nie rób... — James nie zdołał
dokończyć.
Z jego gardła wyrwał się głęboki,
niekontrolowany śmiech. Nie potrafił powstrzymać reakcji na łaskotki, bo nigdy
wcześniej nikt go tak nie atakował. Błyskawicznie chwycił cienkie nadgarstki
Michaela i pociągnął je w górę, krzyżując ramiona blondyna za jego własną
szyją.
— Nie prowokuj mnie, dzieciaku. Mam
potworne łaskotki — wykrztusił, otwierając szeroko oczy i wpatrując się w
zawieszoną tuż nad nim twarz tancerza.
Po chwili rozluźnił uścisk i przesunął
palcami po nagich, gładkich ramionach Michaela. Pokusa, by jednym ruchem
wciągnąć to drobne ciało całkowicie na siebie, niemal sprawiała mu fizyczny
ból. Dłonie Jamesa, działając całkowicie poza kontrolą rozumu, same odnalazły
drogę na plecy blondyna. Był tak skupiony na błękitnych oczach wpatrujących się
w niego z ufnością, że nie zdawał sobie sprawy, iż jego organizm właśnie
wytoczył otwartą wojnę racjonalnemu myśleniu.
— Jesteś uroczy, kiedy tracisz tę swoją
żelazną powagę. I jesteś niesamowicie słodki w tej wewnętrznej walce, wiesz o
tym? — wyszeptał Michael.
Zdał sobie sprawę z tego, co działo się
z wielkim fotografem, już dłuższą chwilę temu. Miał wbudowany radar, który
bezbłędnie wyłapywał najdrobniejsze zmiany napięcia. Z łagodnym, rozbrajającym
uśmiechem ułożył się wygodnie na potężnym torsie chłopaka, wsuwając palce w
jego ciemne włosy i leniwie gładząc go po karku. Nie chciał go prowokować. Nie
chciał go zawstydzać ani burzyć jego bezpiecznego świata. Ale oczy Jamesa,
wpatrzone w niego z mieszanką paniki i głodu, mówiły tysiąc razy więcej niż
jakiekolwiek zaprzeczenia.
— Dostanę w końcu ten deser? — zamruczał
cholernie kusząco.
Zbliżył wargi do ust Jamesa na odległość
zaledwie kilku milimetrów. Zamarł w tej pozycji, wpatrując się w jego usta i
tocząc własną bitwę z chęcią, by po prostu się na nie rzucić.
James nie potrafił wykrztusić z siebie ani słowa. Rozumiał jednak
doskonale, że Michael dostrzegł w nim to, czego on sam jeszcze nie potrafił
nazwać na głos. Paradoksalnie, to nie sama myśl o pociągu do faceta była
przerażająca — wcześniej stwierdził przecież, że potrafiłby to zaakceptować.
Przerażało go to, dlaczego poczuł to właśnie teraz. I
to przy tym konkretnym, filigranowym chłopaku. Czego brakowało wszystkim
dziewczynom, które przewinęły się przez to łóżko? Michael był inny. Brutalnie
szczery, wrażliwy, a jednocześnie tak diabelsko prowokujący.
Myśli w głowie fotografa okładały się
biczami, wywołując w nim chaos. Czuł, jak jego policzki oblewają się gorącem. W
jednej sekundzie miał ochotę rzucić wszystko w cholerę i powiedzieć "co mi
tam", by w następnej chcieć uciec z własnego mieszkania. Ale wiedział, że
jeśli stchórzy, nigdy się nie dowie. A może to tylko desperacka potrzeba
bliskości? Może to pożądanie wcale nie jest skierowane na płeć, ale po prostu
na czułość, jakiej mu brakowało?
Z trudem przełknął ślinę w wyschniętym
gardle. Przestał analizować.
Uniósł głowę z poduszki, pokonując te
ostatnie, dzielące ich milimetry, i złożył na wargach Michaela bardzo
delikatny, niemal wstrzymujący oddech, niepewny pocałunek.
Michael nie odsunął się. Nie drgnął.
Oddał mu swoje usta z ogromną,
obezwładniającą czułością, całkowicie poddając się prowadzeniu Jamesa. Skoro
gospodarz podjął ten najtrudniejszy krok, to on miał prawo wyznaczać tempo. Nie
chciał na niego naciskać; doskonale zdawał sobie sprawę z gargantuicznej walki,
jaką ten heteroseksualny facet musiał przed chwilą stoczyć ze swoimi
przekonaniami. Palce blondyna powoli, uspokajająco błądziły we włosach Jamesa,
podczas gdy jego wargi miękko odpowiadały na ten niepewny dotyk. Oddech
Michaela w klatce piersiowej zamarł. Poczuł, jak gorąco uderza mu do twarzy.
Czy pragnął tego równie mocno, co James? Jeszcze minutę temu nie był tego
pewien. Ale teraz, czując smak jego ust, wiedział, że to najbardziej odurzająca
rzecz, jakiej dziś doświadczył.
Dla Jamesa ten pocałunek smakował...
oszałamiająco dobrze. Tak dobrze, że aż otworzył zszokowane oczy, a po chwili
na jego wargach wykwitł szczery, pełen ulgi uśmiech, który Michael natychmiast
wyczuł.
Z pewnością nie zdobyłby się na ten gest
gdziekolwiek indziej. Groźba przyłapania w miejscu publicznym działała jak
najskuteczniejszy bloker. Co innego bronic kumpla przed agresją tłumu, a co
innego obnażyć własne, ukryte pragnienia. Z cichym, poddającym się
westchnieniem zamknął oczy i całkowicie zatracił się w cieple tych ust. Nie
chciał iść dalej. Zresztą, nawet gdyby chciał, nie potrafiłby tego okazać.
Musiał się nasycić tym, po co odważył
się sięgnąć. Z każdym uderzeniem serca jego wargi stawały się odważniejsze,
badając usta tancerza z czułością, o jaką nigdy w życiu by siebie nie
podejrzewał. Poznawał ten nowy smak z równie wielkim, obsesyjnym zapałem, z
jakim podchodził do każdej nowej dziedziny sztuki. Żadna z dziewczyn nie
wywołała w nim tak potężnej, obezwładniającej fali emocji.
To było słodkie, uzależniające i gęste
od znaczeń. Michael chłonął każdą sekundę tej delikatnej eksploracji. Jego usta
zaczynały odpowiadać z rosnącym głodem, a palce pieściły kark fotografa z
zaborczością kogoś, kto boi się, że jego skarb zaraz ucieknie.
Jednak w głowie tancerza nagle zapaliła
się czerwona lampka. Dotarło do niego, że James na moment całkowicie stracił
nad sobą kontrolę. Że kiedy umysł fotografa znów przejmie stery i
zracjonalizuje to, co się właśnie wydarzyło, chłopak może poczuć gniew. Gniew,
który w ramach obrony własnego ego, skieruje nie na siebie, ale na Michaela —
za to, że był zbyt blisko, zbyt chętny, zbyt prowokujący.
Z fizycznym bólem w sercu Michael
przerwał pocałunek. Oparł gorące czoło o klatkę piersiową Jamesa, walcząc o
wyrównanie szalonego tętna i chwytając chciwie powietrze.
— Nie możemy — wyszeptał, a w jego
głosie dźwięczał surowy żal. Nie miał odwagi spojrzeć mu w oczy. Nie chciał
ujrzeć w nich obrzydzenia czy nienawiści do samego siebie. Chciał po prostu
zatrzymać to wspomnienie w idealnym stanie.
— Michaś... — James znów poczuł się
zagubiony, ale z pewnością nie był wściekły. Wręcz przeciwnie. Gorąco,
dotkliwie żałował, że tancerz wycofał się pierwszy. To raczej gospodarz
powinien mieć wyrzuty sumienia, że potraktował chłopaka jak poligon
doświadczalny dla swoich własnych wątpliwości. — Spójrz na mnie. Proszę.
Wyszeptał to, uspokajająco gładząc
drżące plecy i kark blondyna. Ku swojemu własnemu zaskoczeniu, wcale nie czuł
odrazy. Czuł się potwornie winny z powodu strachu, jaki wywołał u tego
wrażliwego, cudownego chłopaka.
Zaciskając zęby, by powstrzymać dławiące
go łzy napięcia, Michael powoli uniósł głowę. Jego niebieskie oczy szkliły się
w półmroku pokoju, a usta wciąż były zaciśnięte w wąską linię. Nie potrafił
wykrztusić z siebie słowa, z obawy, że jego głos pęknie. Rozedrgane dłonie
zwinęły się w pięści na pościeli.
Niech
szlag trafi tę całą samotność! Pomyślał desperacko. Ten wielki, groźny
facet był tak niewyobrażalnie pociągający w walce ze swoimi uczuciami. Dawanie
mu wsparcia, przytulanie się do jego potężnego ramienia dawało Michaelowi
iluzję idealnego, nieskazitelnego bezpieczeństwa. Jak to możliwe, że w ciągu
zaledwie kilku godzin ten człowiek stał mu się tak samo bliski, jak Dorian
przez lata?
— Chciałem ci tylko udowodnić, że...
możemy — uśmiechnął się James. Był to uśmiech pełen cichej prośby o wybaczenie.
Nie chciał ranić go swoim eksperymentowaniem. — I chcę, żebyś wiedział jedno:
nie mam zamiaru być o to zły. Ani na siebie, ani tym bardziej na ciebie. Wiem,
czego się boisz. Ale to we mnie tkwiło. To nie ty mnie do tego zmusiłeś ani nie
pchnąłeś. To była moja decyzja. Więc nie rób mi tego... nie odsuwaj się,
wmawiając sobie, że to twoja wina. Bo nie jest.
Oplótł ramiona wokół Michaela i
przyciągnął go z powrotem na swoją klatkę piersiową, mocno, bezpiecznie. W jego
głowie wciąż wirowały myśli, ale nadrzędnym instynktem było przywrócenie
tancerzowi tego samego spokoju, który blondyn dał jemu.
— To cholernie miłe, że tego chciałeś.
To było takie... prawdziwe — dodał miękko James, muskając nosem nos Michaela,
wspinając się na absolutne wyżyny własnej, głęboko ukrytej czułości. — Nigdy
wcześniej się tak nie czułem przy nikim.
Z oczu Michaela w końcu uciekły dwie
pojedyncze, gorące łzy. Nie potrafił ich dłużej tamować. Słowa Jamesa otuliły
go ciepłem i dały mu pewność, jakiej rozpaczliwie pragnął. Miał ochotę rzucić
się na niego, powtórzyć pocałunek i udowodnić mu, jak wspaniale jest uwolnić te
emocje do końca.
Ale wiedział, że nic na siłę. Jeśli to,
co właśnie się między nimi zrodziło, było autentyczne — a brzmiało autentycznie
— to nie wyparuje do jutra. Przetrwa próbę czasu.
Z ulgą i miękkim, błogim uśmiechem
wtulił mokry policzek w zagłębienie szyi Jamesa.
— Dziękuję — wyszeptał cichutko,
wdrapując się wyżej na masywny tors chłopaka, by ułożyć się na nim tak wygodnie
i bezczelnie, jak przed chwilą zrobił to pluszowy aligator.
— A poza tym... masz wspaniałe usta —
zamruczał rozbawiony James, czując ciężar i ciepło ciała blondyna. I była to
czysta prawda. Wargi Michaela były nieporównywalnie miększe i bardziej
responsywne niż wargi wielu dziewczyn, które znał. — Wolę jednak, kiedy na mnie
patrzysz. Kiedy tak chowasz twarz, mam paranoję, że robię ci krzywdę.
Nie czekał, aż chłopak sam się
podniesie. Delikatnie, palcem wskazującym uniósł jego podbródek, zmuszając do
kontaktu wzrokowego. Kciukiem otarł ślady łez z jasnej skóry, po czym pozwolił
sobie na kradzież jeszcze jednego, bardzo krótkiego, niesłychanie delikatnego
pocałunku, który był dla fotografa fizycznym dowodem akceptacji nowego stanu
rzeczy.
— Nie krzywdzisz mnie, James. Zwłaszcza
pokazując, że potrafisz czuć — wyszeptał Michael, obdarzając go czułym
uśmiechem. — To uderzająco miłe, wiedzieć, że ma się taki wpływ na faceta,
który jeszcze rano uważał się za absolutnie zaimpregnowanego na męskie wdzięki.
Poważnie.
Oparł z powrotem brodę na jego piersi,
chłonąc miarowe bicie serca pod żebrami.
— Zastanów się i powiedz mi całkowicie
szczerze... Nigdy żaden facet nie podziałał na twoje zmysły w ten sposób? Żaden
z tych gości z twojej paczki? Dlaczego nagle ja, hm?
— Nie mam pojęcia. Sam zachodzę w głowę
i to mnie dręczy. Nie... jesteś absolutnie pierwszy, który przyciągnął moją
uwagę w ten sposób. I zdecydowanie pierwszy, którego pocałowałem — przyznał bez
bicia James, krzywiąc się nieznacznie. Nienawidził, gdy wymykał się własnym
schematom, zwłaszcza w sferze, o której myślał, że wie wszystko. — Wiedziałem,
że Rage jest gejem. Od dawna. Ale... to mój przyjaciel, kumpel, przy którym po
prostu egzystuję bez podtekstów. A reszta tych kretynów ze szkoły jest z natury
tak odpychająca, że na samą myśl o jakimkolwiek związku z nimi robi mi się
niedobrze.
Aż wzdrygnął się z obrzydzenia, czując
autentyczne ciarki na plecach. Z Michaelem było inaczej. Kontakt fizyczny z
blondynem nie wywoływał u niego najmniejszego dyskomfortu; wręcz przeciwnie,
łaknął go.
Michael podparł się na łokciu, by
spojrzeć Jamesowi prosto w oczy.
— Poczułem się wyjątkowy — wyszeptał.
Te słowa nie były kurtuazją. Wyznanie
Jamesa rozlało się po jego duszy miodem, jakby właśnie usłyszał, że jest
najpiękniejszym zjawiskiem, jakie ten świat wydał na świat. Wyciągnął dłoń i z
niezwykłą delikatnością obrysował kość policzkową fotografa.
— To, co przed chwilą powiedziałeś, było
piękne. Uznałbym to za urocze, wyuczone kłamstwo, gdybym nie poczuł fizycznie,
jak bardzo się ze sobą szamotałeś... i jak bardzo spodobało ci się to uczucie,
gdy cię całowałem.
— Cieszy mnie, że ci się podobało —
odparł bez wahania James, odpowiadając na pieszczotę lekkim muśnięciem jasnego
policzka tancerza.
Uwielbiał patrzeć na tę w końcu w pełni
zrelaksowaną, jasną twarz, i jeszcze bardziej uwielbiał świadomość, że to on
był powodem tego spokoju. Odgarnął kosmyk blond włosów z czoła Michaela, w
zamyśleniu przeczesując je palcami.
— Posłuchaj... nie chcę zakładać niczego
z góry — zaczął powoli, szukając odpowiednich słów. Musiał to wyrzucić z siebie
teraz, póki miał odwagę. — Nie chcę traktować cię jak królika doświadczalnego.
Jeśli ma z tego wyniknąć coś więcej, to po prostu wyniknie. Jeżeli ostatecznie
okaże się, że faktycznie jestem gejem... a może biseksualistą... obiecuję ci,
że przyznam się do tego przed światem z podniesioną głową i nie stchórzę.
Wziął głęboki oddech, patrząc na wargi
chłopaka, a potem znów w jego oczy.
— Ale na razie, bardzo cię proszę...
zatrzymaj to dla siebie. Nic nikomu nie mów. Ani Rage'owi, ani Dorianowi. Nie
mam zamiaru ukrywać faktu, że się kumplujemy i że być może będziemy spędzać
razem czas. Ale nie chcę, żeby dopowiadali sobie wielkie ideologie i
analizowali moje zachowanie, zanim ja sam nie będę wiedział, na czym stoję. Z
resztą ewentualnego gniewu stada dam sobie radę, nawet jeśli zaczną mścić się
na mnie za obronę twojej osoby.
— Czasami rzucasz słowami z prędkością
karabinu maszynowego, wiesz o tym? — uśmiechnął się miękko Michael.
Wysłuchał całej tej tyrad z łagodnym
zrozumieniem. Tylko w jednym momencie poczuł ukłucie niepokoju — gdy James
poprosił o zatajenie tej sprawy przed Dorianem. Jak miał to zrobić? Jak miał
uniknąć tematu tak rewolucyjnego ze swoim absolutnie najbliższym powiernikiem?
To gwałciło ich niepisaną zasadę brutalnej, wzajemnej szczerości. Ukrywanie
czegokolwiek przed malarzem graniczyło z cudem.
Westchnął ciężko w duchu. Wiedział
jednak, że musi się postarać. Musiał uszanować tę granicę dla Jamesa —
chłopaka, który właśnie toczył gigantyczną, wewnętrzną wojnę, by pozwolić sobie
na bycie szczęśliwym w zupełnie nowym wymiarze.
Michael ujął twarz fotografa w swoje
drobne, zgrabne dłonie. Przez dłuższą chwilę patrzył na niego w absolutnym
milczeniu, rejestrując każdy detal jego rysów.
A potem, odrzucając na bok wszelkie
wątpliwości, logikę i obawy o to, czy James jest na to gotowy, wpił się w jego
usta.
To nie był delikatny test. To był
pocałunek pełen niszczycielskiej pasji, palącego pożądania i władzy —
drapieżny, zdecydowany i głęboki. Taki, jakiego nie powstydziłby się
najbardziej doświadczony kochanek.
Z gardła Jamesa wydobył się stłumiony
dźwięk zaskoczenia.
Nagłość i siła tego ataku całkowicie
zbiła go z pantałyku. Musiał przetrawić ten wybuch inicjatywy, zanim jego
zmysły na nowo zsynchronizowały się z rzeczywistością. Początkowy szok szybko
jednak stopniał pod wpływem smaku ust tancerza. Kiedy po kilku sekundach oswoił
się z myślą, że to nie żaden obcy intruz, a ten sam Michael leżący na jego
piersi doprowadza go do szału, przejął inicjatywę.
Oddał pocałunek z zatraceniem, o jakie
nigdy by siebie nie podejrzewał. Przymknął mocno oczy, wsuwając szeroką dłoń
głęboko w jasne włosy chłopaka i zaciskając palce z zaborczą siłą u nasady jego
karku. Fala gorąca, która eksplodowała w jego piersi, zdradliwie i z
zatrważającą prędkością powędrowała w dół ciała, osadzając się nisko w
podbrzuszu. James jęknął wprost w wargi blondyna, zaciskając drugą dłoń na jego
smukłym biodrze, by przygwoździć go do siebie jeszcze mocniej, pozbawiając ich
jakiegokolwiek dystansu.
Michael nie oponował. Zbyt mocno łaknął
tego kontaktu i zbyt dobrze wiedział, jak uzależniająca jest rozkosz w
ramionach silnego, zdeterminowanego mężczyzny.
Uwolnił w sobie zablokowaną dotąd
potrzebę dominacji i poddania jednocześnie. James okazał się fenomenalnym,
niezwykle pojętnym uczniem w sztuce fizycznej bliskości. Biodra tancerza
przywarły szczelnie do ciała gospodarza, pozwalając mu idealnie poczuć
twardniejące, pulsujące napięcie między nimi. Rozpalał się jak rzucony na wiatr
ogień. Pragnął stracić resztki kontroli, rozpuścić się w cieple tych rąk.
Jednak w którymś momencie, na krawędzi
utraty tchu, do umysłu Michaela przebiła się trzeźwa myśl. Zrozumiał, że James
właśnie tracił kontrolę. Jeśli popłyną z tym prądem, a fotograf rano obudzi się
obok nagiego chłopaka, szok i poczucie winy mogą zniszczyć to, co z takim
trudem przed chwilą wybudowali. Złość za przekroczenie granicy James skieruje
bezpośrednio w jego stronę.
Z potężnym, fizycznym żalem Michael
zdecydował się to zakończyć.
Oparł dłonie na materacu tuż przy głowie
Jamesa, uniósł się na ramionach i z brutalnym wysiłkiem woli oderwał się od
jego ust. Przytulił swoje czoło do rozpalonego czoła fotografa. Dyszał tak
ciężko, jakby właśnie przebiegł maraton. W jego uszach dudnił galop, który w
rzeczywistości był po prostu biciem jego oszalałego serca.
— Deser... — wysapał, próbując złapać
oddech. — Mieliśmy... zjeść deser.
Jamesowi zajęło dłuższą chwilę
zrozumienie, dlaczego to fantastyczne uczucie nagle zniknęło. Kiedy otworzył
oczy i dotarło do niego, jak blisko granicy całkowitego zatracenia się znalazł,
poczuł, że jego twarz płonie z siłą pożaru. Krew, która z impetem uderzyła mu w
krocze, teraz ze zdwojoną siłą wybiła na policzki.
— Jeśli w takim momencie...
zaproponujesz mi lody... to słowo daję, pożrę cię żywcem — sapnął groźnie,
próbując przybrać wściekłą minę.
Po ułamku sekundy farsa prysła.
Uśmiechnął się, opadając z głuchym uderzeniem plecami na materac, po czym
zakrył twarz obiema dłońmi, tłumiąc histeryczny śmiech.
— Nigdy w życiu bym nie pomyślał, że to
może być aż tak cholernie podniecające — wydusił spod palców, usiłując
schłodzić dziewicze rumieńce.
Było mu gorąco i niewyobrażalnie dobrze,
ale w głębi duszy zaczął dziękować opaczności, że Michael posiadał resztki
instynktu samozachowawczego. Bał się pomyślać, jak daleko by się to posunęło,
gdyby blondyn go nie powstrzymał.
Kiedy w końcu przestał się śmiać,
zagarnął zdyszanego tancerza z powrotem w objęcia. Przytulił go z wdzięcznością,
całując czule w oba policzki i w czoło.
— Mam ciasto. Żadnych lodów dzisiaj —
wyszeptał.
Następnie dźwignął się z materaca dość
gwałtownym ruchem, by po chwili zawisnąć na łokciach tuż nad przewróconym na
plecy blondynem. Nie potrafił ukryć szerokiego, chłopięcego uśmiechu. Po prostu
nie dowierzał, że ten szczupły tancerz zdołał tak mocno namieszać mu w systemie
nerwowym.
Michaelowi podobała się ta reakcja.
Rozkoszował się widokiem szczerego, nieskrywanego zadowolenia na twarzy
fotografa. Wiedział, że urok tej chwili zostanie z nim na długo. Bez
najmniejszego protestu dał się całować, przytulać i w końcu brutalnie
przewrócić na łopatki. Gdy potężna ramiona Jamesa uwięziły go na pościeli,
wyciągnął dłonie i przyłożył je do purpurowych policzków chłopaka. Były uroczo
gorące.
— Masz absolutnie zjawiskowy uśmiech. I
bywasz bardzo przekonujący, ale... — Michael skulił się w sobie niczym
drapieżny kot przed skokiem. Na jego ustach wykwitł szelmowski, diabelski wręcz
uśmiech, a oczy zaiskrzyły czystą prowokacją. — Ja bym jednak wolał lody.
Wypalił to na jednym wydechu, cmoknął
zdezorientowanego Jamesa w usta, po czym błyskawicznym, wyćwiczonym ruchem
wyślizgnął się spod jego ramienia i zeskoczył z łóżka. Drobna budowa i lata
treningu wreszcie na coś się przydały.
— Nie mam lodów! I nie mam najmniejszego
zamiaru iść po nie do sklepu! — odkrzyknął James.
Wiedział doskonale, że pod pojęciem
"lodów" wcale nie krył się niewinny deser z zamrażarki, co wywołało u
niego kolejny atak gorąca. Całe szczęście, że blondyn zdążył uciec, bo fotograf
prawdopodobnie po prostu by go dopadł. Pokręcił głową, próbując wytrząsnąć z
umysłu wszelkie wysoce niestosowne obrazy, i podniósł się z materaca.
Spojrzał na stojącego w bezpiecznej
odległości Michaela władczym, acz rozbawionym wzrokiem, próbując ratować
resztki godności.
— No więc, panie tancerz... czy się panu
to podoba, czy nie, idę do kuchni po ciasto.
Litościwie przemilczał fakt, że owo
ciasto było praktycznie w połowie mrożonym sernikiem. Słowo na literę
"L" działało na niego dzisiaj jak płachta na byka.
— Idziesz ze mną czy sterczysz tu, aż ci
przyniosę pod nos? — zapytał, jak gdyby przed chwilą nie pożerali się wzrokiem,
i ruszył krokiem pana domu w stronę korytarza. Właściwie nie miałby nic
przeciwko temu, by Michael został w łóżku. Wyglądał w wymiętej, zielonej
pościeli nadzwyczaj kusząco.
Dopiero gdy James zniknął za progiem,
uderzył się otwartą dłonią w czoło. Podskoczył z cichym sykiem, by wytrząsnąć z
siebie kumulujące się z każdym spojrzeniem na tego chłopaka absurdalne
podniecenie.
— Idę, idę — rzucił rozbawiony Michael,
podążając za gospodarzem jak na ścięcie. Szedł wolno, z pełną, złośliwą
premedytacją. Zatrzymał się tylko na ułamek sekundy, widząc i słysząc, jak
James sam wymierza sobie karę przez uderzenie w czoło. — Oczywiście. Rozumiem
to przed-deserowe zdenerwowanie.
Miał na końcu języka tak koszmarnie
dwuznaczny komentarz, że aż dusił się ze śmiechu, ale by go wypowiedzieć,
musiał wpierw przybrać maskę najwyższej, tragicznej powagi.
— Znam doskonale ten dotkliwy ból,
wiesz? Kiedy masz ochotę na lody, a świat bezdusznie oferuje ci dookoła same
suche ciasta...
Wyrzucił to z siebie łamiącym się od
sztucznego smutku głosem. Na wszelki wypadek wsunął dłonie głęboko w kieszenie
jeansów, przygarbił ramiona i przybrał tak skrajnie niewinną minę, że mógłby
posłużyć za ilustrację do hasła "niesłusznie skazany". Jednocześnie
napiął mięśnie nóg, gotowy do natychmiastowej ucieczki. Nawet nie znając
topografii apartamentu, planował zaszyć się w pierwszym lepszym kącie, byle
tylko uchronić się przed ręczną zemstą rozwścieczonego fotografa.
James wydał z siebie dźwięk będący
skrzyżowaniem groźnego warknięcia ze zrezygnowanym sapnięciem. Nie miał
najmniejszego zamiaru robić blondynowi krzywdy — jeszcze nie teraz. Chociaż tancerz
ewidentnie aż prosił się o klapsa w ramach lekcji wychowawczej. W tej chwili
jednak priorytetem było ostudzenie własnych nerwów.
— Ty masz chęć na lody, a ja zjem to
przeklęte ciasto — wycedził z taką zaciętością, że niemal całkowicie zdradził
swój prawdziwy poziom frustracji.
Dotarł do wysokiej lodówki i niemal
rzucił się w jej wnętrze, omiatając chłodnym powietrzem rozgrzaną twarz.
Asortyment był mizerny, ale lodowata bryza wreszcie postawiła jego zdrowy
rozsądek do pionu. Przestraszył się trochę własnej obsesji — od pół godziny nie
myślał o niczym innym, jak tylko o zaciągnięciu dzieciaka z powrotem do
sypialni. To było całkowicie nie w jego stylu; jakby ktoś nagle przeprogramował
mu matrycę pragnień.
Z głębi chłodziarki wyłowił niewielką
paterę ze słodkościami, postawił ją z brzękiem na kuchennej wyspie i zaczął
gorączkowo przeszukiwać szuflady w poszukiwaniu noża i talerzyków.
Michael, widząc, że kara fizyczna go
omija, wymruczał coś niezrozumiale i odpuścił dalsze złośliwości. Jego wysiłki,
by rozluźnić atmosferę i wywołać u Jamesa szczery śmiech, ostatecznie spełzły
na niczym. Westchnął ciężko. Wiedział, że fotograf potrzebuje czasu, by oswoić
się z potężnym tornadem własnych emocji.
Zajął miejsce po drugiej stronie
marmurowego blatu. Oparł łokcie na chłodnej powierzchni, tuż obok naczynia z
jedzeniem, i przypatrywał się ciastu z żywym zainteresowaniem. Słodycze były
słodyczami w każdej postaci, a to prezentowało się wyjątkowo apetycznie. Ugiął
nogę w kolanie, wystukując na szafce cichy, asymetryczny rytm, pod nosem nucąc
bezładną melodię. Co kilkanaście sekund przenosił rozbawione spojrzenie na
Jamesa, który miotał się między półkami, jakby był gościem we własnym domu.
— Jesteś w stu procentach pewien, że to
na pewno twoje mieszkanie? — rzucił w końcu niewinnie. Oparł policzki na
dłoniach, przez co skóra naciągnęła się, nadając jego błękitnym oczom lekko
skośny, koci wyraz.
— Tak, do cholery, jestem pewien... —
westchnął z irytacją James. Wreszcie wyłowił dwa kryształowe talerzyki, dwie
małe łyżeczki oraz szeroki nóż kuchenny.
Ułożył to przed sobą. Nigdy wcześniej
krojenie ciasta nie sprawiało mu kłopotu, przecież to był jego dom. A jednak
zatrzymał dłoń z ostrzem w powietrzu, wpatrując się w wypiek bez ruchu.
— Czy to zawsze działa w ten sposób? Że
jeśli raz czegoś spróbujesz... i okazuje się, że jest to niewyobrażalnie dobre,
to nagle zaczynasz mieć obsesyjną ochotę na więcej? — zapytał nagle.
Uniósł wzrok, wbijając poważne,
pociemniałe ze stresu spojrzenie w kocie oczy tancerza. Nie było mu już do
śmiechu. Uświadamiał sobie z przerażającą ostrością, że podobało mu się to
wszystko tak bardzo, iż mógłby zapragnąć powtórki. Zjawisko, które do tej pory
traktował jako literacką abstrakcję w opowiadaniach Rage'a, nagle
zmaterializowało się w jego własnych, buzujących żyłach.
Michael natychmiast się wyprostował,
zdejmując dłonie z twarzy. Ominął blat powolnym, pewnym krokiem, sunąc
opuszkami palców po zimnym krawędziach marmuru, aż stanął tuż obok wpatrzonego
w niego fotografa.
— A masz ochotę na więcej? — zapytał
cicho, przenikliwym tonem. Słynął z zadawania ciężkich, uderzających w punkt
pytań, o czym James miał się właśnie przekonać. — Masz? Aż tak ci się
spodobało? Było ci tak dobrze, że pragniesz, by ten moment się nie kończył?
Przesunął dłonią po napiętym,
umięśnionym ramieniu gospodarza, po czym kucnął delikatnie i wcisnął się w
wąską przestrzeń między Jamesem a kuchenną wyspą. Odwrócił się przodem,
układając swoje chłodne dłonie na pasku od jego spodni. Patrzył na niego z dołu
z ufnością i miękkim, zachęcającym uśmiechem.
— Powiedz mi. Tak absolutnie szczerze,
bez krycia się za fasadą twardziela. O czym pomyślałeś, gdy bezczelnie ukradłem
ci ten pocałunek w sypialni? Czego pragnąłeś, gdy całym ciałem wtuliłem się w
ciebie i błagałem o więcej?
Głośny brzęk upuszczonego na blat noża
był jedyną odpowiedzią Jamesa.
Aż do tej chwili wydawało mu się, że to
on kontroluje tę rozmowę. Kiedy Michael wślizgnął się w jego strefę komfortu i
uderzył serią tak intymnych, brutalnie trafnych pytań, fotograf poczuł się jak
zapędzony w kozi róg. Oparł dłonie o szafkę po obu stronach blondyna, by
przypadkiem się nie zachwiać. Obecność dłoni chłopaka na granicy jego bioder
działała na niego jak zapalnik. Wspomnienia tego, jak dobrze czuł się z ustami
tancerza na swoich wargach, zalały go potężną falą. Zacisnął usta w wąską
linię.
— Sam nie wiem... — zaczął powoli,
niemal z bólem. — Czuję, że ja się po prostu do tego nie nadaję. Nie wiem, czy
w ogóle potrafiłbym fizycznie ci to okazać... to wszystko, o czym mógłbym ci
teraz opowiedzieć.
Odwrócił wzrok, wpatrując się w ziejącą
czernią szybę okna. Jego wypracowane przez lata opanowanie zniknęło
bezpowrotnie. Chociaż czuł fizyczne pożądanie, bezpośredniość i pewność siebie
Michaela obudziły w jego umyśle pierwotny, paraliżujący strach przed nieznanym.
— Przecież nic nie goni, prawda? —
szepnął łagodnie Michael.
Wspiął się na palce, złożył na policzku
Jamesa ostrożny pocałunek przypieczętowujący obietnicę spokoju, po czym wywinął
się z klatki jego ramion. Wrócił na swoje miejsce po drugiej stronie wyspy z
posłuszeństwem grzecznego ucznia.
— Odpuśćmy ten temat na dzisiaj.
Zapomnij o tym, co narobiłem w twoim łóżku. Ukrój mi ciasto i po prostu pozwól
mi wrócić do pionu. A kiedy kiedykolwiek zechcesz i będziesz gotowy... —
rozłożył bezradnie ramiona, posyłając mu szczery uśmiech. — Wiesz, gdzie mnie
szukać. Nigdzie się nie wybieram.
Był do bólu wyrozumiały. Gdyby James w
tej chwili zażądał, by udawali obcych ludzi, na uczelni mijałby go bez słowa.
Nie chciał stanowić dla niego ciężaru ani niszczyć mu życia. Chętnie uciekłby
stąd od razu, by dać mu przestrzeń, ale obiecał deser. No i musiał poskładać do
kupy własne, rozpalone ciało, zanim wróci do mroźnej rzeczywistości ulicy.
— Jasne... — James odetchnął głęboko.
Jego twarz w ułamku sekundy zamarzła w
idealnie wyrzeźbioną maskę uprzejmej obojętności, na którą przykleił wymuszony
uśmiech. Powinien był to wszystko dokładnie przekalkulować, z dala od pokus.
Podzielił sernik, zsuwając porcję na talerzyk Michaela, a obok niego odkładając
łyżeczkę. Sobie ukroił równie słuszny kawałek. Zebrał swój zestaw i, nie
patrząc więcej na blondyna, odwrócił się w stronę strefy wypoczynkowej, by
zająć miejsce na głębokim, skórzanym fotelu. Rozumiał, że Michael potrzebował
własnej przestrzeni na ostudzenie emocji. Chociaż atmosfera stała się tak gęsta
od napięcia, że można by ją ciąć nożem, James potrafił udawać, że wszystko jest
w normie. Lata obserwowania mistrza kamuflażu, Rage'a, przynosiły efekty w
kryzysowych momentach.
Michael nie podążył za nim. W absolutnym
milczeniu zatopił łyżeczkę w cieście. Słodycz była wyborna, choć z pewnością
smakowała gorzej niż wargi Jamesa, do których stracił właśnie, być może
bezpowrotnie, dostęp. Pochłonął swoją porcję mechanicznie. Odłożył pusty
talerzyk do zlewu z cichym brzękiem, po czym wolnym krokiem wszedł do salonu.
Stanął naprzeciwko fotela gospodarza, krzyżując ręce w kieszeniach.
— Dzięki za deser. Był świetny. Myślę,
że ocalenie mi dzisiaj życia to i tak stanowczo za dużo jak na jedną dniówkę,
więc... — wzruszył ramionami. Spróbował się uśmiechnąć, choć wyszło to boleśnie
blado i krzywo. — Będę się zbierał. Muszę dotrzeć do domu, podzwonić po
notatki... dowiedzieć się, co straciłem przez ucieczkę, żeby nie mieć tyłów...
Paplał bez najmniejszego sensu, kierując
się krok za krokiem w stronę przedpokoju. Zatrzymał się dopiero przy wyjściu,
by wsunąć stopy w adidasy. Wciąż potrzebował, by James zwolnił zamek w
drzwiach.
— Nie chcę, żebyś jeszcze wychodził. Ale
skoro twierdzisz, że tak będzie bezpieczniej... — James odłożył swój nietknięty
deser na szklany stolik i podniósł się z fotela.
Ruszył za nim. Dojście do mieszkania nie
stanowiło dla blondyna zagrożenia, był środek pogodnego, uniwersyteckiego dnia.
Niemniej jednak James zbliżył się, bez słowa otworzył drzwi, po czym podniósł
dłoń, by ponownie poczochrać miękkie włosy na karku tancerza i gładząc jego
szyję.
— Na pewno się jeszcze zobaczymy. Ja też
nigdzie nie uciekam — powiedział cicho. Sięgnął do kieszeni po smartfona i
pomachał nim przed twarzą chłopaka. — Byłoby jednak o wiele prościej, gdybyś
dał mi swój numer. Mogę nie pojawiać się w szkole przez kilka najbliższych dni.
Zamierzam przeczekać w domu moment, aż ojciec oficjalnie wypieprzy tamtych z
roku.
Zawiesił wzrok na podświetlonym ekranie,
przygotowując się do wpisania nowego kontaktu. Wolną dłonią pchnął szerzej
skrzydło drzwiowe.
— Odprowadzę cię do wyjścia. Nawet jeśli
ochroniarz nie miał zmiany i cię pamięta, tak będzie lepiej.
Miał ochotę pożegnać go w zupełnie inny
sposób. Miał morderczą ochotę przycisnąć go do tej pancernej framugi i
pocałować, by zdobyć twardą, fizyczną pewność, że to wszystko nie uleci. Zabrać
go z powrotem na kanapę i po prostu go nie wypuszczać. Wiedział jednak, że
jeśli pęknie, narastające napięcie skrzywdzi ich obu. Utrzymał więc fasadę
opanowanego, opiekuńczego kolegi.
— James, ja też nie chcę stąd iść,
ale... — Michael musiał odetchnąć głęboko, by nie wypalić z jakimś
melodramatycznym pożegnaniem. — Sam wiesz, jak jest. Obaj musimy ochłonąć,
nabrać dystansu, przemyśleć to wszystko na chłodno. Wiesz o tym doskonale.
Wyszedł na korytarz. Kiedy James zażądał
numeru, podyktował go płynnie, z pamięci. Jego ręce wciąż spoczywały zakopane
głęboko w kieszeniach jeansów, jakby zakuto je w kajdany — bał się, że jeśli je
stamtąd wyciągnie, straci resztki powściągliwości i rzuci się na fotografa.
Przyciąganie do tego chłopaka działało jak najsilniejsze pole magnetyczne.
Gdy dotarli w milczeniu do szybu
windowego, Michael oparł się plecami o chłodną ścianę, wpatrując się w
oświetloną halogenami twarz Jamesa.
— Dawno nie bawiłem się w niczyim
towarzystwie tak rewelacyjnie, jak dziś z tobą. Było naprawdę genialnie i...
Zazgrzytał zębami. Stoczył sekundową,
heroiczną batalię, by po prostu odpuścić. By wejść do windy, uśmiechnąć się i
dać Jamesowi ten cholerny czas na zapomnienie.
Przegrał z kretesem.
Błyskawicznie wyrwał dłonie z kieszeni,
odepchnął się od ściany i w ułamku sekundy znalazł się w przestrzeni osobistej
fotografa. Zarzucił mu ramiona na szyję i wpijał się w jego usta z desperackim,
głębokim i namiętnym pocałunkiem. Musiał. Za nic w świecie nie potrafiłby wejść
do tej pieprzonej windy bez smaku Jamesa na wargach.
Smartfon z głuchym trzaskiem upadł na
marmurową posadzkę korytarza.
James nie myślał. Jego ręce odruchowo
owinęły się wokół talii tancerza, przyciągając go do siebie z brutalną,
miażdżącą siłą, jakby rozłąka zdążyła go już pozbawić zmysłów, a on wygłodniały
szukał rekompensaty. Uderzył plecami Michaela w ścianę, przy której chłopak
jeszcze sekundę temu stał, i całkowicie zablokował mu możliwość odwrotu.
Ale blondyn wcale uciekać nie zamierzał.
Zdążył w jednej chwili zapomnieć o wszystkich egzystencjalnych dylematach, by
odpowiedzieć na to zniewalające pragnienie. James całował go mocno, twardo, ale
z szacunkiem — z rosnącym głodem.
Mógłby tak trwać wieczność. Zignorował
fakt, że w każdej chwili z windy mógł wysiąść ojciec czy obcy lokator. Musiał
jednak zaczerpnąć tchu. Oderwał się nieznacznie, opierając zroszone czoło o
czoło Michaela. Oczy miał ciemne, kompletnie zamglone żądzą.
— Chcesz wiedzieć, co czuję, kiedy mnie
w ten sposób całujesz? — wyszeptał nierówno, prosto w jego wilgotne wargi. —
Totalne szaleństwo. Wszystko we mnie to jeden, wielki, obłędny pociąg do
ciebie. Nie pytaj dlaczego. Sam nie rozumiem ani słowa z tego, co się dzieje.
Po tym cichym, desperackim wyznaniu
złożył na rozchylonych, zszokowanych ustach chłopaka jeszcze jeden krótki
pocałunek, po czym ukrył twarz w zagłębieniu jego szyi, oddychając
spazmatycznie.
Michael całkowicie poddał się
namiętności, która eksplodowała w tej sterylnej przestrzeni korytarza. Chciał
zaserwować im obojgu niewinny, pożegnalny prezent, a nie przypuszczał, że
fotograf zrzuci z siebie resztki pancerza i odpowie z taką siłą. Dosłownie
ugięły się pod nim nogi. Gdyby James nie wgniótł go w ścianę, osunąłby się na
podłogę. Podniecenie wezbrało w nim z siłą gejzeru. Szukał ust Jamesa,
desperacko starając się dotrzymać kroku jego gwałtowności, oddając każdą uncję
swojego pragnienia. Zmiażdżone, nabrzmiałe usta pulsowały mu słodkim bólem.
Serce stanęło mu w gardle.
— Nie będę pytał — wycharczał Michael,
ledwo łapiąc oddech, wtulając palce w muskularne plecy pod materiałem koszulki.
— Nie muszę. Dokładnie wiem, co czujesz, bo ze mną dzieje się dokładnie to
samo.
Zamknął na moment oczy, przyjmując z
wdzięcznością ostatni pocałunek Jamesa. Czuł pod palcami napięte do granic
możliwości ciało fotografa. Wiedział, że ten cienki lód właśnie zaczął
trzaskać.
— Muszę iść, James. Muszę wejść do tej
windy — jęknął z wyraźnym, bolesnym zawodem, a dźwięk ten odbił się cichym
echem na korytarzu. — Zanim będzie za późno na jakąkolwiek samokontrolę. Zanim
ulegnę i zmuszę cię do czegoś, na co obaj nie jesteśmy gotowi.
Westchnął rozpaczliwie, opierając
policzek o klatkę piersiową Jamesa.
— Muszę...
W tym jednym słowie brzmiała absolutna
rezygnacja i przegrana z własnym pożądaniem, którego tego popołudnia już nie
nakarmią.
Wcale nie dziwne zakończenie:) Uważam że bardzo dobre, bo James nie wie czego chce i gdyby poszli do łóżka było by to za szybko. No i tak wspaniale opisałaś ten konflikt uczuć tak jakbym ja sama go czuła. Pięknie:)
OdpowiedzUsuńPrzychylam się do komentarza Sol. Pomimo że chcę ich widzieć razem w łóżku i to TYM łóżku, to byłoby za wcześnie na to w tej chwili. James nie wie jeszcze czego chce. On musi sam siebie poznać, żeby nie zranić Michasia. Poza tym ja lubię takie powolne poznawanie się, dotyki, pieszczoty, które zapowiadają, że w przyszłości nastąpi zbliżenie, ale czekanie na to ma nas wprowadzić w ekscytujące napięcie. Wiecie, takie coś, że ma się cukierek w zasięgu ręki i zarazem nie ma. Potem jak się go dostanie to rozkosz w pełni. :D
OdpowiedzUsuńCo innego Rage i Dorian. Obaj są gejami i obaj działają na siebie i to bardzo. Natomiast James i Michael potrzebują czasu. Zakończenie rozdziału jak najbardziej mi się podoba.
Nieźle, czasami wzruszająco, a czasami zabawnie.Ach te namiętne całuski.James przepadł, ale czy będzie miał odwagę się do tego przyznać? Michael okazał się małym mądralą o stalowej woli. Nie spodziewałam się tego po nim. Chyba faktycznie powinni sobie dać trochę czasu. Swoją drogą ciekawe, że tego Michaela nikt jeszcze do tej pory nie upolował, przecież to prawdziwy cukiereczek.
OdpowiedzUsuń