niedziela, 15 marca 2026

Rozdział III [Fiodor]

    Peter nie potrafił określić momentu, w którym ostatecznie pochłonął go sen. Mężczyzna nie dręczył go długo, ale fizyczne doznania, splecione z obezwładniającą aurą Rosjanina, były tak intensywne, że chłopak nie miał nawet siły na analizowanie własnych wyrzutów sumienia. Nie myślał o tym, że znów oddał się komuś tak łatwo, rzekomo spłacając dług wdzięczności. Podskórnie czuł zresztą, że ofiarował temu człowiekowi znacznie więcej niż tylko proste zaspokojenie.

    Drgnął, wybudzony niskim, wibrującym w klatce piersiowej śmiechem.

    — Wybacz — usłyszał cichy szept.

    Peter sapnął sennie, moszcząc się w pościeli. Przez uchylone powieki obserwował, jak potężna sylwetka odrywa się od krawędzi materaca, by zgasić tlącego się w popielniczce papierosa, a potem lampkę. Ciemność natychmiast wyostrzyła pozostałe zmysły. Łóżko ugięło się pod ciężarem drugiego ciała, a chłopak mimowolnie wypuścił z płuc drżący oddech, gdy ogarnęło go bijące od mężczyzny ciepło. Ciężkie ramię opadło na jego talię, zaborczo przyciągając go do twardego torsu. W nagłym, odurzającym przypływie potrzeby bliskości, Peter odwrócił głowę i złożył miękki pocałunek na ostrej linii szczęki Fiodora. Otulony zapachem tytoniu i skóry, ponownie zapadł w spokojny sen.

    Gdy tylko pierwsze, blade promienie słońca prześlizgnęły się przez rolety, Fiodor otworzył oczy. Wysunął się z łóżka z bezszelestną ostrożnością drapieżnika, by nie wybudzić śpiącego kochanka. W jego żyłach wciąż pulsowała dziwna, leniwa satysfakcja nasyconego kocura. Spoglądając w półmroku na rozrzucone w pościeli zgrabne ciało, ani przez sekundę nie pomyślał o wczorajszym seksie w kategoriach zapłaty. Od momentu, w którym wniósł tego chłopaka do swojego mieszkania, ciągnęła go do niego niewytłumaczalna siła. Otwierała boleśnie zabliźnione wspomnienia, ale jednocześnie uwalniała latami tłumione, brutalne pożądanie do mężczyzn.

    Z tym cichym, wewnętrznym triumfem ruszył do kuchni, odpalił papierosa i wstawił wodę na kawę, zgarniając przy okazji poranną gazetę spod drzwi. Zazwyczaj wolne dni spędzał na absolutnej izolacji i morderczych treningach. Zdarzało mu się zaprosić którąś z zaprzyjaźnionych kobiet, by zrzucić samcze napięcie, ale teraz, smarując pieczywo, uświadomił sobie z zaskakującą ostrością, że w ogóle nie czuje takiej potrzeby. Przemknęło mu wręcz przez myśl, że mógłby z tamtym życiem skończyć. Przecież to wcale nie musiał być jednorazowy epizod z tym ślicznym, uległym tancerzem, który właśnie przez sen szukał jego ciepła.

    Spalił trzy papierosy, zanim w ogóle zaparzył kawę i ułożył śniadanie na tacy. Wrócił do sypialni nagusieńki, jakby noszenie ubrań we własnym domu było zbrodnią. Odstawił kubki i wsunął się z powrotem pod jedwab, rozkładając gazetę. Kiedy tylko chłopak poruszył się niespokojnie, Fiodor bezwiednie zgarnął go w ramiona, pozwalając mu się w siebie wtulić. Dopiero wtedy wrócił do lektury w bladym świetle, pośród zapachu palonych ziaren, nikotyny i ciężkiej, piżmowej woni wczorajszego seksu.

    Cierpki aromat osiadł na języku Petera, gdy ziewnął bezgłośnie, wyciągając się niczym kot i oplatając ramię mężczyzny swoimi szczupłymi kończynami. Wcisnął nos w szorstką skórę, chłonąc uderzającą dawkę testosteronu. Wcale nie chciał otwierać oczu. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie czuł palącej potrzeby ucieczki o poranku. Nigdy go, rzecz jasna, nie wyganiano – mężczyźni uwielbiali jego doskonałą urodę, giętkość i bezwstydne oddanie. Zazwyczaj jednak nie mieli sobie nic do powiedzenia. Zdał sobie sprawę, że Fiodorowi nawet się nie przedstawił. A może Rosjanin wcale nie potrzebował jego imienia?

    Uchylił wreszcie powieki, spoglądając na szeleszczący papier gazety. Palcami wolnej dłoni zaczął leniwie gładzić umięśniony bok kochanka. Nie odzywał się, pozwalając, by cisza słonecznego poranka trwała niezakłócona. Stygnąca kawa była jasnym komunikatem: nigdzie im się nie spieszy.

    Zdecydowanie mieli czas. Kiedy jednak Fiodor poczuł ten miękki dotyk, a na wargach chłopaka wykwitł nieświadomy, ufny uśmiech, odłożył gazetę i zsunął z nosa okulary do czytania.

    — Kawa wystygła — stwierdził niskim głosem, osuwając się niżej, by zrównać swoją twarz z twarzą Petera. Ujął ją w dużą, ciepłą dłoń, gładząc zarumieniony od snu policzek. Odpowiedział mu cichy, gardłowy pomruk aprobaty.

    Słowa wydawały się w tym momencie zbędne. Rosjanin wolał tonąć w zaspanych, butelkowozielonych oczach, które patrzyły na niego z niemal nabożną fascynacją. Zignorował śniadanie, całkowicie przygniatając chłopaka swoim ciężarem. Zmiażdżył jego wargi w głębokim, leniwym pocałunku, wwiercając się językiem w słodkie wnętrze. Czuł pod brzuchem budzącą się, niewinną twardość porannego wzwodu chłopaka. Masował jego zmęczone wczorajszymi pchnięciami pośladki, bezczelnie wsuwając opuszki w szparę między nimi, tylko po to, by go drażnić.

    — Nie musimy wstawać — wyszeptał mu wprost w usta. — Nie chcę, żebyś jeszcze szedł. Po południu wyjedziemy za miasto. Chcę cię pieprzyć na łonie natury.

    Jego ton był tak śmiertelnie poważny, że wzdłuż kręgosłupa Petera przebiegł lodowaty dreszcz absolutnego podniecenia. Młodzik uświadomił sobie, że mężczyzna nie żartuje. Wizja tak zwierzęcego aktu, choć specyficzna, wydała mu się w ułamku sekundy jedyną słuszną. Oblizał spierzchnięte wargi, na których wciąż czuł cierpki smak tytoniu i śliny Rosjanina. Pytanie, czy poznaczony bliznami dryblas nie wywiezie go do lasu, by zakopać w płytkim grobie, jakoś nie przeszło mu przez myśl. W ciemnych oczach Fiodora nie było morderczej groźby – była tam czysta, niepohamowana fascynacja.

    — Właściwie... nie mam dziś nic innego do zrobienia — szepnął, ocierając się udem o biodro mężczyzny w prowokacyjnym geście uległości. Przymrużył kocie oczy. — Pozwolisz mi wziąć najpierw prysznic?

    — Weźmiemy go razem — uciął Fiodor, całując go krótko, lecz stanowczo. Nim Peter zdążył się chociażby przeciągnąć, potężne ramiona odwinęły go z pościeli i uniosły w górę z bezwysiłkową łatwością. — I zjesz śniadanie — dodał tonem nieznoszącym sprzeciwu.

    Chwilę później znaleźli się w ciasnej kabinie. Zanim Fiodor odkręcił wodę, postawił nagiego chłopaka na chłodnych kafelkach. Uderzenie gorących kropel zrekompensowało szok termiczny. Mężczyzna, nie pytając o zgodę, uklęknął ulegle na mokrej posadzce. Zarzucił sobie smukłe udo Petera na ramię, a dłonią objął jego sztywniejącego penisa. Chwilę później gorące usta Fiodora pochłonęły go w całości.

    Peter wygiął się w łuk, wbijając łopatki w mokrą ścianę kabiny. Palce jednej dłoni wcisnął między własne zęby, by stłumić piskliwy jęk, który rozerwałby intymną ciszę. Wolną ręką odruchowo nakierował słuchawkę prysznica tak, by woda obmywała tylko szerokie, poorane jasnymi bliznami plecy klęczącego przed nim mężczyzny. Nie śmiał dyktować mu tempa. Po prostu brał wszystko, co dostawał – ssące, miażdżące ciśnienie ust, pieszczotę bezwstydnego języka. Wzdrygnął się, gdy duża dłoń zsunęła się z jego pośladka na jądra, pieszcząc je z wyrafinowaną delikatnością. Ten kontrast doprowadził go na skraj w kilka sekund. Szatyn zapiszczał w obrys własnej dłoni i doszedł, spazmatycznie uderzając biodrami.

    Ani jedna kropla nasienia nie zdążyła zmieszać się z wodą. Fiodor gładko przełknął wszystko, wydając z siebie głęboki pomruk zadowolenia. Podniósł się niespiesznie, znacząc mokrą skórę brzucha i klatki piersiowej Petera gorącymi pocałunkami. Na wysokości twarzy uwięził spuchnięte wargi chłopaka, zsuwając jednocześnie jego udo ze swojego ramienia. Przesunął kciukiem po ustach Petera, wsuwając go na moment do wnętrza.

    — Twoje usta będą do mnie idealnie pasować — stwierdził z zadowoleniem.

    Uśmiechnął się, ale zaraz potem w jego klatce piersiowej coś boleśnie zgrzytnęło. Powróciła niechciana fala przeszłości. Sięgnął po żel pod prysznic na oślep, próbując odegnać te myśli. Przecież Peter nie był jego dawną miłością. Był tylko żywym uosobieniem seksapilu, energii i ślepego oddania. To, że był mężczyzną – czymś, czego Fiodor zakazywał sobie przez dekadę – jedynie dolewało oliwy do ognia. Wiedział, że postępuje egoistycznie, karmiąc się tym chłopakiem, nie dając nic w zamian, a mimo to nie potrafił przestać.

    Peter zamierzał zapytać, co Fiodor miał na myśli, ale gęsta piana nagle spłynęła mu na twarz. Szorstkie palce Rosjanina zaczęły masować jego skórę głowy z zaskakującą czułością. Chłopak opuścił głowę, poddając się tej opiece. Gdy przyszła jego kolej, z lubością namydlił umięśniony tors Fiodora. Wił się przy tym powoli, niemal leniwie, czerpiąc dziką satysfakcję z faktu, że ostra twarz mechanika znów tężeje z pożądania.

    Prysznic nie trwał długo. Kiedy dłonie Petera zaczęły wędrować w niebezpieczne rejony podbrzusza, Fiodor z uśmiechem zablokował jego nadgarstki.

    — Zjedz, a ja zrobię nową kawę — polecił, wychodząc z łazienki owinięty tylko w ręcznik.

    W kuchni pachniało już świeżym naparem, a mężczyzna ze skupieniem kroił prowiant.

    — Na górze w szafie są koce. Wybierz taki, który najbardziej polubią twoje pośladki — rzucił beztrosko przez ramię.

    Peter przełknął ostatni kęs słodkiej bułki. Nadal czuł się nierealnie w tej sytuacji. Bał się tego wielkiego faceta, bał się głębi tych emocji, a jednocześnie ufał mu w sposób niemal samobójczy. Podszedł do niego cicho od tyłu, wsuwając palce za pasek jego dresowych spodni. Kiedy Fiodor się odwrócił, Peter wspiął się na palce, ukąsił go lekko w dolną wargę i ze śmiechem wywinął się z objęć, uciekając na piętro po koc.

    Rosjanin przeklął pod nosem. Przez moment jego serce zabiło nienaturalnie szybko. Zdał sobie sprawę, że w ręku nadal trzymał nóż kuchenny. Gdyby Peter zaskoczył go w innej chwili, instynkt mógłby wziąć górę. Odetchnął ciężko i schował ostrze do zlewu.

    Tymczasem na górze Peter otworzył szafę. Były tam trzy koce. Gdy pociągnął za ten najbardziej puszysty i błękitny, coś metalowego z głuchym brzękiem spadło na podłogę. Poturlało się pod łóżko. Chłopak zamarł, spoglądając na ciężki wojskowy koc leżący obok. Powoli kucnął. W cieniu, odbijając resztki słońca, leżał nabój. Karabinowy.

    Kusiło go, by zacząć szukać dalej, sprawdzić czarną walizkę wciśniętą w głąb półki, ale zdrowy rozsądek wreszcie zadziałał. Zamknął drzwi szafy. Wziął głęboki, drżący oddech i zszedł na dół z niebieskim materiałem przyciśniętym do piersi. Stanął w futrynie kuchni.

    — Fiodor... powiedz coś do mnie — poprosił cicho. Nagle ta relacja – jeśli w ogóle mógł ją tak nazwać – wydała mu się nie tylko obca, ale i potencjalnie niebezpieczna.

    — Hm? — Mężczyzna odwrócił się, wkładając banana do wiklinowego koszyka. Spojrzał na bladą twarz chłopaka i zmarszczył brwi. — Zapomniałem uprzedzić, że mam tylko trzy koce? Rozmyśliłeś się? — zapytał, ewidentnie nie łapiąc kontekstu jego lęku.

    Peter patrzył na jego twarz, na tę paskudną bliznę. Nagle uśmiechnął się, kręcąc głową. Strach wyparował, zastąpiony przez tę samą zgubną fascynację. Podszedł do Rosjanina, wpychając się w jego przestrzeń osobistą i położył koc na koszyku.

    — Nie, nie rozmyśliłem się — zamruczał, odchylając głowę do tyłu, by spojrzeć w jego oczy. — Jeśli nie planujesz wywieźć mnie na mróz bez bluzy, to jestem gotów.

    — Nad jezioro — sprostował Fiodor, po czym przyciągnął go do siebie, chowając twarz w jego pachnącej żelem szyi. — Bardzo mnie cieszy, że nie uciekłeś. Pozwól, że wypełnimy ten dzień przyjemnościami, a ja wypełnię sobą twoje ciało. Raz, drugi, trzeci. Aż będziesz nieprzytomnie skomlał o litość.

    Jego szept był groźny, władczy i cholernie podniecający.

    Peter przełknął ślinę.

    — Ubiorę się tylko — wydukał, uciekając spojrzeniem, ale rumieniec na jego policzkach mówił wszystko.

    Krótko potem siedzieli już w potężnym, naprawianym przez Fiodora dżipie. Miasto szybko zostało w tyle, ustępując miejsca dzikiej przyrodzie. Zanim Peter zdążył zadać jakiekolwiek pytanie o cel podróży, ciężka, szorstka dłoń mężczyzny spoczęła na jego udzie. Płynnie przesunęła się wyżej, zatrzymując dokładnie na krawędzi rozporka. Fiodor jednym ruchem rozpiął guzik dżinsów chłopaka i wsunął palce do środka, powoli, rytmicznie masując mięknącego po prysznicu penisa. To nie był dotyk mający przynieść ulgę. To była psychologiczna tortura, nieustanne przypominanie, do kogo Peter teraz należy. Chłopak rozsunął szerzej nogi, zagryzając wargę, i wlepił wzrok w surowy profil kierowcy, ostatecznie zgadzając się na ten układ.

    Jezioro było ukryte w malowniczej, zarośniętej sosnami kotlince. Szatyn patrzył na lśniącą taflę wody z autentycznym zachwytem.

    — Nikt nigdy... nie zabrał mnie w takie miejsce — wyznał z ociąganiem, wciąż wiercąc się pod zniewalającym dotykiem dłoni Fiodora.

    — Bywam tu czasem latem — odparł mężczyzna bez cienia uśmiechu. Zabrawszy dłoń, poprawił materiał bielizny Petera. — Zapnij spodnie. Chcę, żeby cię uciskały.

    Wysiadł z auta, wyciągając koszyk i koc. Chwilę zajęło mu znalezienie odpowiedniego skrawka gładkiej trawy. Gdy to zrobił, podszedł do zdezorientowanego tancerza. Chwycił go za podbródek i wbił się w jego usta zaborczym pocałunkiem, całkowicie dominując jego zmysły.

    — Chcę, żebyś wziął mnie w usta — rozkazał prosto do jego ucha.

    Odsunął się, opierając leniwie o maskę wozu. Rozpiął bluzę, a dresowe spodnie zsunął nieznacznie w dół, prowokacyjnie odsłaniając linię ciemnych włosów, prowadzącą prosto do nabrzmiałego wybrzuszenia.

    Peter osunął się na kolana w mokrą trawę z drżącym wydechem. Rozchylił uda, robiąc miejsce dla własnego, twardego jak skała wzwodu. Złapał za krawędź bawełnianego materiału i zsunął go ostrożnie w dół. Gorącym językiem przejechał po masywnym trzonie, czując, jak tkanka twardnieje pod jego dotykiem. Gdy wziął go do ust, drugą ręką zaczął masować jądra Fiodora, dokładnie badając znajomy już kształt. Z gardłowym jękiem sięgnął wolną dłonią do własnych spodni, by przynieść sobie choć odrobinę ulgi.

    — Zostaw — warknął ostrzegawczo Fiodor, chwytając jego nadgarstek. Uśmiechnął się z bezlitosną satysfakcją, widząc ból niezaspokojenia na twarzy chłopaka.

    Rosjanin ujął potężnego penisa i zaczął bezceremonialnie nacierać nim o uchylone wargi i brodę Petera, rozmazując na nich słonawe kropelki własnego płynu. Kiedy uznał, że upokorzenie i pragnienie sięgnęły zenitu, wplótł palce w kasztanowe loki i pchnął biodrami, wbijając się głęboko w ściśnięte gardło młodzika.

    — Tylko ostrożnie — chrypiał, wpatrując się w falujące pod nim ciało. — Bo jak dojdę, pół dnia będziesz czuł w sobie moje palce zamiast kutasa.

    Peter dławił się, połykając ten rozmiar, ale wykonywał swoją pracę perfekcyjnie. Zaciskał palce na udach Fiodora, czując, jak napięcie w mięśniach mężczyzny rośnie z każdą sekundą. Gdy Rosjanin zaczął tracić oddech, chłopak niespodziewanie przerwał. Odsunął czerwoną, ociekającą śliną twarz, spoglądając na oprawcę załzawionymi, ciemnymi z pożądania oczami. Odmówił mu finiszu. Chciał poczuć go w sobie.

    Fiodor warknął niczym sprowokowane zwierzę. Podciągnął chłopaka brutalnie do góry, miażdżąc jego usta. W sekundę zerwał z niego dżinsy i bieliznę. Przeniósł wyrywające się, drżące ciało na rozłożony błękitny koc i cisnął je na kolana.

    — Do twarzy ci w zielonym — rzucił, podciągając koszulę Petera na plecy.

    Bez zbędnych ceregieli nałożył prezerwatywę na ociekający obficie śliną trzon. Zanim Peter zdążył przygotować się mentalnie, Fiodor uderzył biodrami w przód. Wszedł w ciasną, nieprzygotowaną dziurkę w jednym, płynnym, bolesnym pchnięciu, rozrywając ciszę nad jeziorem stłumionym krzykiem tancerza.

    Nie narzucił morderczego tempa z poprzedniej nocy. Tym razem rżnął go z mrożącą krew w żyłach powolnością. Każde wbicie było kalkulowane, głębokie i dobijające do samego dna. Chwycił sztywny organ Petera u nasady, blokując mu możliwość dojścia, podczas gdy sam używał jego jędrnych pośladków do własnej, egoistycznej satysfakcji. Trwało to wieczność, aż obaj stanęli w ogniu absolutnej desperacji. Fiodor nagle wysunął się z głośnym mlaśnięciem.

    Klepnął zaczerwieniony pośladek, wymuszając zmianę pozycji.

    — Odwróć się.

    Peter runął na plecy, rozpaczliwie zarzucając szczupłe nogi na szerokie barki Fiodora, zanim ten zdążył w ogóle ułożyć się poprawnie. Palce dłoni wbił w wilgotną ziemię, zrywając trawę z korzeniami, gdy Rosjanin nabił go na siebie ze zwojoną siłą. Tym razem nie było litości. Twarde ciało uderzało w niego, wbijając w błękitny materiał. Ich spojrzenia się spotkały – zielone, zapłakane z bólu i rozkoszy oczy Petera oraz czarne, zdeterminowane źrenice Fiodora.

    — Dojdź ze mną — rozkazał Rosjanin twardo, gdy lędźwie zaczęły mu płonąć. Zmiażdżył usta chłopaka w ostatecznym, rozpaczliwym pocałunku i wbił się tak głęboko, jak to było fizycznie możliwe, zalewając lateks własnym ogniem w tym samym ułamku sekundy, w którym spazmy Petera wystrzeliły jego nasieniem na jego własny brzuch.

    Zwisający z ramion Fiodora, Peter szlochał. Nie potrafił zapanować nad lawiną emocji, łzami ulgi, fizycznym wyczerpaniem i czymś potwornie ciężkim, co zaciskało mu się na gardle.

    — Nie wychodź, jeszcze nie... — błagał, zaplatając nogi na biodrach mężczyzny, jakby bał się, że bez tego wewnętrznego scalenia, jego rozpalone ciało po prostu się rozpadnie.

    Fiodor zamruczał, opadając ciężko na klatkę piersiową chłopaka. Ukrył twarz w jego szyi, chłonąc ten rozdzierający, cichy płacz. Przez długie minuty trwał w nim, gładząc jego biodra, zanim w końcu dźwignął ich obu do siadu, pozwalając Peterowi zawisnąć na sobie niczym bezwolnej lalce. Odpalił papierosa, wydmuchując dym w stronę spokojnego jeziora, a wolną dłonią masował plecy chłopaka pod zieloną koszulą, kryjącą brutalne, czerwone ślady jego palców.

    Peter, uspokojony miarowym biciem serca Rosjanina, zamknął oczy. Opuszkami palców zaczął powoli badać topografię szerokich pleców. Śledził wypukłości starych, sztywnych blizn, zmuszając Fiodora do mimowolnego spięcia mięśni. Zrobił to celowo, by zakotwiczyć ten moment, wchłonąć z tego mężczyzny tyle surowego poczucia bezpieczeństwa, ile się dało.

    Brutalna rzeczywistość nadeszła wraz ze wstrząsającym chłodem wody w jeziorze podczas pośpiesznej kąpieli, a potem uderzyła z pełną siłą dźwiękiem dzwonka telefonu. Kiedy wrócili do miasta i zaparkowali pod mieszkaniem, świat znów upomniał się o Petera. Uczelnia. Rodzina. Matka, która dzwoniąc, zapomniała o jego urodzinach, i ojciec, dla którego był tylko piątym z kolei synem do wyżywienia.

    Pożegnanie było niezgrabne. Romantyczny pocałunek wydawał się niestosowny po tym, co ze sobą zrobili, a tanie słowa nie potrafiły oddać ciężaru tego dnia.

    Peter stanął przy potężnym dżipie, wbijając wzrok w ciemne, nieprzeniknione oczy Rosjanina.

    — Dziękuję ci... było w tym coś... niezwykłego — wydukał, machając mu z zakłopotaniem.

    Odwrócił się, wkraczając z powrotem w swój chaotyczny, nieważny świat. Przecierając twarz, poczuł w ustach widmo popiołu i krwi. Zastanawiał się, czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczy.




 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz