czwartek, 6 września 2012

Rozdział V [James]

— Michael.

I kto tu nie dokończał zaczętych zdań? Gdyby to jeszcze była jakaś błahostka, James puściłby to mimo uszu. Ale w ustach tego przerażonego chłopaka urwane zdanie zabrzmiało tak, jakby Dorian miał co najmniej zamordować Rage'a z zimną krwią.

— Wróć tu i powiedz, o co chodzi — zażądał James.

Nie prosił, ale też nie krzyczał. Jego głos był chłodny, podszyty nieznoszącą sprzeciwu stanowczością, a wzrok wbił się w plecy wychodzącego blondyna jak stalowe ostrze. Nie miał zamiaru ruszać się z łazienki, dopóki nie rozwieje swoich nagłych podejrzeń co do morderczych instynktów malarza. Wątpiąc, by chłopak mógł go zignorować, podszedł do umywalki i zmoczył dłonie, przecierając twarz chłodną wodą, by ostudzić rosnącą irytację.

— Ale... James...

Drzwi łazienki otwarły się i zatrzasnęły z głuchym stukotem. W ułamku sekundy Michael znalazł się tuż za nim. Chwycił wysokiego chłopaka za ramię i — mimo swojej drobnej budowy — szarpnął go z zaskakującą siłą, zmuszając do odwrócenia się przodem. Blondyn nie uśmiechał się. Jego twarz wciąż płonęła purpurą, ale nie było na niej już ani cienia dawnego rozbawienia czy zawstydzenia. Zastąpiła je czysta, pulsująca panika.

Otworzył usta, by wyjaśnić powód swojego zachowania, gdy nagle powietrze rozdarł ogłuszający dzwonek, obwieszczający koniec przerwy. Hałas był tak potworny, że Michael musiał zacisnąć zęby i poczekać, aż ucichnie. W duchu gorączkowo modlił się, by nikt nie wpadł na pomysł skorzystania z tej konkretnej toalety. Zwłaszcza nikt z homofobicznej świty Jamesa.

Gdy echo dzwonka wreszcie wygasło, James skrzyżował ramiona na klatce piersiowej.

— No, mów — rzucił twardo, czekając, aż dzieciak w końcu z siebie wszystko wyrzuci.

Jakoś niespecjalnie go w tej chwili obchodziło, czy ktoś ich tu przyłapie. Czuł wzbierającą irytację, którą w normalnych okolicznościach bez wahania wyładowałby na swoich znajomych z parkingu. Wątpił, by podniósł rękę na Michaela, ale zostawienie go na pastwę losu wydawało się nagle bardzo kuszącą opcją.

Oparł się ciężko biodrem o krawędź umywalki. Głowa zaczynała go boleć z głodu, a zszargane nerwy tylko potęgowały ten stan. Zdecydowanie nie było dobrze.

Zaledwie minutę po dzwonku drzwi otworzyły się z piskiem zawiasów i do łazienki wpadły dwie rozchichotane dziewczyny. Kiedy tylko ich wzrok padł na postawnego Jamesa stojącego w pustym pomieszczeniu z drobnym tancerzem, ich twarze oblały się szkarłatem. Jak szybko wbiegły, tak równie szybko zniknęły za drzwiami, piszcząc i śmiejąc się jeszcze głośniej i bardziej piskliwie niż wcześniej.

— Albo nie mów — warknął James.

Błyskawicznie złapał Michaela za nadgarstek i pociągnął w stronę okna na końcu pomieszczenia. Po raz pierwszy w swojej uczelnianej karierze musiał uciekać — a raczej, chłodno kalkulując, wiedział, że musi. Znał te dziewczyny jak jęczmień we własnym oku. Były to największe, najbardziej jadowite plotkary i donosicielki w całej szkole. Na domiar złego obie pałały do niego mściwą niechęcią od czasu, gdy brutalnie spławił jedną z nich, odmawiając prywatnego spotkania.

Bez namysłu wskoczył na masywny, żeliwny kaloryfer i mocnym pchnięciem otworzył skrzydło okna na oścież.

— Wskakuj. Zwijamy się — zarządził.

Zanim przepuścił Michaela, wychylił się ostrożnie, skanując teren na zewnątrz, by upewnić się, że droga ucieczki jest czysta.

Michael zamrugał, całkowicie wytrącony z równowagi. Zdał sobie sprawę, że ten chłopak był kompletnie inny, niż zakładał, ale żeby ryzykować własną reputację dla ratowania go przed plotkami? Tego się absolutnie nie spodziewał. Nie miał jednak czasu na analizę sytuacji. Wolał działać i pozwolić, by James przejął dowodzenie.

Jako tancerz dysponował doskonałą kondycją i żelazną koordynacją ruchową. Jego ciało było posłuszne rozkazom w stopniu, który często zaskakiwał otoczenie. Błyskawicznie wskoczył na kaloryfer, przytrzymując się twardego ramienia Jamesa z braku innego oparcia, po czym równie płynnie i bezszelestnie wyślizgnął się przez ramy okienne.

Wylądował miękko na gęstym trawniku na tyłach uczelni. Droga była wolna. Odsunął się, by zrobić miejsce Jamesowi, i nagle... dotarł do niego cały absurd tej sytuacji. On, Michael, właśnie wymykał się przez okno szkolnej toalety niczym zakochany Romeo z sypialni swej oblubienicy. Sęk w tym, że jemu do klasycznego Romea było wyjątkowo daleko, a wielkiemu, postawnemu Jamesowi do mdlejącej Julii jeszcze dalej.

Ten groteskowy obraz wywołał u tancerza nagły, dławiący atak śmiechu. Przykrył usta obiema dłońmi, niemal dusząc się z wesołości, nad którą tracił kontrolę. Jeszcze chwila, a jego chichot zaalarmowałby całą społeczność akademicką, a co gorsza — bandę homofobów z korytarza.

— Człowieku, milcz i wstawaj... — syknął mu prosto do ucha James, lądując obok niego i natychmiast stając na równych nogach.

Zmierzył rozbawionego blondyna wzrokiem, który wyrażał jedno: na co ty u diabła jeszcze czekasz, na święta? Nie tracąc czasu, ruszył pospiesznym krokiem w stronę studenckiego parkingu. Przerwa wciąż trwała, co minimalizowało ryzyko natknięcia się na jego uroczych kumpli. W dodatku ci, przed którymi najbardziej uciekali, raczej nie należeli do typu uczniów wymykających się z zajęć na papierosa za szkołę.

James skradał się, przemykając od drzewa do drzewa niczym Różowa Pantera. Czuł się przy tym potwornie głupio, ale jego instynkty krzyczały tylko jedno: dotrzeć do samochodu i zniknąć z radaru, zanim ktokolwiek zorientuje się, że wciąż nie pobił tego dzieciaka. W głowie już widział te triumfalnie uśmiechnięte twarze plotkar i wściekłość swoich "przyjaciół". Cóż, zanosiło się na kolejne dni nieobecności, choć i tak planował zadzwonić do dyrektora, by usprawiedliwić Rage'a. Robił to zawsze.

— Dobrze, już dobrze — wyburczał Michael, ruszając tuż za chłopakiem i skradając się w równie komiczny sposób.

Sytuacja wciąż go bawiła. Gdyby chodziło tylko o niego, po prostu wziąłby nogi za pas, przebiegł parking sprintem i wtopił się w tłum na najbliższej ulicy. Jakikolwiek sklep czy kawiarnia zapewniłyby mu schronienie przed ewentualnym pościgiem. Ale teraz... teraz na szali leżało również dobro Jamesa. Był mu to winien, skoro ten wielki facet uratował mu dziś tyłek.

Gdy tylko dotarli do czarnego, sportowego auta, Michael wślizgnął się na fotel pasażera i zsunął się tak nisko, by z zewnątrz jego jasna głowa nie była widoczna. Czekał w milczeniu, wciąż zanosząc się cichym śmiechem, zakrywając poczerwieniałą twarz dłońmi, aż James odpali silnik, wyjedzie z parkingu i da mu znać, że są bezpieczni.

— Naprawdę nie wiem, co cię tu tak bardzo śmieszy — rzucił poważnie James, ruszając z ostrego pisku opon. — I zapnij pasy — dodał niemal automatycznie.

Gdy w końcu wyjechali na szeroką, ruchliwą arterię, zrzucając z siebie ciężar szkolnego zagrożenia, sam zaczął się głośno śmiać. Był to śmiech czystej, buzującej ulgi. Może i Michael tego nie widział, kryjąc się w fotelu, ale James zdążył dostrzec w lusterku, jak jego koledzy — brunet i rudzielec — wybiegają głównymi drzwiami uczelni. Wyglądali jak dwa zdyszane, zdezorientowane byki na arenie. Wieść musiała już się rozejść, ale to nie miało teraz znaczenia. Poradzą sobie.

Wydobył telefon z kieszeni jeansów i wystukał numer całkowicie z pamięci, nie odrywając wzroku od drogi. A prowadził szybko, niemal na krawędzi szaleństwa. Nie zmierzali do żadnej z pobliskich restauracji, barów ani kawiarni. Krajobraz za oknami zaczął rosnąć; dojeżdżali w zastraszającym tempie do dzielnicy luksusowych apartamentowców, charakteryzujących się oszklonymi, lustrzanymi elewacjami.

— Cześć, tato, słuchaj. Było małe spięcie — zaczął James do słuchawki, zręcznie omijając wolniejsze auto. — Tak, znów uciekłem ze szkoły i chciałem ci tylko przekazać, że Raveswortha nie będzie dzisiaj, ani jutro też. Tak, znów się źle czuje. No, dobra, dobra... Rozumiem. Jadę do domu coś zjeść, a potem odwiozę kolegę. Nie, tato, powiem ci w domu. Miej oko na Gary'ego i Holta. No, cześć.

Zakończył połączenie, wsunął aparat głęboko do kieszeni i dopiero wtedy zaszczycił Michaela spojrzeniem. Zwolnili gwałtownie, zatrzymując się przed masywną, stalową bramą wjazdową, pilnowaną przez ochroniarza w stróżówce.

— Tato? Hm? Chcesz mi powiedzieć, że właśnie dzwoniłeś do ojca, żeby usprawiedliwił cię z nieobecności na zajęciach, a on to tak po prostu łyknął? — Radość Michaela momentalnie zniknęła, zastąpiona przez ogromne, niemal komiczne zdziwienie.

Owszem, słyszał plotki, że jeden z chłopaków z tej irytującej grupy opryszków ma powiązania z dyrektorem, ale przez myśl mu nie przeszło, że facetem, z którym właśnie jechał, jest syn samego szefa uczelni. Patrzył na Jamesa z rozdziawionymi ustami, siedząc bez zapiętych pasów, których nawet nie zdążył odszukać podczas szaleńczej jazdy. Zamiast jednak teraz naprawić ten błąd, rozejrzał się po ekskluzywnej okolicy, próbując zlokalizować, gdzie właściwie się znajdują.

— A co się w ogóle dzieje z Ragem? Dlaczego stwierdziłeś, że znów się gorzej poczuł? — zapytał, wciąż podziwiając wysokie wieżowce za oknem.

— Rage dzwonił do mnie rano i prosił, żebym miał na ciebie oko, bo sam nie jest w stanie. Pewnie znów dopadło go jakieś paskudne przeziębienie albo wirus. Ma fatalną odporność — wyjaśnił gładko James.

Sam doskonale wiedział, że mija się z prawdą w spektakularny sposób, ale musiał jakoś uspokoić blondyna, a zresztą sam nie miał zamiaru bawić się w naczelnego plotkarza i rozpowiadać o prywatnych perypetiach pisarza i Doriana.

— Idziemy do mnie. Zamówimy pizzę do mieszkania albo coś ugotuję, bo mój żołądek właśnie postanowił zwiędnąć — westchnął ciężko, opuszczając szybę. James ukazał stróżowi magnetyczną kartę wjazdową, a szlaban uniósł się cicho. Spojrzał na zdezorientowanego chłopaczka i uśmiechnął się do niego szeroko, szczerze. — Mój ojciec to dyrektor. W zasadzie dlatego w ogóle tam chodzę, żeby miał mnie na oku. Toleruje moje wyskoki, bo doskonale wie, że wolałbym robić coś zupełnie innego, a najbliższa placówka mojego wyboru jest albo za daleko, albo za blisko mojej matki. A do niej nie mam najmniejszego zamiaru się przenosić.

Wyciągnął dłoń i po raz kolejny tego dnia bezceremonialnie potargał jasne włosy chłopaka. — Nie martw się, będzie dobrze. A tamci dwaj... Prawdopodobnie i tak niedługo wylecą.

— A co takiego chciałbyś robić? Nie podoba ci się nasza uczelnia? — zapytał Michael.

Jakoś nie docierało do niego, że można studiować w takim miejscu wyłącznie z przymusu. On był na wydziale, ponieważ oddychał tańcem i wiedział, że nigdzie indziej nie zdobędzie takich szlifów. Kochał ten kampus i nie zamieniłby go na żaden inny.

Ciężkie westchnienie rozległo się w kabinie samochodu, gdy Michael przymknął oczy, odchylając głowę lekko w tył w odpowiedzi na czochranie. Powoli zaczynał się do tego przyzwyczajać. Co więcej, ku swojemu przerażeniu, zaczynało mu się to nawet podobać.

— W takim razie... ja też musiałbym gdzieś zadzwonić. Choć nie wiem, czy w ogóle powinienem — mruknął, wyciągając własny telefon i wpatrując się w ciemny wyświetlacz. Po chwili wahania doznał olśnienia. Wystukał krótką, rzeczową wiadomość tekstową, po czym z ulgą ukrył aparat z powrotem w kieszeni.

Uśmiechnął się do Jamesa, rozkładając ręce w geście kapitulacji.

— Jeśli o jedzenie chodzi... mogę ci ewentualnie zrobić sałatkę. Albo zaparzyć kawę czy herbatę. Na tym mój repertuar kulinarny definitywnie się zamyka. — Zrobił krótką pauzę, po czym klasnął w dłonie, aż podskoczył na fotelu. — Chociaż nie! Potrafię zaserwować genialny deser lodowy!

W tym jednym był absolutnym mistrzem, pod warunkiem że zamrażarka gospodarza skrywała odpowiednie składniki.

— Nie mówię, że nasza buda mi się nie podoba. Mam ten komfort, że uczęszczam tylko na te zajęcia, które mnie interesują. Czerpię trochę z tańca, maluję abstrakcje, czasami zaglądam z Ragem na teatr... Jest różnie. — James wmanewrował sportowe auto pod jedno z głównych wejść wieżowca. — Poza tym, przypominam, że zadałem ci w szkole pytanie, na które bardzo zręcznie uniknąłeś odpowiedzi. A musisz wiedzieć, że bywam okrutnie pamiętliwy, Michasiu.

Zgasił silnik, ale nie wyłączył zapłonu. Wyciągnął kluczyki i rzucił je chłopakowi, który właśnie otwierał drzwi. Gdy obaj znaleźli się bezpiecznie na wypolerowanym chodniku, James powrócił za kierownicę i zjechał do podziemnego garażu, zostawiając blondyna przed szklanymi drzwiami.

Kiedy James wynurzył się z czeluści parkingu, jego policzki wciąż lekko piekły. Od momentu, gdy w samochodzie padło niefortunne hasło „deser lodowy”, w głowie potężnego chłopaka pojawiło się skojarzenie o zgoła innym, znacznie bardziej sprośnym charakterze. Z cichym, stłumionym westchnieniem podszedł do Michaela, objął go ciężkim ramieniem w całkowicie kumplowskim geście i poprowadził w stronę wejścia. Wolną dłonią wyciągnął z kieszeni skórzany portfel, a z niego — używając zębów — białą kartę magnetyczną.

— Tak na marginesie, przekaż Dorianowi, żeby przestał się o ciebie martwić. Nie zrobię ci krzywdy. Przynajmniej dopóki nie padniesz z przejedzenia — rzucił wesoło.

Brutalnie wyrzucił z głowy natrętne myśli o "lodach" i posłał Michaelowi olśniewający uśmiech. Widać było, że wejście na własne terytorium podziałało na niego kojąco. Tu nikt nie mógł ich oceniać, nikt nie mógł snuć domysłów na temat jego dziwnego, nowego towarzystwa. Byli całkowicie bezpieczni. Poprowadził blondyna marmurowym holem do cichej, lustrzanej windy.

Michael poczuł, jak od wewnątrz rozgrzewa go niesamowita radość. Iść u boku Jamesa i czuć się absolutnie nietykalnym było wspaniałym uczuciem. Dorian od zawsze dawał mu ochronę, ale relacja z malarzem była inna — głęboka, braterska, pozbawiona niedomówień. Z Jamesem dopiero się poznawali, a dynamika tego poznawania intrygowała go do granic możliwości. Postawny chłopak stawał się kimś niezwykle barwnym, łamiąc stereotyp brutalnego dresa. Blondyn odruchowo, szukając ciepła, wcisnął się nieco mocniej w jego bok.

— Ale co właściwie mam mu przekazać? Dorian miał dzisiaj podjechać po Rage'a pod szkołę, bo umówili się na pierwszą próbę do tego nieszczęsnego przedstawienia. Napisałem mu po prostu, że Rage zachorował. Znając życie, zaraz zechce pojechać do niego z wizytą. — Michael uniósł głowę, spoglądając w twarz Jamesa.

Podobała mu się szczerość malująca się na jego ostrych rysach. Odklejony od tłumu, w czterech ścianach jadącej w górę kabiny, wydawał się jeszcze bardziej ludzki niż tam, na dole w sali baletowej.

— Nie wiem tylko... — urwał w połowie zdania, gdy w jego kieszeni krótko zawibrował telefon.

Wyciągnął aparat. Na jego twarzy natychmiast zagościł wyraz konsternacji.

— Kurczę — mruknął, spoglądając na Jamesa przepraszająco. — Dorian prosi, żebym w trybie pilnym poszedł do sekretariatu i zdobył dla niego domowy adres Rage'a.

— Skoro tak bardzo chce go odwiedzić, to proszę bardzo. Nie musisz narażać się w sekretariacie. Znam jego adres — stwierdził spokojnie James, patrząc na przesuwające się na wyświetlaczu numery pięter. Skrzywił się mimowolnie na myśl o swoim przyjacielu. Wypuścił głośno powietrze z płuc. Znał Rage'a bardzo dobrze — to był człowiek ceniący niezależność, skryty i momentami piekielnie dumny. Niezapowiedziana wizyta z pewnością nie była tym, o czym teraz marzył.

Winda zatrzymała się z cichym dźwiękiem dzwonka. Na wyższych kondygnacjach wieżowca znajdowały się tylko dwa apartamenty na piętro. James użył karty i pchnął ciężkie, dębowe drzwi, gestem zapraszając Michaela do środka.

Mieszkanie nie miało przedpokoju z prawdziwego zdarzenia. Otwierało się od razu na ogromny, przestronny salon, urządzony w bardzo surowym, nowoczesnym i bezlitośnie minimalistycznym stylu. Wysokiej klasy wypoczynek na środku zapraszał do odpoczynku. Po prawej stronie przestrzeń płynnie przechodziła w jasną, wyposażoną we wszystkie nowinki technologiczne kuchnię, z kolei z lewej strony znajdował się korytarz z trzema zamkniętymi drzwiami — z pewnością kryjącymi łazienkę oraz sypialnie ojca i syna.

— Jeśli byłbyś tak uprzejmy. Wyślę mu to SMS-em i niech chłopaki same radzą sobie ze swoimi dramatami — mruknął Michael, przekraczając próg i stając jak wryty.

Sam nie pochodził z biedy, ale to mieszkanie po prostu krzyczało brutalnym bogactwem. Zadarł głowę, omiatając wzrokiem wysokie sufity z nabożną czcią. Nie miał pojęcia, jak się zachować. Powinien zdjąć buty? Zostać w nich? Czekać na wycieraczce?

— Bardzo ładnie tu masz... — wydukał, pochylając się, by jednak rozwiązać sznurówki swoich sportowych butów. Był przyzwyczajony do chodzenia po domu w skarpetkach. Mimo wszystko przepych apartamentu potwornie kłócił się z wizerunkiem "chłopaka z bramy", za jakiego jeszcze przed chwilą miał Jamesa. Ta jaskrawa sprzeczność fascynowała go coraz bardziej.

— Moja matka zleciła urządzenie tego wnętrza dekoratorowi, gdy tata postanowił je kupić po rozwodzie. Czasami czuję się tu jak w katalogu meblowym, ale mimo wszystko to mój dom. Mogłeś nie ściągać butów, i tak nikt nie odkurzał tu od zeszłego tygodnia — rzucił swobodnie James.

Z uśmiechem poczochrał jasne włosy Michaela, ruszając w stronę kuchennej wyspy. Uwielbiał ten odruch i gdyby mógł, spędziłby pół dnia na układaniu jego niesfornej czupryny.

Sam zignorował zdejmowanie obuwia. Pozbył się jedynie sportowej bluzy, którą bezceremonialnie cisnął na najbliższe skórzane krzesło, zostając w lekko przyciasnej, ciemnej koszulce. Nie była skurczona w praniu; uwielbiał jej przylegający krój od dnia, gdy Rage podarował mu ją na urodziny kilka lat wcześniej.

Zanim jednak zniknął na dobre w strefie kuchennej, wyciągnął ramiona wysoko nad głowę, przeciągając się z cichym, głębokim mruknięciem. Materiał koszulki podjechał w górę, odsłaniając umięśnione plecy i pas lędźwi, na którym Michael natychmiast dostrzegł intrygujący, wykonany ciemnym tuszem tatuaż w kształcie niewielkich, układających się w łuk gwiazd.

— Chodź do kuchni! — zawołał zza rogu James.

— Pamiętaj o adresie Rage'a — przypomniał Michael, wchodząc za gospodarzem.

Był gejem, nie miał zamiaru się z tym kryć i w przeciwieństwie do pisarza, otwarcie doceniał to, co estetyczne. Podziwianie cudownie zbudowanego, rozciągającego się przed nim faceta stanowiło doskonałą rekompensatę za stresujący poranek. Kiedy James odwrócił się do niego przodem, z tą swoją opiętą koszulką, Michael głośno przełknął ślinę. Oparł się swobodnie o kamienny blat i posłał gospodarzowi wredny, wyzywający uśmiech.

— Całkiem niezłe ciacho z ciebie, wiesz? Gdyby nie fakt, że jeszcze wczoraj rano byliśmy śmiertelnymi wrogami, mógłbym w sprzyjających okolicznościach pomyśleć o tobie w zupełnie innych... bardzo dorosłych kategoriach.

— Osiedle Stromwella, budynek czterdzieści B, mieszkanie numer osiem — wyrecytował z pamięci James, z jedną ręką na klamce lodówki. Odwrócił głowę i obdarzył Michaela trudnym do odczytania uśmiechem. — A wiesz, że to, co powiedziałeś, jest autentycznie miłe? Zważywszy, że mówisz to z perspektywy faceta. Prawdę mówiąc, żadna dziewczyna od dawna nie powiedziała mi prosto w twarz, że jestem przystojny. Dziewczyny w ogóle bywają cholernie skomplikowane i zepsute.

Westchnął ciężko z udanym dramatyzmem, pogrążając się we wspomnieniach swoich nieszczęsnych, powierzchownych romansów, które zawsze rozbijały się o skrajności. Zanurkował w czeluściach podświetlonej lodówki, głośno przesuwając słoiki i garnki.

— Hah! — zakrzyknął z fałszywym triumfem. — Teoretycznie mój ojciec nie dba o prowiant. Będziemy musieli liczyć na cud, chyba że... masz ochotę na gulasz meksykański?

Wyciągnął ciężki, stalowy garnek i postawił go z brzękiem na kuchennej wyspie. Spojrzał na Michaela konspiracyjnie i z wahaniem, odsuwając na ułamek sekundy szklaną pokrywkę, by zbadać zawartość. — Uff, tak. Bogom niech będą dzięki. To faktycznie gulasz meksykański, a nie eksperyment biologiczny.

— Nigdy nie jadłem. Dobre to w ogóle? — zapytał Michael, nie odrywając oczu od telefonu, na którym właśnie kończył wpisywać adres w okienko wiadomości do Doriana. Dodał też krótki dopisek, by malarz absolutnie nie czekał na niego pod uczelnią, wspaniałomyślnie zatajając powody. Schował komórkę i spojrzał na gospodarza. — A co do dziewczyn, owszem, są dziwne. Ale tylko dlatego, że na siłę wychodzą z siebie, próbując przypodobać się wam, facetom. I dlatego zazwyczaj wychodzą na zdesperowane wariatki.

Michaś znał kobiety z innej, znacznie bardziej szczerej perspektywy niż James; w końcu większość z nich traktowała go jak doskonałą, zaufaną przyjaciółkę, obnażając przed nim wszystkie swoje sekrety i sztuczki.

— Poza tym, musiały być ślepe — dodał lekko, podchodząc bliżej.

Chciał zajrzeć przez ramię chłopaka, ale masywne ramię Jamesa skutecznie blokowało widok. Bez najmniejszego skrępowania wsunął się pod pachę gospodarza, stając między nim a parującym garnkiem. Zmarszczył nos.

— Nie-e. Jednak odpuszczam. Zdecydowanie nie lubię gulaszu meksykańskiego — mruknął krzywiąc się, a potem odwrócił twarz do kolegi z wymownym powątpiewaniem w jego zdolności oceny przydatności jedzenia do spożycia.

Danie w rzeczywistości prezentowało się całkiem znośnie — grube kawałki mięsa i sporo warzyw duszonych w gęstym, pachnącym ziołami brązowym sosie. James zignorował grymas blondyna. W jego dłoni niczym z rękawa magicznego sztukmistrza pojawiła się metalowa łyżka, zanurzyła się w gulaszu i po ułamku sekundy powędrowała w stronę ust Michaela.

— Otwórz i po prostu spróbuj — poprosił James, posyłając mu słodki, choć diaboliczny uśmiech, sugerujący co najmniej truciznę z arszenikiem.

W tym samym czasie jego wolna ręka w naturalnym, gładkim geście spoczęła na biodrze Michaela, opierając się tam z poufałością, która nie powinna mieć racji bytu po jednym dniu znajomości. Objął go w pasie i przysunął o milimetr do siebie. Cała ta scena w kuchni wyglądała tak domowo, jakby byli zgraną parą od lat, okazującą sobie prozaiczne czułości podczas odgrzewania jedzenia.

Michael, w pełni zahipnotyzowany, posłusznie rozchylił wargi, przyjmując porcję ciepłego gulaszu. I skłamałby, mówiąc, że nie zauważył drastycznego skrócenia dystansu. Jego skóra niemal zapłonęła, gdy poczuł dużą, ciepłą dłoń obejmującą go w talii. Zamiast się odsunąć, po prostu przyjął ten gest jako naturalne potwierdzenie kiełkującej sympatii i cichego poczucia bezpieczeństwa. Przełknął i powoli, starannie oblizał wargi ze śladów sosu.

— No dobrze... z bólem serca przyznaję, że jest to absolutnie jadalne — zawyrokował z powagą. Odwrócił głowę w stronę Jamesa, kładąc mu chłodną dłoń prosto na piersi, dokładnie na wysokości bijącego serca. — Ale zjem ten obiad pod jednym, twardym warunkiem. Dostanę później na deser to, o co prosiłem.

— Czyli jednak wciąż dopominasz się o loda, prawda? — James nie zdołał powstrzymać fali ironii w swoim głosie, jednak nie było w niej krzty złośliwości. Była to czysta, instynktowna chęć droczenia się z prowokującym blondynem. Szybko oblizał wargi i na wszelki wypadek odwrócił wzrok, skupiając się na przykrywce od garnka. — Zdecydowanie wybieram pizzę na telefon... a jako bonus zamówimy ci najwyżej jakieś rożki waniliowe.

Uśmiechnął się do samego siebie, chowając twarz za krawędzią otwartej lodówki. Ostatnio w jego głowie działy się rzeczy, których absolutnie nie rozumiał. Zawsze otwarcie manifestował, że faceci go nie pociągają — mogli kochać, kogo chcieli, byle trzymali się od niego z daleka. Ale teraz, przy tym bezczelnym tancerzu, coraz częściej nachodziła go niepokojąca, drapieżna myśl, by sprawdzić, co by było gdyby.

Michael wspiął się na palce, opierając obie dłonie na opiętych w talii biodrach Jamesa, by złapać równowagę. Zbliżył twarz do profilu chłopaka, delikatnie muskając jego policzek swoim własnym.

— Tak. Niezmiernie chętnie zajmę swoje spragnione usta potężną porcją lodów — wyszeptał mu wprost do ucha.

Nie czekał na odpowiedź. Z niesamowitą zwinnością wywinął się z ramion zszokowanego Jamesa i błyskawicznie czmychnął na drugi koniec ogromnej, kamiennej wyspy kuchennej. Oparł się o nią, posyłając mu absolutnie szyderczy, tryumfalny uśmiech. Wycelował w niego palcem, mrużąc oczy z fałszywym oburzeniem.

— Prowokujesz mnie, wielkoludzie. Jesteś złośliwy i grasz nieczysto. Wybaczę ci to ostatni raz, ale jeśli spróbujesz tego ponownie... obiecuję, że zemszczę się okrutnie i nie wezmę jeńców.

Wnętrze Michaela trzęsło się od histerycznego rozbawienia. Wyobraził sobie, jak wykonuje dla tego zakłopotanego, potężnego gościa prowokacyjny, profesjonalny striptiz, doprowadza go do granic szaleństwa, a potem ucieka z mieszkania ze śmiechem. Tak, to byłaby zemsta absolutna.

— Mam o wiele większą ochotę grać z tobą nieczysto, niż dzwonić po pizzę, o której pewnie zaraz i tak zapomnę — odparował z rozbrajającą szczerością James. W tych słowach kryło się coś więcej niż tylko żart.

Uśmiechnął się łobuzersko, biorąc garnek i bezceremonialnie odstawiając gulasz z powrotem na zimną półkę lodówki. Zamknął drzwi i ruchem dłoni przywołał do siebie chłopaka.

— Chodź, pokażę ci moją sypialnię. To znaczy... po prostu mój pokój.

Skierował się w stronę korytarza, wyciągając komórkę z kieszeni. Nadal był potwornie głodny, ale skupiony na droczeniu się z Michaelem i całej nowej, elektryzującej sytuacji, zapominał o burczącym brzuchu. Pchnął lekko kremowe drzwi do sypialni, jednocześnie wystukując na pamięć numer do lokalnej pizzerii.

Pokój Jamesa uderzał kontrastem z resztą apartamentu. Był spory, ale absolutnie i bezpardonowo zabałaganiony, noszący ślady artystycznego chaosu. Ścianę po lewej stronie okupował masywny regał uginający się od puszek z kolorowymi sprayami do graffiti. Obok stała wielka, rozsuwana szafa, rzędy głośników i klasyczna, umazana farbami sztaluga.

Pod szerokim oknem piętrzyło się ogromne, zmasakrowane tonami papierów biurko, na którym laptop tonął wśród brudnych kubków po kawie i... ogromnej, glinianej, imponującej rzeźby przedstawiającej dzikiego konia.

Centralnym punktem sypialni, umiejscowionym przy prawej ścianie, było potężne, rozłożyste łóżko pościelone w zieloną pościel w wielkie grochy. Spod materaca, w bardzo podejrzany i niepasujący do groźnego image'u sposób, wystawała ogromna pluszowa głowa aligatora.

Michael stanął w progu, zafascynowany tym wglądem w prawdziwe "ja" swojego niedawnego oprawcy. Zignorował wszelkie konwenanse. Nie zważając na to, czy wypada, natychmiast podszedł do regału, muskając palcami chłodny metal puszek po farbach. Stamtąd powędrował do biurka, gdzie zatrzymał się przed rzeźbą wierzchowca. Przesuwał delikatnie opuszkami palców po glinianym grzbiecie i rzeźbionej grzywie, podziwiając detale. Wystrój zdradzał tak wiele talentów i skrywanych pasji...

Wreszcie jego wzrok padł na pościel. Usiadł na krawędzi materaca, podskoczył lekko, testując sprężyny, po czym z całkowitą, bezczelną swobodą sięgnął pod ramę łóżka. Wyciągnął olbrzymiego, jaskrawozielonego aligatora.

Z szerokim, rozczulonym uśmiechem przytulił pluszaka do piersi, posyłając Jamesowi rozbawione spojrzenie.

— Dostałem go na urodziny od przyjaciela, gdy byłem młodszy. Kiedyś byłem nałogowym zbieraczem pluszowych miśków, ale moja pierwsza, genialna dziewczyna mnie wyśmiała i definitywnie z tym skończyłem — wyjaśnił spokojnie James, kończąc połączenie z pizzerią i odrzucając telefon na stertę śmieci zalegającą na biurku.

Uśmiechnął się, krzyżując ramiona. Materac łóżka był faktycznie średnio twardy — idealny do głębokiego snu i, jak mawiali jego kumple z klubu fitness, doskonały do uprawiania seksu. Zajął miejsce na brzegu pościeli obok Michaela, mierząc go coraz uważniejszym, głodnym wzrokiem. Ten uśmiechnięty blondyn ściskający w ramionach zębatego pluszaka wyglądał absolutnie urzekająco.

— Pizza będzie za dwadzieścia minut.

Michael głaskał miękki, pluszowy łeb gada, tuląc go do siebie czule.

— Wiesz, że to było absurdalnie głupie? Zrezygnować ze swojej pasji i wspomnień tylko dlatego, że jakiejś dziewczynie brakło empatii, by to docenić? — rzucił nagle, spoglądając Jamesowi w oczy z powagą.

Przesunął się bliżej, układając aligatora prosto na szerokich kolanach chłopaka, by po chwili głaskać maskotkę leżącą na nogach gospodarza.

— Wiesz, jak jemu musi być przykro, kiedy tak leży na zimnej podłodze w kurzu i z dołu słucha, jak smacznie śpisz? Nie chciałbyś chyba, żeby ktoś potraktował cię w ten sposób i wsadził cię pod łóżko, gdy nie jesteś akurat potrzebny, prawda?

Powiedział to całkowicie szczerze, ryzykując, że dorosły, twardy chłopak zaraz pęknie ze śmiechu. Michael miał dziwacznie emocjonalny stosunek do porzuconych maskotek.

— Michael, gwoli ścisłości, on ląduje pod łóżkiem tylko rano. — James spojrzał na blondyna, a w jego głosie zadźwięczała brutalna, rozbrajająca szczerość, niepodobna do kogoś w jego wieku. Blondyn skłonił go do odsłonięcia największej, najbardziej żenującej tajemnicy w historii jego dorastania. — W nocy on śpi obok mnie. Głównie dlatego, że... no wiesz, nie mam z kim sypiać. A to duże, zimne łóżko czasami bywa przytłaczające.

Zawahał się na ułamek sekundy, po czym dokończył:

— Lubię go. Tylko ten jeden ze mną został. Resztę swojej wielkiej kolekcji zawiozłem dawno temu do sierocińca. Uznałem, że tamte dzieciaki zrobią z nich o wiele lepszy pożytek.

Westchnął głęboko. — Co do dziewczyny... byłem wtedy w szczytowej fazie nastoletniego buntu napędzanego burzą hormonów. Głupio mi było, gdy moja nowa zdobycz oznajmiła mi, że nie będzie się ze mną kochać w mojej własnej sypialni, cytuję: "bo misie cały czas gapią się na jej tyłek". Wiesz, jak facet jest młody i głupi, desperacja bywa złym doradcą.

Zmrużył oczy, uświadamiając sobie, że tak samo jak brakowało mu partnerki, tak w tej chwili marzył o obecności drugiego, ciepłego ciała — i z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu chciał, by to Michael wygodnie opierał się o jego ramię, a nie pluszowy aligator. Zmieszany tym nagłym, instynktownym pragnieniem, przetarł dłonią kark.

Michael uśmiechnął się delikatnie, łagodząc napięcie na twarzy Jamesa. Zsunął się w jego stronę, odgarnął pluszową maskotkę na krawędź łóżka i ostrożnie położył się na boku, tuż obok nogi gospodarza. Podparł głowę na łokciu, spoglądając na Jamesa z dziwnym, magnetyzującym błyskiem.

— Nie musisz się wstydzić. Daję ci słowo, że ta straszna tajemnica umrze razem ze mną — wyszeptał. Podciągnął się odrobinę wyżej, by zbliżyć swoje wargi niemal do ucha chłopaka, chociaż i tak znajdowali się sami w zamkniętym mieszkaniu. — Zdradzę ci też pewien sekret. Ja też wciąż śpię z pluszakiem. Ja też jestem potwornie samotny.

I zanim jego obrończe mechanizmy zdążyły zaprotestować, po prostu to zrobił — odrzucił na bok pościel, wsunął dłoń pod kark Jamesa i ostrożnie opuścił swoją jasną głowę na twardą, ubraną tylko w ciemną bawełnę klatkę piersiową chłopaka. Wypuścił głośno powietrze. Czuł się niewyobrażalnie wyczerpany strachem i galopującymi emocjami tego dnia. Czuł, że jeśli zamknie na dłuższą chwilę oczy, po prostu zaśnie u jego boku. A wcale tego nie chciał.

James zamarł. Sparaliżowało go.

Ten intymny, szeptany sekret i ciało tancerza układające się na jego torsie wywołały u niego potworne, nieznane spięcie w trzewiach. Poczuł dziką, nagłą potrzebę wciągnięcia Michaela całkowicie na siebie, owinięcia go ramionami i...

Skarcił samego siebie w duchu za idiotyzm tego nagłego pociągu. Mózg podpowiadał mu, że oszalał. Nie odsunął się jednak. Przekonał własne sumienie, że ten galopujący rytm serca to jedynie obudzenie się czystej opiekuńczości, do której nie chciał się przyznać. Przecież widział i wiedział doskonale, jak banda z korytarza potrafiła zadręczyć tego dzieciaka.

Odetchnął głęboko, by wyrównać tętno, i niezdarnie wsunął ramię pod łopatki chłopaka, przytulając go mocno do siebie — wyłącznie po przyjacielsku. Oczywiście, że tak.

— Kiedyś w końcu znajdziesz sobie kogoś takiego, kto zapełni puste miejsce w twoim łóżku. Kogoś, kto będzie czymś więcej niż przyjacielem. Mam przeczucie, że tak będzie — odezwał się cicho James, z każdym słowem odzyskując kontrolę nad głosem.

Z pełną przyjemnością wplótł długie palce w jasne włosy blondyna, przeczesując je uspokajająco, podczas gdy kciukiem drugiej dłoni delikatnie obrysowywał linię jego karku.

Z anielskim, czystym uśmiechem Michael spojrzał mu w oczy, układając dłonie płasko na szerokiej piersi gospodarza i opierając na nich brodę.

— Wiesz... czasami mam wrażenie, że gram w jakiejś bardzo złej sztuce teatralnej. Ale kiedy znalazłem się tu, z tobą... mam wrażenie, że trafiłem do innej rzeczywistości. Bo to ty jesteś inny, James — wyszeptał, a w jego słowach kryła się bolesna, brutalna nadzieja. Dokładnie tak się czuł — jak przerażony chłopiec przeniesiony z brutalnego horroru do bajki, wiedzący doskonale, że magia może zniknąć przy pierwszym błędzie.

— Mnie nie jest potrzebny byle kto, kto będzie ze mną po prostu sypiał, James. Nie szukam nikogo na siłę do ocieplenia posłania. Jest jak jest. Pogodziłem się z tym, jak świat wita gejów. Nie jestem rycerzem w lśniącej zbroi, nie zmienię społeczeństwa. Jak miłość ma mnie dopaść, w końcu mnie dopadnie, prawda?

Wychylił się odrobinę, marszcząc uroczo brwi. Chciał poczuć się kochany i bezpieczny, ale nie rzucał się na szyję pierwszemu z brzegu obrońcy.

— A jak to jest z tobą, wielkoludzie? Jak to jest wiedzieć, że w końcu się kogoś pokochało na śmierć i życie? Czułeś kiedyś coś takiego do jakiejś kobiety?

— Szczerze? — James zawiesił głos, zapatrzony w sufit. — W zasadzie... nigdy. Zazwyczaj moje relacje z dziewczynami sprowadzały się do świetnego seksu i zaspokajania ego. To mi wystarczało, żeby funkcjonować. Żadna mnie nie złamała, po żadnej nie roniłem łez w poduszkę. Wierzę jednak, że ten legendarny piorun z jasnego nieba kiedyś mnie trafi.

Przymknął oczy, z zapamiętaniem gładząc potargane, miękkie włosy tancerza. Myślał nad przeszłością, próbując wyłowić choćby cień sentymentu, z mizernym skutkiem. Związki były dla niego niczym gra w fałsz.

— Działało to na cudownie uproszczonej zasadzie: one podobno kochały mnie do szaleństwa, a ja... lubiłem z nimi lądować pod prysznicem czy na maskach samochodów. Czasami nawet ich nie lubiłem jako ludzi.

Powstrzymał krótki, złośliwy uśmiech na własne wspomnienia. Nikt w szkole nie pytał go o życie uczuciowe; w powszechnej opinii James po prostu brał to, co chciał, kiedy chciał. Nikt nie podejrzewał go o skomplikowane przemyślenia w tym temacie.

— Zawsze to miło usłyszeć, że jest się dla kogoś fizycznie pociągającym. I powiem ci tak — nie jestem zasranym homofobem i to, że ty uznałeś mnie za niezłe ciacho, to całkiem budująca odmiana — dodał, tonem szczerej, niemal łagodnej akceptacji.

— Ale musisz wiedzieć, że nie rzuciłem ci tego komplementu tylko po to, by podłaskotać twoje ego. Uwierz mi, z moich ust padają tylko te rzeczy, w które autentycznie i z pełnym przekonaniem wierzę — odpowiedział Michael, unosząc wzrok, w którym odbijała się powaga. Otworzył usta, chcąc zaryzykować i powiedzieć chłopakowi coś jeszcze, coś niebezpiecznego, ale...

Dzwonek do drzwi uciął dyskusję jak gilotyna.

James wyrwał się z objęć miękkiej magii tego momentu i wystrzelił z łóżka jak oparzony. Gwałtownie wygładził wymiętą koszulkę, odwracając plecy od chłopaka.

— Pizza. To musi być pizza. Na pewno. Oby to była pizza... — wybełkotał w drodze do korytarza.

Dotarło do niego brutalnie, w jak przedziwnej i niewytłumaczalnej sytuacji się znalazł. Leżenie w sypialni na jednym łóżku z półnagim, wpatrzonym w niego chłopakiem było kompletnym odstępstwem od normy. Twarz zalała mu się gorącym, gryzącym rumieńcem wstydu. W panice pomyślał, że u drzwi mógł stanąć jego ojciec-dyrektor albo jakikolwiek znajomy, który natychmiast uznałby tę scenę za twardy dowód najgorszych dla Jamesa rzeczy.

Nie otworzył więc wejściowych drzwi samemu — wybiegł jedynie z pokoju Michaela, zatrzymał się w salonie i ciężko, choć niezwykle grzecznie, opadł na skórzaną kanapę, odpalając przed sobą tarczę bezpiecznej obojętności, modląc się w duchu, by w drzwiach tkwił jedynie dostawca pożądanej Margherity.

 

7 komentarzy:

  1. Pisałam komentarz i coś nacisnęłam, i muszę to robić jeszcze raz. :(
    Masz fantastyczne opowiadanie. Wspaniale opisujesz emocje bohaterów. Uczucia, jakie są w nich, obdarzają innych lub emanują z poszczególnych postaci. Z początku denerwował mnie zapis dialogów. Po raz pierwszy z czymś takim się spotykam. Nie robisz tego, jak inni lub jak są w książkach. Ale przyzwyczaiłam się do tego i już mi się wszystko czyta bez problemów. :D
    Seks Rage’a i Doriana był oszałamiający. Normalnie ach i och. Czułam wszystko to co oni i nie żartuję, jak powiem, że każdą cząstką ciała. Ciarki przyjemności mnie przechodziły w czasie tej sceny. Mrauuu. Cudnie. :D
    Po przeczytaniu tego ostatniego rozdziału mam wielką ochotę na zbliżenie Michasia i Jamesa. Oni faktycznie tak naturalnie się do siebie zbliżają. I ta scena w kuchni, wyglądała jakby oni byli razem od dawna i w dodatku byli małżeństwem. :D Bardzo mnie ciekawi jak to będzie pomiędzy nimi. Nie tylko w łóżku, ale i w codziennych relacjach.
    Ciekawi mnie też na co chory jest Rage. I jak potoczą się jego dalsze relacje z Dorianem. Jak wyjdzie to przedstawienie teatralne itd.
    I fajnie, że Michaś nie jest tylko tłem i będzie miał swoje pięć minut.
    Pisz dalej, bo ja chcę to czytać i przeżywać razem z nimi wszystko to co się dzieje.
    Życzę Ci dużo weny. :D

    Jak nie masz nic przeciw to dodaję Cię do linków u siebie. Może znajdzie się więcej czytelników. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne ^^ też Cię dodałam. Dzięki za komentarz, jest naprawdę budujący :D

      Usuń
  2. Te emocje. Ech... zabijasz mnie ale w dobrym tego słowa znaczeniu:) Uwielbiam to opowiadanie. Można czuć to tak jakby się się tam było. I ta para jest jeszcze lepsza od tamtej, tu jest wolniej i nie śpią ze sobą tak szybko:) Ale tamci też są świetni. No i super że dodajesz rozdziały tak szybko:) Weny

    OdpowiedzUsuń
  3. Było zabawnie. Ucieczka przez okno, skradanie po parkingu, chowanie się w samochodzie i chichotanie Michaela bardzo mi się podobało. Zachowywali się jak rasowi przestępcy. Potem atmosfera coraz bardziej się zagęszczała. Michael podziwiający ciało Jamesa, robienie loda tfu, lodów w planie, scena w kuchni, głaskanie pluszaka i TADAM!PIZZA! Co oni w tych usługach tacy szybcy się zrobili?

    OdpowiedzUsuń
  4. Czemu rozdział tymczasowo niedostępny? buuu nie moge doczytać:(
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. rozdział tymczasowo niedostępny tak jak pierwszy...a najbardziej dziwi mnie to, że zamiast pisać rozdział II jak nacisnęłam na' spisie treści to wyskoczyło mi tutaj : "rozdział V niedostępny"

    OdpowiedzUsuń