środa, 5 września 2012

Rozdział IV [James]

Posterunek policji z pewnością nie należał do miejsc, w których Dorian spędzałby czas z wyboru. Musiał się tam jednak stawić, by zdusić w zarodku niepotrzebne plotki i formalne kłopoty. Jedyne, czego w tej chwili żałował, to faktu, że odstawiając Michaela pod uczelnię, nie dostrzegł w tłumie studentów Rage'a. Kusiło go, by zadzwonić do pisarza już poprzedniego wieczoru, ale dysponował jedynie numerem stacjonarnym. Ryzyko obudzenia ewentualnych współlokatorów skutecznie go powstrzymało. Cmoknął więc tylko jasnowłosego przyjaciela w policzek, przykazał mu trzymać się z dala od kłopotów i odjechał w stronę komendy.

Michael został sam. Nie miał pojęcia, że Rage dostał od Doriana nieformalną misję czuwania nad jego bezpieczeństwem, więc po prostu przytulił ciężkie książki do piersi i ze spuszczonym wzrokiem ruszył pospiesznie w stronę wejścia na wydział. Chciał znaleźć się w bezpiecznych murach jak najszybciej, zwłaszcza że wiatr już niósł za nim drwiące głosy chłopaków, którzy tak bardzo uwielbiali uprzykrzać mu życie.

Przeczucia rzadko myliły blondyna. Rage faktycznie nie dotarł jeszcze na zajęcia, przez co jego czujne oczy nie śledziły dziedzińca — a stanowczo powinny.

Grupa wandali bezbłędnie wyczekała na moment, w którym większość studentów zniknęła już w budynku. Ich śmiechom nie było końca, a pełne pogardy spojrzenia paliły Michaela w kark, niczym uderzenia niewidzialnego bicza. Zanim zdążył dotknąć klamki głównych drzwi, napastnicy przyspieszyli kroku i w mgnieniu oka go otoczyli. Wieść o koledze, który poprzedniego dnia wylądował na ostrym dyżurze po starciu z Dorianem, dała im doskonałą motywację, by pozbyć się "problemu" raz na zawsze.

Nagle Michael poczuł solidne, brutalne pchnięcie w plecy. Stracił równowagę, rozpaczliwie próbując uniknąć bolesnego upadku na twarde, kamienne schody.

— No i gdzie ten twój chłoptaś, co? Wyskoczy zza krzaków, żeby cię obronić? — rzucił najwyższy z nich, śmiejąc się perfidnie. Patrzył z góry, jak dzieciak zatacza się i desperacko szuka oparcia.

Było ich trzech. Brakowało kilku, którzy zapewne zrobili sobie dziś wolne w geście solidarności z pobitym kumplem.

Michael zadrżał na sam dźwięk tego głosu. Zimne dreszcze przebiegły mu po karku, a strach dławił go w gardle. Nie bał się samego bólu fizycznego — przerażała go myśl, że ci ludzie mogą zniszczyć mu życie na uczelni do tego stopnia, by całkowicie odebrać mu chęć do studiowania. Nienawidził ich, lecz lęk paraliżował w nim najmniejsze oznaki buntu. Przyciskał książki do piersi z całych sił, oddychając spazmatycznie. Serce tłukło mu się o żebra tak mocno, że aż bolało. Złapał się kurczowo żeliwnej barierki, lecz jego notatki z głośnym szelestem rozsypały się po posadzce.

— On nie jest... moim chłoptasiem — to było jedyne, co zdołał z siebie wykrztusić, wpatrując się w beton pod swoimi butami.

— Wiecie co, chłopcy? On jest tak żałośnie uroczy, że mam ochotę zabawić się z nim sam. — Blondyn stojący po prawej stronie prowodyra podrapał się po brodzie, wpatrując się w Michaela z niebezpiecznym namysłem. — W zasadzie... on jest mój.

Zrobił krok do przodu, chwycił drżącego Michaela za kark i podciągnął go brutalnie do góry, zmuszając do spojrzenia sobie prosto w oczy. Jego wzrok przypominał wzrok maniaka.

— Konrad na pewno by mi pozwolił... — zamruczał James, uśmiechając się do pozostałej dwójki kumpli.

Wysoki brunet spojrzał na niego z lekkim zaskoczeniem, czując się najwyraźniej urażony odebraniem mu ofiary. Szybko jednak wzruszył ramionami. Byleby tylko dzieciaka bolało. Poza tym, po co miał brudzić sobie ręce, skoro James dobrowolnie przejmował inicjatywę?

— Dobrze więc. Zrób z nim, co chcesz, tylko pamiętaj o pamiątce — zarządził władczo lider grupy. — Wykaraskamy cię z zajęć, ale nie rozczulaj się nad nim pół dnia.

Skinął na chudego rudzielca i obaj, jak wzorowi studenci, wkroczyli do budynku uczelni.

Michael patrzył z narastającym przerażeniem na znikające sylwetki oprawców. Nagle uświadomił sobie, że wolałby, by zaatakowali go wszyscy trzej naraz, niż zostać sam na sam z tym jednym, z konkretnym nakazem „pozostawienia pamiątki”. Słowo „lęk” było zdecydowanie zbyt słabe, by opisać jego obecny stan. Błękitna koszulka zaczęła kleić się do zlanego zimnym potem ciała. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa.

Dorian... Pomyślał z rozpaczą. Gdyby tylko Dorian tu był. Napastnicy doskonale wiedzieli, kiedy uderzyć. Michael spróbował wywinąć się z bolesnego uścisku na karku. Gdy upewnił się, że reszta grupy zniknęła za drzwiami, zebrał resztki odwagi, szarpnął się mocniej i posłał Jamesowi zacięte, choć pełne przerażenia spojrzenie.

— Zostaw mnie — powiedział. Chociaż głos mu drżał, usilnie starał się zabrzmieć chociaż odrobinę groźnie.

— Taki właśnie mam zamiar — stwierdził James.

Gdy tylko upewnił się, że korytarze pochłonęły jego kolegów, odpuścił uścisk, pozwalając Michaelowi stanąć pewniej na własnych, trzęsących się nogach. Odetchnął głęboko. Patrzył na blondyna beznamiętnie, a na jego twarzy pojawił się równie beznamiętny, lecz niespodziewanie przyjazny uśmiech.

— Przestań się mazgaić, to wcale nie jest urocze — dodał lekko. — Gdyby nie Rage, pewnie już byś tu zalewał się krwią. Ciesz się, że cholernie go lubię.

Zrobił krok w tył i ku całkowitemu osłupieniu Michaela, po prostu kucnął i zaczął spokojnie zbierać rozsypane książki. Miał mnóstwo czasu. Mógł go poświęcić nawet na tak absurdalne zajęcie, jak pomaganie temu roztrzęsionemu gejowi. W jego głowie zaczynał kiełkować pewien irracjonalny pomysł na spędzenie tej wolnej godziny, ale postanowił poczekać, aż dzieciak ochłonie i zacznie myśleć racjonalnie.

— Rage? — Michael uniósł wysoko brwi, wracając powoli do rzeczywistości.

Jakoś nie docierało do niego to, co się właśnie wydarzyło. Chłopak po prostu zrezygnował z pobicia go? Wpatrywał się w Jamesa skołowaciałym wzrokiem, nie potrafiąc wykrzesać z siebie ruchu, by pomóc mu w zbieraniu własnych notatek. Dopiero, gdy James sięgnął po ostatnią książkę, Michael oprzytomniał, ukucnął i wyciągnął po nią rękę w tym samym momencie.

Ich dłonie zderzyły się na ułamek sekundy. Drobna, delikatna i lodowata ze strachu dłoń Michaela spotkała się z większą, silną i o wiele cieplejszą dłonią Jamesa. Blondyn zerknął na twarz swojego niedoszłego oprawcy, wciąż klęcząc.

— Będziesz miał przeze mnie problemy? — zapytał. Jego głos brzmiał teraz zupełnie inaczej. Był spokojniejszy, a nawet odrobinę radosny. Wrodzone, przyjazne usposobienie Michaela szybko brało górę nad blaknącym lękiem.

— Nie. Ale musisz mi oddać swoją koszulkę — mruknął James. — Muszę im zanieść jakiś dowód, inaczej mnie zjedzą.

Gdy poczuł zimne palce na swojej dłoni, czas na ułamek sekundy zwolnił. Instynktownie warknął pod nosem coś o tym, że nienawidzi zimna, wpatrując się w dłoń Michaela, jakby go oparzyła. W jednej chwili zaczął dziękować losowi, że znalazł się tu i że Rage poprosił go wczoraj o przysługę. Dzieciak siedzący przed nim wydał mu się nagle tak niewinny i bezbronny, że krzywdzenie go byłoby czystym okrucieństwem. Przez moment w Jamesie obudziła się nawet absurdalna chęć, by go pocieszyć, ale natychmiast ją zdusił. Fakt, że w ogóle o tym pomyślał, wzbudził w nim głuchą złość na samego siebie.

Podniósł się, wciskając zebrane książki w ramiona Michaela, i wymusił na usta swobodny uśmiech.

— No i, chcąc nie chcąc, spędzisz tę godzinę ze mną. Skoro niby cię terroryzuję, nie mogę pojawić się na zajęciach, a nie uśmiecha mi się sterczeć tu samemu. Coś za coś, dzieciaku. Moje towarzystwo za bezpieczeństwo twojego tyłka.

— Powinienem być teraz na choreografii, ale... — Michael przycisnął notatki do piersi i przełknął głośno ślinę. Nie bał się już tego chłopaka, ale wciąż wolał nie kusić losu. Uśmiechnął się do niego szeroko, promiennie, po czym wyciągnął dłoń. — Jestem Michael.

Wypadało się przedstawić, skoro mieli spędzić razem najbliższą godzinę. Ośmielił się nawet zlustrować Jamesa spojrzeniem od czubka głowy po sportowe buty, dochodząc w myślach do wniosku, że — jak na homofoba — chłopak prezentuje się wyjątkowo atrakcyjnie.

— Jeżeli mam dotrzymać ci towarzystwa, to może lepiej gdzieś usiądziemy? — zaproponował. — Wiesz, nie uśmiecha mi się kwitnąć na schodach. Możemy iść do parku, kawiarni... Albo, jeśli nie chcesz pokazywać się ze mną publicznie — co oczywiście rozumiem! — możemy zaszyć się w piwnicy. Mamy tam starą salę baletową. Jest zamknięta na głucho, ale dostałem klucze od profesora i mam pozwolenie, by sobie w niej...

Słowa wylewały się z jego ust nieprzerwanym, entuzjastycznym potokiem, aż w końcu sam ugryzł się w język. Spuścił wzrok na swoje buty, kopiąc niewidzialny kamyk w zakłopotaniu.

— Tak, wiem. Strasznie dużo paplam. Przepraszam — wymamrotał.

— Tak, gadasz potwornie dużo, ale mi to nie przeszkadza — odparł James, wyciągając dużą, ciepłą dłoń, by mocno poczochrać jasne włosy chłopaka. Michael miał w sobie coś takiego, co budziło skrajne emocje: od irytacji aż po dziwaczny, niemal opiekuńczy instynkt, który właśnie dopadł Jamesa. — I nie, nie wstydzę się z tobą pokazywać. Nie jestem tchórzem.

Ruszył w stronę bocznego wejścia do budynku, dopiero po chwili uświadamiając sobie brak własnych manier. Odwrócił się z rozbawionym błyskiem w szarych oczach.

— James. Miło mi — rzucił. Brzmiało to zaskakująco szczerze.

— Aż dziwne, że to powiedziałeś — mruknął Michael, wciąż z trudem dowierzając, że idzie ramię w ramię z facetem, który miał zlecenie na obicie mu twarzy.

Poprowadził Jamesa schodami w dół, a następnie starym, nieoświetlonym korytarzem, aż do ciężkich drzwi dawnej sali baletowej. Wewnątrz pachniało starym drewnem i kurzem. Prądu dawno tu nie było. Długie lustra na ścianach pokrywała matowa warstwa osadu, pod którą ustawiono rzędy nadpalonych świec, a w rogu, na przykrytym płachtą starym pianinie, stał przenośny odtwarzacz na baterie.

— Przychodzę tu tylko ja... i czasami Dorian, kiedy chcę mu pokazać nowy... — urwał gwałtownie, zaciskając usta. — Tylko ja i czasami on.

— Jakiś układ? — James machnął dłonią w stronę odtwarzacza. Zamiast wejść na środek parkietu, skierował się pod jedno z zakurzonych luster i osunął na podłogę. Kurz był dla niego świetnym alibi — gdy wyjdą stąd brudni, koledzy uznają, że Michael został sponiewierany na ziemi. — Widziałem cię na zajęciach, nie musisz się kryć. Wiele się zdążyłem o tobie dowiedzieć. Puść muzykę. A za pamięci... zdejmij koszulkę.

Sala podobała mu się. Była spokojna i stanowiła idealny kontrast zarówno dla rozgadanego blondyna, jak i dla niego samego. James nie należał do ludzi z natury spokojnych, chociaż często myślał o wiele racjonalniej niż jego rówieśnicy. Podziwiał Rage'a za jego żelazną samokontrolę. Zresztą, wiedział o nim wszystko. Tak samo jak wiedział o układzie między Dorianem a Michaelem. Posiadał coś na kształt bezbłędnego radaru, który wychwytywał każdą odmienność. Sam fakt odmienności innych nigdy mu nie przeszkadzał, dopóki nikt nie próbował wciągać go w kłopoty.

Nagi tors w tańcu nie był dla Michaela niczym niezwykłym, więc bez najmniejszych oporów ściągnął przez głowę błękitną koszulkę. Jego ciało nie było wychudzone ani eteryczne; mordercze godziny treningów tanecznych wyrzeźbiły w nim niemal idealne proporcje. Zwinął materiał w kulkę i rzucił go Jamesowi, przechodząc w stronę odtwarzacza.

Kliknął przycisk. Z głośników nie popłynęła jednak muzyka baletowa ani klasyczna, lecz rytmiczny, pulsujący mix nowoczesnych, miejscami hip-hopowych brzmień, aż proszący się o ruch.

Michael stanął na środku sali z uśmiechem.

— Ciekawe, jak pokażę się na korytarzu w takim negliżu? — rzucił z rozbawieniem. Z minuty na minutę czuł się przy Jamesie coraz swobodniej.

— Nie wiem... W sumie, całkiem dobrze wyglądasz bez koszulki. Nie masz się czego wstydzić — odparł wolno James. Jego wzrok zatrzymał się dokładnie na klatce piersiowej chłopaka, badając ją intensywniej, niż powinien. W porównaniu z potężnym Jamesem, blondyn wyglądał na bardzo drobnego, choć sylwetki nie można mu było odmówić. — Możesz zatańczyć. Jeśli chcesz.

James automatycznie, z niezwykłą wprawą zaczął składać zdobytą koszulkę, jakby była to najzwyklejsza czynność na świecie.

— W nagrodę za ocalenie mnie — zawyrokował Michael z udawaną powagą, mrużąc oczy i wskazując na siedzącego pod ścianą chłopaka.

Kochał taniec ponad wszystko. Co z tego, że gdy wyjdą z tej piwnicy, znów staną się wrogami? Być może ta jedna godzina da Jamesowi do myślenia i zmieni jego postrzeganie ludzi takich jak on czy Dorian.

Michaś zamknął oczy i poddał się rytmowi. Zapomniał o Jamesie. Jego wzrok utonął w odbiciu w lustrach. Ciało poruszało się płynnie, jak rażone niewidzialną siłą. Płynął nad drewnianą podłogą, wykonując idealne obroty, muskając palcami deski w głębokich pochyleniach, by chwilę później wygiąć się w tył z absolutną kontrolą. Taniec z każdą minutą stawał się coraz bardziej drapieżny, przesycony ukrytą, magnetyzującą zmysłowością.

James obserwował go jak zahipnotyzowany. Nagle zapragnął znaleźć się tam, obok niego, na parkiecie. Sam potrafił nieco tańczyć — czasami, z czystej nudy, naśladował układy w domowym zaciszu. Ale przecież nie zatańczy z chłopakiem. W dodatku z chłopakiem, który nagle wydał mu się tak diametralnie inny od przerażonego dzieciaka na schodach. Taniec dawał Michaelowi niesamowitą siłę i dominację. James widział na jego twarzy skupienie i profesjonalizm; widział czyste emocje. Nie pokazał po sobie, że ten widok głęboko go poruszył, było to bowiem uczucie tak nowe, że aż przerażające. Wpatrywał się w wirującego blondyna z rozchylonymi wargami. Jego dłonie zamarły na materiale składanej koszulki, a serce nagle podeszło mu do gardła, odmawiając powrotu na swoje miejsce.

Michael czuł, jak taniec zrzuca z niego wszystkie łańcuchy. Nie był już przerażonym gejem, zaszczutym przez uczelnianych agresorów. Był Michaelem — człowiekiem, dla którego świat po prostu kręcił się w innym tempie. Uśmiech na jego twarzy stał się buńczuczny, prowokacyjny. Kręcił biodrami z celową przesadą, sunąc dłońmi po własnym, nagim torsie. W pewnej chwili przejechał palcami po brudnym lustrze, a potem przeniósł zrzucony kurz na swoją wilgotną od potu klatkę piersiową, zostawiając na niej ciemne, surowe pręgi.

Zatrzymał się, ciężko dysząc, i wyciągnął dłoń w stronę siedzącego pod ścianą Jamesa.

— Zatańczysz ze mną? — Pytanie padło w przestrzeń, lekkie i niebezpieczne.

James poczuł, jak jakaś siła po prostu wyrywa go z podłogi. Wstał, wpatrując się w wyciągniętą dłoń ze szczerym niedowierzaniem. Resztki jego racjonalnego sprzeciwu zostały brutalnie zduszone przez nagłą, irracjonalną chęć. Ujął delikatnie dłoń blondyna. Zrobiło mu się głupio — przy tym, co zaprezentował dzieciak, czuł się jak słoń w składzie porcelany.

— Ale ja nie potrafię — mruknął pierwsze, kłamliwe zaprzeczenie, po czym uśmiechnął się krzywo, napotykając wzrok tancerza.

— Każdy potrafi tańczyć, James. Tylko nie każdy pozwala sobie na to, by dać się ponieść — odparł z uśmiechem Michael.

Widząc zmieszanie na twarzy chłopaka, dostrzegł w nim normalnego, czującego człowieka. Kogoś, kto potrafi się wstydzić. Michael chwycił pewniej jego dłonie, splótł ich palce i uniósł je na wysokość ich klatek piersiowych.

— Nie patrz na nogi. Nie myśl o tym, jak stawiasz stopy. Skup się na mojej twarzy i pozwól, by ciało reagowało na każdy dźwięk — poinstruował cicho, łagodnym głosem. — Zapomnij na chwilę, kim jesteśmy. Pozwól się poprowadzić.

James zamknął oczy. Z każdą sekundą czuł, jak opuszcza go napięcie. Poddał się prowadzeniu, a jego ciało zaczęło naturalnie odpowiadać na ruchy Michaela. Taniec stawał się coraz płynniejszy, niesiony skoczną, dającą poczucie absolutnej swobody muzyką.

W pewnej chwili James odzyskał pewność siebie. Lubił kontrolę. Samoistnie, płynnym ruchem odebrał blondynowi prowadzenie, przyciągając go odrobinę bliżej siebie. Otworzył oczy. Nie obchodziło go już, że tańczy z facetem; sama czynność dawała mu niesamowitą, czystą radość. Z szerokim uśmiechem uniósł Michaela w górę i okręcił się z nim wokół własnej osi.

— Było fajnie — rzucił bez tchu, odstawiając go na ziemię, gdy muzyka zmieniła ton na o wiele wolniejszy, niemal zmysłowy. Wolał nie ryzykować, że ta niewinna zabawa przerodzi się w coś głębszego i o wiele bardziej kłopotliwego. Musiał zachować twarz. Potańczyli, świetnie się bawili, ale to musiał być koniec.

Ciężko dysząc, po raz kolejny tego dnia zatopił palce w jasnych włosach tancerza i mocno je potargał.

— Tak — wydyszał Michael, a uśmiech nie schodził mu z twarzy. Cudownie mu się tańczyło z Jamesem. Nie podejrzewał tego postawnego chłopaka o taką siłę zmieszaną z naturalnym wdziękiem. — Jesteś w tym świetny. Oszukiwałeś z tym „nie potrafię”.

— Po prostu mnie zaskoczyłeś — odparł spokojniej James, ale nie cofnął dłoni. Zaczął chwytać pojedyncze, jasne kosmyki, układając je w całkowitym chaosie, jakby z namysłem badał ich strukturę. — Poza tym, umiem wiele rzeczy. Wbrew powszechnej opinii nie spędzam całych nocy na szukaniu zadym po barach.

Zakończył swoje fryzjerskie dzieło z miną znawcy.

— Teraz wyglądasz uroczo. Jak wyjątkowo rozczochrany pisklak — roześmiał się, obracając się na pięcie, by podnieść porzuconą pod ścianą koszulkę. Uśmiech na jego twarzy wciąż trwał, zmieszany ze zdrowym, fizycznym zmęczeniem.

— Pfff... — fuknął Michael, podchodząc do wielkiego lustra. Przetarł szkło dłonią, po czym przekrzywił głowę, oceniając swoje odbicie. Fakt, wyglądał komicznie, ale żeby od razu kurczak? Wzruszył ramionami. Czas uciekał nieubłaganie, a świadomość, że zaraz będą musieli wrócić do swoich oddzielnych światów, wywołała w nim dziwny, ukłuwający smutek. — Wiesz, nie możesz mieć do ludzi pretensji o to, że mają cię za oprycha, skoro widują cię wyłącznie w takim, a nie innym towarzystwie.

— I dlatego twierdzę, że większość ludzi jest żałośnie płytka. Odcinam się od takich akcji jak z wczoraj. Zresztą... byłeś pewnie tak wczoraj spanikowany, że nawet nie kojarzysz, że mnie tam na parkingu w ogóle nie było. — James obrócił się przodem do tancerza, a jego własną koszulkę przerzucił sobie przez ramię. Był głodny i nie miał najmniejszej ochoty wracać na jakikolwiek wykład. — I owszem, wyglądasz dokładnie jak kurczak.

Uśmiechnął się promiennie, po czym masowo chwycił się za żołądek, który wydał z siebie głośne burczenie.

— Nienawidzę iść na zajęcia, gdy jestem głodny. Robię się wtedy wredny... Nie masz ochoty na pizzę?

Nieważne, że sam opuścił już wiele zajęć. Mógł przecież z czystym sumieniem wyciągnąć Michaela z uczelni, a potem dopilnować, by bezpiecznie dotarł do domu. Zresztą, mógłby go po prostu odprowadzić...

Szybko jednak uciął te myśli.

— Idziemy na pizzę? Proszę — zapytał, tym razem nieco ciszej, niemal błagalnie.

Pizza... Michael zawahał się. Kusząca propozycja brutalnie zderzyła się z faktem, że nigdy w życiu nie opuścił zajęć z tak trywialnego powodu. Jednak perspektywa wyjścia gdziekolwiek z Jamesem wydawała się w tej chwili niezwykle atrakcyjna. Pokazać się z nim publicznie i wiedzieć, że chłopak nie wstydzi się jego towarzystwa...

— Tylko muszę umyć ręce, bo te lustra... — wskazał brodą na matowe szkło i roześmiał się. Wyłączył odtwarzacz i ruszył w stronę drzwi, wciąż na wpół nagi, pomazany kurzem i z fryzurą w stanie totalnego chaosu.

— Czekaj, stój... — James złapał go gwałtownie za nagie ramię. — Słuchaj... A zresztą, nie. Co będzie, to będzie.

Chciał ostrzec Michaela przed tym, że w drodze do wyjścia mogą wpaść na jego kolegów. Blondyn wyglądał normalnie — nie był pobity, nie skręcał się z bólu, jak zapewne oczekiwali napastnicy. James nie obawiał się oskarżeń o zdradę; miał własny rozum. Obawiał się jednak, że jeśli wpadną na tamtych, kumple postanowią „dokończyć dzieła” na jego oczach, a on nie zdoła powstrzymać ich wszystkich naraz. Strach o tego kruchego dzieciaka uderzył go z nieoczekiwaną siłą.

— Dobrze, chodźmy. Do najbliższej łazienki — zdecydował twardo, nie puszczając ramienia Michaela dla pewności. Modlił się tylko, by nie trafili na przerwę między wykładami.

— James... — jęknął blondyn, próbując wywinąć się z żelaznego, bolesnego uścisku. Chłopak pod wpływem stresu całkowicie stracił kontrolę nad własną siłą, nie zdając sobie sprawy, że miażdży mu ramię.

Gdy w końcu zdołał się wyswobodzić, rozmasował obolałą skórę, idąc korytarzem do łazienki w całkowitym milczeniu. Nie obwiniał Jamesa, ale widział, że chłopak nagle stał się potwornie spięty.

W łazience szybko doprowadził się do porządku, zmywając kurz z ciała. Gdy wytarł ręce papierowym ręcznikiem, odwrócił się plecami do umywalki i oparł o nią biodrami. Założył ręce na nagiej piersi i zmrużył oczy, patrząc na Jamesa z surową powagą.

— Okej. O co chodziło na korytarzu? Zwątpiłeś? Wstydzisz się jednak ze mną wyjść? Spoko, przywykłem. I tak jestem ci wdzięczny za to, że mnie nie obiłeś. Nie jesteś mi nic winien.

— Michael, słuchaj... — James westchnął ciężko. Podszedł do chłopaka i oparł dłonie o blat umywalki, po obu stronach jego bioder. Zupełnie zignorował fakt, że znalazł się tak blisko, iż każdy wchodzący do łazienki odczytałby tę pozę jednoznacznie.

Spojrzał głęboko w błękitne, pełne zawodu oczy tancerza i uśmiechnął się łagodnie.

— Nie chcę, by zrobili ci krzywdę. Nie boję się o siebie, rozumiesz? Boję się o ciebie. Jeśli wyskoczą do nas w grupie, nie dam im rady sam. Znam ich. Nikt inny nam nie pomoże. Będziesz na straconej pozycji, i to tobie stanie się krzywda. Nawet jeśli przy okazji oberwę ja. A ja kurewsko tego nie chcę.

Mówił cicho, niemal czule. Sama wizja, że wściekli wandale mogliby dotknąć tego chłopaka po tym, gdy okazało się, jak błyskotliwy i zabawny potrafi być, przyprawiała go o mdłości.

— Zadziwiasz mnie, James. Serio. Bardziej niż Rage — szepnął Michael z niedowierzaniem. Przekrzywił głowę, a jego gniew wyparował bez śladu.

Wyglądał w tym momencie tak bezbronnie, że łamał serce. Od kiedy oprawcę obchodziło to, co stanie się z jego ofiarą? Poczucie, że ten wielki chłopak autentycznie martwi się o jego bezpieczeństwo, sprawiło, że serce tancerza uderzyło szybciej. Zanim zdążył pomyśleć, jego drobne, chłodne dłonie uniosły się i spoczęły na policzkach pochylającego się nad nim Jamesa. Nie obchodziło go już, czy ktoś tu wejdzie.

— To, co przed chwilą powiedziałeś, było cholernie miłe, wiesz? Nie boisz się, że tracisz reputację w moich oczach? Że właśnie przestaję widzieć w tobie homofoba, przed którym muszę uciekać?

James odchrząknął głośno. Na jego ustach wykwitł szelmowski, zawadiacki uśmiech. Spojrzał na smukłe dłonie na swojej twarzy i pochylił się jeszcze bardziej. Bynajmniej nie do ust chłopaka, lecz do jego ucha. Chcąc nie chcąc, musiał delikatnie odkleić jedną dłoń Michaela ze swojego policzka, by złapać dystans.

— Masz przerażający dar przekonywania do siebie ludzi, blondasku. I uwierz mi, guzik mnie obchodzi opinia innych. Jeśli będą wobec nas w porządku, my będziemy w porządku. W drodze wyjątku...

Zamilkł. Wahał się przez cały poranek, ale teraz po prostu objął Michaela w pasie, przyciągnął go do swojej piersi i przytulił — nieco sztywno, ale zdecydowanie, klepiąc go po plecach w niemym geście wsparcia. Po sekundzie odchrząknął ponownie, puścił go i wcisnął mu w ręce zwiniętą koszulkę.

— Ale nie wyjdę z tobą na miasto, jeśli będziesz tak paradował — rzucił z udawanym zgorszeniem, omiatając dłonią nagi tors chłopaka.

Niech nikt teraz nie wchodzi, na litość boską, przemknęło przez myśl Jamesowi. Nie dlatego, by się wstydził, ale po prostu... było mu dobrze, gdy Michael się do niego przytulił.

Brew chłopaka podjechała prowokacyjnie do góry.

— Zawsze mogę zdjąć też spodnie — roześmiał się złośliwie Michael. Z niebezpiecznym błyskiem w oku wsunął kciuki za pasek własnych jeansów.

Wiedział, że igra z ogniem, ale widok zmieszania na twarzy "groźnego chłopca" był tego wart. Czuł, jak ta przedziwna, napięta sytuacja przeradza się w coś o wiele ciekawszego, i wcale nie zamierzał z tego rezygnować.

James odchylił się do tyłu, przybierając pozę wymagającego konesera sztuki, i zlustrował Michaela zmrużonymi oczami. Wcale się nie zmieszał; wręcz przeciwnie, fakt, że on — absolutnie "normalny", heteroseksualny facet — potrafił tak podkręcić atmosferę z gejem, bawił go do łez.

— Może i nie lubię chłopców tak bardzo, jak ty ich lubisz... — zaczął poważnym tonem. — Ale uwierz mi, nic nie stoi na przeszkodzie, byś się przede mną rozebrał. Z tym że jeśli to zrobisz, wystawię cię za te drzwi na korytarz. I zabiorę ci ubrania. Za karę.

— Za karę? O, wypraszam sobie! Mój widok nie zadaje bólu i zdecydowanie nie zasługuję na kary za eksponowanie go. Pfff... — prychnął oburzony Michael, szybko zabierając dłonie od paska i wyrywając Jamesowi swoją koszulkę.

Pomimo radosnych przepychanek słownych, wciąż miał z tyłu głowy świadomość, że James dysponuje przytłaczającą przewagą fizyczną. Nie wiedział jeszcze, kiedy chłopak żartuje, a kiedy mówi poważnie, i to nagłe wspomnienie sprawiło, że poczuł się obnażony. Zapragnął ukryć się pod materiałem bawełny.

— Po pierwsze, skończ z tym. Nie musisz się mnie bać, a widzę, że to robisz — głos Jamesa złagodniał. Pokręcił z irytacją głową. — Po drugie, powiedziałem ci wyraźnie, że masz świetne ciało. I mówi ci to stuprocentowo hetero facet. Gdybym grał w twojej drużynie, zainteresowałbym się tobą w pierwszej kolejności.

James uśmiechnął się uspokajająco. Nie uważał się za potwora, jakiego malowała z niego społeczność uczelni. Odrzucił swoją "groźną" postawę, po raz kolejny tego dnia przesuwając wzrokiem po nagiej skórze blondyna.

— Co do rozbierania... a może jednak nie. Powiesz potem, że jestem zboczeńcem. — Roześmiał się w głos i zrobił krok do przodu, pomagając zaskoczonemu dzieciakowi naciągnąć koszulkę przez głowę. — Pizza stygnie, mój drogi. A jak jestem głodny, robię się zły. Chodźmy.

Zanim odwrócił się do drzwi, nie odmówił sobie przyjemności po raz setny wsunąć palców w miękkie, jasne włosy chłopaka i ponownie je zmierzwić.

— Wiesz, czego nie lubię? — zapytał Michael, poddając się tym opiekuńczym zabiegom. — Kiedy ktoś zaczyna zdanie i go nie kończy. Więc zanim zaczniesz, obiecaj, że...

Uśmiechnął się do niego szeroko, kładąc dłonie na biodrach Jamesa. Myśl o tym, że ten wielki brutal mógłby zostać jego przyjacielem, wydawała mu się tak absurdalna, że aż komiczna. Oparł czoło o pierś Jamesa z radosnym chichotem, idealnie w momencie, gdy tamten tarmosił mu włosy.

— Pizza nie ucieknie — dodał z uśmiechem.

— Fotografuję trochę — wyznał nagle James, czując, że musi dokończyć wcześniejszą urwaną myśl, by jakoś zamaskować galopujące w klatce piersiowej serce. Zacisnął zęby. Bliskość tego chłopaka budziła w nim potwornie sprzeczne i niezrozumiałe chęci. — Michael, powinniśmy już iść.

Ledwo zdążył to wypowiedzieć, gdy w kieszeni jego spodni rozległ się ostry dźwięk telefonu.

James błyskawicznie wykorzystał to jako pretekst do zrobienia kroku w tył. Odetchnął z ulgą, widząc na wyświetlaczu imię Doriana.

— Tak. Jest cały i zdrowy. Właśnie idziemy coś zjeść — zapewnił szybko do słuchawki, po czym schował aparat. — To był Dorian. Przekazał też, że Rage dzwonił i znów nie pojawił się na zajęciach. Podobno źle się czuje.

Skinął głową w stronę wyjścia z łazienki. — Idziemy?

— Jak to nie dotarł? Co mu jest?! — Michael momentalnie zapomniał o przyjemnym napięciu, jakie towarzyszyło mu przed sekundą. Cała uwaga tancerza skupiła się na zdrowiu pisarza. Spojrzał na Jamesa przerażonymi oczami. — Przecież wczoraj Dorian go...

Urwał, przygryzając wargę tak mocno, że niemal poczuł krew. Uświadomił sobie, że właśnie o ułamek sekundy od zdradzenia Jamesowi tajemnicy, o której w ogóle nie powinien był wiedzieć.

Zaczerwienił się po same uszy, w ułamku sekundy przybierając barwę dorodnego pomidora, i ukrył twarz w dłoniach.

— Nie powinienem się odzywać. Nie powinienem — zaczął kręcić głową z paniką i ruszył biegiem w stronę drzwi. — Pizza! Tak, pizza. Zapomnij o tym, co powiedziałem. Idziemy na pizzę!

Szarpnął za klamkę i wypadł na korytarz, mając nadzieję, że jedzenie wymaże jego wpadkę z pamięci.

2 komentarze:

  1. Jak możesz kończyć w takim momencie:( a|e sama notka to mistrzostwo, jak zayk|e i bardzo dobrze że Michae| nie jest ty|ko dodatkiem, a|e ma też swoją historię i może kto wie to początek nowej parki:) Pisz szybko next bo nie mogę się doczekać :) I chcę wiedzieć co jest za tymi drzwiami:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Michael jest strasznie słodki.Taki od razu do schrupania. Lubię takich małych, wygadanych głuptasów.Powinien jednak nauczyć się bronić sam. James dziwnie się zachowuje jak na zdeklarowanego heteryka. Wyraźnie czuje do chłopaka jakiś pociąg. Pasuje idealnie na ochroniarza delikatnego tancerza. Powinien trwać przy nim dzielnie na posterunku w dzień i w nocy.Ta para podoba mi się bardziej od poprzedniej. Jest w neij jakaś lekkość której tamta nie miała.

    OdpowiedzUsuń