Peter uosabiał ten rodzaj klasycznego piękna, którego los zazwyczaj nie potrafi docenić. Miękkie, podatne na układanie loki, konstelacja bladych piegów rozsypana na ostrych kościach policzkowych i usta o niemal rzeźbiarskiej perfekcji. Różnił się jednak od kruchych, eterycznych chłopców – miał w sobie sprężystą siłę, nieco szersze ramiona i sportową sylwetkę. To sprawiało, że zupełnie nie pasował do żadnej ze skrajnych ról w dusznych klubach BDSM. Jako aktyw rozpaczliwie próbował przejąć kontrolę, ale brakowało mu surowości; do roli uległego był z kolei zbyt zwarty, zbyt fizyczny.
Wylądował na wydziale artystycznym, choć
jego ambicje sięgały znacznie lepszych uczelni – brutalna weryfikacja stanu
konta szybko zweryfikowała te plany. Zaletą tego wyboru była nauka tańca na
rurze, w którym osiągnął poziom niemal akrobatyczny. Wadą? Chroniczny brak
perspektyw na porządną pracę. Wciąż łudził się, że z dyplomem licencjata uda mu
się zahaczyć chociaż o staż w teatrze. Zawsze uważał się za osobę dobrze
zorganizowaną, dlatego sam nie do końca rozumiał, skąd w jego życiu wzięła się
ta nagła fala nieudacznictwa. A potem… po tym, co zaszło z Arthurem, wszystko
rozsypało się ostatecznie.
Ostra smuga słońca bezlitośnie przecięła
mrok pod powiekami. Peter zasyczał, marszcząc nos, i odruchowo zasłonił twarz
przedramieniem. Powoli uchylił oczy. Spod kurtyny złotych rzęs błysnęła
głęboka, butelkowa zieleń, w której tańczyły niepokojące, błękitne refleksy.
Jego źrenice wciąż były nienaturalnie rozszerzone. Chemiczny ślad po proszku,
którym wczoraj poczęstował go znajomy, nadal krążył w krwiobiegu, tępiąc ostrość
zmysłów.
Jednak chłód otoczenia i szokująca
faktura materiału pod palcami błyskawicznie otrzeźwiły umysł. To nie był jego
pokój. Co gorsza, był całkowicie nagi. Skóra chłonęła luksusowy dotyk
ciężkiego, czarnego jedwabiu pościeli, co wcale nie przynosiło ulgi. Opadł z
powrotem na poduszki, zaciskając powieki i chowając twarz w dłoniach.
— Żebym tylko niczego nie złapał,
błagam… — wyszeptał rozpaczliwie do samego siebie, nie mając jeszcze odwagi, by
podnieść się z materaca.
— Mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę,
że w nocy nie uprawiałeś seksu.
Głos był głęboki, przyjemnie rezonujący,
przesiąknięty twardym, wschodnim akcentem. Przez ułamek sekundy wyobraźnia
podsunęła Peterowi obraz łagodnego, zamożnego mężczyzny, ale rzeczywistość
uderzyła w niego z brutalną siłą. W futrynie sypialni opierał się wysoki,
potężnie zbudowany brunet. Półnagi. Nie miał w sobie krztyny salonowej
delikatności – emanował surową, drapieżną energią dominującego samca. Jego
twarz, pokrytą ciemnym zarostem, przecinała paskudna, nierówna blizna, nadając
mu wygląd człowieka, który z równym spokojem mógłby podać kawę, co zaplanować
morderstwo. Ciało, wyrzeźbione bezwzględnymi treningami i zapewne niejedną
konfrontacją, również nosiło ślady dawnej przemocy. Wąska ścieżka ciemnych
włosów, prowadząca od pępka w dół, znikała pod paskiem luźnych, materiałowych
spodni.
— Nie musisz wstawać — rzucił mężczyzna,
odrywając się od framugi z kocią płynnością, i zniknął w części dziennej
apartamentu. Zanim Peter zdążył zaczerpnąć tchu, powietrze przeciął bogaty
aromat świeżo parzonej kawy i słodkich wypieków.
Umysł chłopaka, do tej pory ospały,
nagle wrzucił najwyższy bieg. Panika wyparła resztki narkotycznej mgły. Odezwał
się pierwotny instynkt przetrwania, bezlitośnie przypominając, że utknął w
pułapce. Okno wydawało się jedyną logiczną drogą ewakuacji, ponieważ wyjście z
sypialni prowadziło prosto w ramiona faceta, który łączył w sobie dwie
najbardziej zabójcze cechy: był zbrodniczo pociągający i płynęła w nim rosyjska
krew. Peter usiadł gwałtownie, wbijając się w zagłówek. Spodziewał się
najgorszego, ale na pewno nie widoku tacy, na której zamiast jego wyciętych
narządów leżały puszyste bułeczki. Dwie porcelanowe filiżanki cicho brzęczały,
gdy Rosjanin bezszelestnie wkroczył z powrotem do pokoju.
Mężczyzna usiadł na krawędzi materaca,
odstawiając tacę na szafkę nocną. Obok dzbanka leżał nietknięty listek tabletek
przeciwbólowych. Wbił w chłopaka uważne, ciemne spojrzenie. Doskonale pamiętał
ciężar tego drobnego ciała, gdy zgarniał go z obskurnego parkingu, wyrywając z
rąk pijanego napastnika. Niósł go na rękach przez pół miasta. Tamtego wieczoru
pozwolił sobie na dwa grzechy: rozebranie nieprzytomnego blondyna z brudnych
ubrań i moment, w którym jego wzrok zbyt długo zatrzymał się na perfekcyjnych
proporcjach młodszego mężczyzny. Nie definiował się jako homoseksualista – seks
z kobietami wciąż dawał mu pełną satysfakcję – ale gdzieś głęboko pod skórą, w
najciemniejszym zakątku pamięci, pulsowało wspomnienie smaku innego mężczyzny
sprzed lat.
— Na zdrowie — mruknął, unosząc
filiżankę za uszko. Drugą ręką, z absurdalnym wręcz spokojem, wyciągnął zza
paska spodni zwiniętą gazetę. Brakowało tylko okularów do czytania, by dopełnić
tego surrealistycznego obrazu. Zamierzał dotrzymać chłopakowi towarzystwa w absolutnym,
gęstym milczeniu, co tylko potęgowało dezorientację Petera.
Cisza ciążyła blondynowi jak ołów.
Próbował poskładać strzępki wczorajszego wieczoru. Klub, pulsujące światła,
taniec. Proszek, alkohol. I fakt, że celowo nie założył wczoraj bielizny – przecież
chciał z kimś wyjść, chciał desperacko zapomnieć o Arthurze i jego nowym
faworycie. Ale jak wylądował tutaj? W łóżku bogatego, niebezpiecznego
człowieka, który nawet go nie tknął? Mógłby założyć, że gospodarz kłamie, ale
instynkt podpowiadał mu, że ten konkretny mężczyzna nie ma w zwyczaju ukrywać
swoich grzechów.
Sięgnął po filiżankę, z ulgą pozwalając,
by gorzki napar przepłukał zaschnięte gardło. Tabletek nie ruszył. Głowa
pulsowała, ale nie zamierzał faszerować się niczym, co pochodziło z rąk tego
człowieka, zwłaszcza po wczorajszym przyćpaniu. Przełknął kęs słodkiego ciasta
i wreszcie odchrząknął.
— Mogę zapytać… dlaczego tu jestem? —
Jego głos drżał minimalnie. — To może brzmieć głupio, skoro my nie… um… —
Urwał, zmuszony nabrać powietrza pod ciężarem niewzruszonego spojrzenia
Rosjanina. — Byłem pijany. Niewiele pamiętam — dodał cicho, wbijając wzrok w
jedwabną pościel.
— Mmm… — Mężczyzna uniósł brew, leniwie
znad krawędzi gazety. — Zgarnąłem cię spod klubu. Ktoś próbował cię zgwałcić.
Powiedział to z taką monotonią, jakby
komentował poranną prognozę pogody.
— Nie wiem, co robiłeś wcześniej —
dodał, wracając do czytania.
Wewnątrz wcale nie był tak opanowany.
Obecność nagiego, wibrującego od emocji chłopaka w jego łóżku budziła
instynkty, które wolał trzymać na krótkiej smyczy. Doskonale zinterpretował
brak bielizny i cel wczorajszej wizyty Petera w klubie. Sam jednak znalazł się
tam z zupełnie innych powodów. Lokal stanowił idealną przykrywkę do spotkań z
ludźmi, z którymi nie należało być widywanym w świetle dnia.
— Ubrania masz na fotelu. Czysty ręcznik
w łazience — poinstruował, zerkając wymownie na szafkę nocną. — Zaraz wychodzę.
Zamek zatrzaskuje się automatycznie, więc upewnij się, że wziąłeś wszystko.
Drugi raz nie wejdziesz.
Peter zamarł. Gwałt. Chciał po prostu
znieczulić złamane serce, a o mało nie padł ofiarą brutalnej napaści. Przełknął
ciężko ślinę, przymykając na chwilę piekące oczy.
— Dzięki… Pewnie uratowałeś mi coś
więcej niż tylko godność — szepnął.
Zrozumiał, że musi wstać. Nagi. Przy tym
człowieku. Zsunął się z krawędzi materaca po przeciwnej stronie, odruchowo
zasłaniając krocze dłońmi. Wmawiał sobie, że skoro facet nie wziął go siłą w
nocy, to zwyczajnie nie był zainteresowany jego powłoką, a co najwyżej zdrowymi
nerkami. Śmiejąc się w duchu z własnej, absurdalnej paniki, podszedł do fotela
nieco z boku, starając się unikać bezpośredniego pola widzenia czytającego
Rosjanina. Wciągnął spodnie w pośpiechu. Sprawdził kieszenie: portfel, klucze.
Wszystko było.
— Wybacz za kłopot. Ogarnę się już u
siebie. Um… żegnaj? — rzucił niezgrabnie i, nie oglądając się za siebie, wypadł
z tego dziwacznego miejsca tak szybko, jak tylko pozwalały mu na to bose stopy.
Na nocnej szafce, tuż obok tacy, cicho
zamigał w pełni naładowany ekran jego telefonu.
Mężczyzna nawet nie drgnął, gdy
wejściowe drzwi zatrzasnęły się z głuchym echem. Popijał kawę, rejestrując
ucieczkę chłopaka ukradkowym spojrzeniem. Zauważył zostawiony aparat niemal
natychmiast, ale nie zamierzał za nim biec. Był dziwnie spokojny, że kiedy
tylko adrenalina opadnie, a uciekinier odzyska zdolność logicznego myślenia,
wróci, szukając okazji do odwdzięczenia się.
Pół godziny później sam opuścił chłodne,
niemal ascetyczne mury swojego apartamentu. Czekał go długi dzień w warsztacie,
gdzie pod zapachem smaru i gnijącej stali starych karoserii, wciąż ukrywał się
ciężki, metaliczny zapach czerwonej posoki. Miał ręce do pobrudzenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz