niedziela, 22 marca 2026

Rozdział V [Fiodor]

Minęły równe trzy tygodnie, a wiosna zagościła w mieście na dobre. Przez okna studenckiej kawalerki wlewały się złote, popołudniowe promienie, niosąc ze sobą pierwsze uderzenia prawdziwego gorąca.

— Nie zadzwoni, Pete. Nie jest idiotą — powiedział do siebie, przypominając sobie zmiętą kartkę z numerem telefonu, którą zostawił Fiodorowi na pościeli tuż przed powrotem do miasta.

Przecież tamten mężczyzna widział go pod klubem. Widział, jak chętnie i łatwo dał się wciągnąć w tę pułapkę. Rosjanin go nie znał, ale błyskawicznie przejrzał. Wyłuskał jego prawdziwą naturę: spragnioną uwielbienia, kruchą i bezczelnie puszczalską.

— Głupi... — wysyczał przez zaciśnięte zęby, przekręcając się gwałtownie na brzuch.

Sam nie rozumiał, dlaczego ten człowiek w ogóle nie dawał mu spokoju. Niezbyt często przywiązywał się do przelotnych kochanków. Właściwie tylko Arthur zajmował jego myśli na tyle długo, by móc to nazwać czymś na kształt tęsknoty. Tymczasem teraz desperacko pragnął, by ten obcy, milczący mechanik chciał od niego czegoś więcej niż tylko uległego ciała. Żeby robili razem te wszystkie prozaiczne rzeczy: poranne kawy, wspólne śniadania, milczące pikniki za miastem.

Nie mógł mieć pretensji do nikogo prócz siebie. Oczekiwał, że facet po prostu go zaliczy i zostawi, bo przecież sam nie planował niczego innego. Szukał ostrego seksu, by znieczulić ból po odrzuceniu, a skończył z głową pełną absurdalnych marzeń o kimś, kto i tak żył w zupełnie innym wymiarze.

Wściekły na własną słabość, zerwał się z kanapy. Wyciągnął z szafy odważniejsze, krzykliwe rzeczy. Chciał zapomnieć.

Klub wibrował od muzyki i gęstego, lepkiego powietrza. Właściciel powitał tancerza z drapieżnym uśmiechem, natychmiast wciskając mu w dłoń zwitek banknotów i popychając w stronę garderoby. Kilka kwadransów później Peter, spięty skórzanymi pasami i łańcuszkami, z powiekami podkreślonymi brokatem, był gotowy. Makijaż nie maskował jego rysów, jedynie wyostrzał naturalną urodę, nadając mu wygląd upadłego anioła. Tym razem miał tańczyć w klatce, w strefie VIP.

Po kilku szybkich drinkach, które miały stępić resztki wstydu, dał się zaprowadzić na wyższe piętro. W luksusowej, półmrocznej sali został sam na sam z barmanem i stalową konstrukcją. Wspiął się do środka, przytulając rozpalony policzek do chłodnych prętów. Z głośników popłynął ciężki, basowy bit. Choć honorowych gości wciąż brakowało, poddał się rytmowi, leniwie rozgrzewając giętkie mięśnie.


Fiodor ani na moment nie zapomniał o swoim młodym kochanku. Każdego wieczoru, siedząc w fotelu, czuł palącą potrzebę wykręcenia zapisanego numeru. Dlaczego tego nie zrobił? Sam do końca nie wiedział. Powstrzymywał go racjonalny rozsądek, pragnienie powrotu do chłodnej stabilności i głęboko zakorzenione poczucie, że uleganie męskiemu ciału nie jest do końca właściwe. Ta społeczna trucizna sączyła się w jego umyśle, choć przecież co noc, gasząc niedopałek, wpatrywał się w skrawek papieru z rzędem cyfr.

Pod prysznicem katował się najpierw wrzątkiem, a potem lodowatą wodą, próbując zmyć z pamięci gładkość skóry Petera i wspomnienie rozkosznej, obezwładniającej ciasnoty. Na szczęście wraz z wiosną sezon w warsztacie ruszył pełną parą. Praca fizyczna wyczerpywała, odbierając siły na rozmyślania. Jednak po trzech tygodniach celowego celibatu, napięcie seksualne osiągnęło punkt krytyczny. I podczas gdy tancerz wił się właśnie na scenie, Fiodor z chłodną kalkulacją umawiał się na wolny wieczór z jedną ze swoich niezobowiązujących przyjaciółek, by zrzucić ciśnienie w sposób, który uważał za bezpieczny.


Ciało przyprószone złotym pyłem prześlizgiwało się między szczeblami klatki. Peter wspinał się, zwisał głową w dół, rozsuwał nogi, wyginając się pod nienaturalnym, hipnotyzującym kątem. Chwilę później zmieniał tempo – ruszał się powoli, niemal niewinnie. Opadł na kolana, wyciągnął ramiona, na których brzęczały ciężkie bransolety, i wygiął kręgosłup w perfekcyjny mostek, opierając ciężar ciała na smukłych palcach.

Kilkudziesięciu zamożnych, elegancko ubranych mężczyzn obserwowało go początkowo z rezerwą. Jednak drogi alkohol szybko zmył pozory kultury. Zapragnęli tego chłopca z bliska. W kierunku klatki poleciały kolejne banknoty, a obsługa pospiesznie rozstawiła rurę na środku sali.

Peter musiał coraz zwinniej unikać chciwych rąk. Ale nie wszystkich. Dał się skusić jednym, pewnym ramionom. Pozwolił się objąć, ignorując własne stłumione protesty, gdy usta smakujące wytrawnym koniakiem brutalnie zderzyły się z jego wargami. Czuł obce, natarczywe palce wkradające się pod skąpe spodenki. Z głośników dudniła muzyka, zagłuszając basowy śmiech reszty widowni. Najmłodszy z grupy przycisnął drobne ciało tancerza do siebie, zupełnie nie przejmując się złotym pudrem rujnującym jego jedwabny garnitur.

Peter jęknął, odchylając się na jego udach, gdy wyraźne, gorące wybrzuszenie pod materiałem spodni klienta otarło się o jego własne krocze. Obca dłoń miętosiła jego pośladek ze ślepą zachłannością. Syknął cicho, zmuszając się do otwarcia oczu. Spojrzał w twarz mężczyzny – perfekcyjne, chłodne rysy i błękitne spojrzenie przepełnione tępym, samczym pożądaniem. Facet zapewne miał w domu żonę lub narzeczoną. Seks z nim na pewno byłby fizycznie satysfakcjonujący. Mógłby zagłuszyć myśli, dać złudzenie bliskości i wypełnić na chwilę pustkę.

Szatyn wywinął się jednak z jego uścisku. Wykonał płynny piruet, ukłonił się nisko – jakby to brutalne macanie było tylko częścią wyreżyserowanego show – i błyskawicznie umknął tylnym wyjściem.

Główna sala huczała. Dziesiątki ciał ściśniętych na parkiecie polowały na łatwą zdobycz. Kilku próbowało go złapać, jeden przytrzymał mocniej, zmuszając do kilku wspólnych kroków, zanim Peter znów się wyrwał.

Tęsknił. Tak cholernie tęsknił za tym, czego nikt w tym tłumie nie potrafił mu zaoferować. Za szorstkim bezpieczeństwem. Szybko pozbył się scenicznych rekwizytów. Złote jocksy zostały na nim – nie miał czasu ani siły na przebieranki. Wciągnął przez głowę luźną bluzę, narzucił dżinsy i wybiegł z klubu, byle tylko nie wpaść na szefa. Z roztartym makijażem, połyskującymi cieniami na powiekach i w wysokich, czarnych trampkach wciąż wyglądał jak zjawisko, gdy szybkim, zdeterminowanym krokiem przemierzał nocne ulice.

Znalazł właściwą kamienicę. Właściwy dzwonek. Oparł się o ścianę. Pachnąc mieszanką cudzych, drogich perfum, z pulsującym śladem ugryzienia na szyi, drżał, desperacko pragnąc znów znaleźć się w ramionach Rosjanina.


Przedsionek eleganckiej kamienicy świecił pustkami. Brak portiera, absolutna cisza. Winda czekała na dole, zapraszająco otwarta, jakby specjalnie dla niego. Wcisnął guzik, a kabina z cichym szumem ruszyła w górę. Głuche uderzenia jego własnego serca wydawały się głośniejsze niż szmer mechanizmu.

Godzina była późna. Fiodor od dawna leżał w łóżku. W sypialni mrugał ekran wyciszonego telewizora – Rosjanin nie znosił spać w absolutnej ciszy, chyba że dzielił z kimś materac, co zdarzało się rzadko. Dźwięk dzwonka wyrwał go z płytkiego, niespokojnego snu.

— Na litość boską, Peter, jak ty wyglądasz... — warknął Fiodor, otwierając drzwi.

Obrzucił chłopaka ciężkim, pełnym wyrzutu spojrzeniem, odpalając złapanego w przedpokoju papierosa. Zaciągnął się głęboko, krzywiąc z niesmakiem.

— Nie wejdziesz do mojego łóżka, dopóki tego z siebie nie zmyjesz — stwierdził twardo. Ostry, słodkawy odór cudzych perfum przyprawiał go o mdłości.

Widział, że wizyta musiała wynikać z jakiegoś załamania, ale po szybkiej ocenie uznał, że chłopakowi nie stała się bezpośrednia krzywda. Zamknął za nim drzwi. Pochylił się, złożył szorstki pocałunek na oprószonym brokatem policzku i bez słowa wskazał łazienkę. Potrzebował tych kilku minut, by przetrawić fakt, że jego obsesyjna, skrywana fantazja właśnie stanęła w jego progu i posłusznie maszeruje pod prysznic.

Nogi Petera zmiękły. Ulga, jaka spłynęła na jego zmęczone ciało, była obezwładniająca. Zrobiłby wszystko, czego ten człowiek zażąda. Posłusznie zamknął się w łazience, wdzięczny za to szorstkie milczenie. Zrozumiał, że Fiodor nie potrzebował tłumaczeń, nie zadawał pytań. Po prostu go wpuścił.

Zauważył, że mężczyzna przypatruje mu się przez uchylone drzwi, gdy ściągał ubranie. Złota, skąpa bielizna opadła na płytki, odsłaniając jasną, piegowatą skórę. Zszedł pod prysznic, odkręcając wrzątek, by zmyć z siebie całe to sceniczne brudne złoto, cudzy dotyk i fałszywe zapachy.

Czysty, pachnący mydłem i owinięty tylko w ręcznik, znalazł Rosjanina w kuchni. Fiodor właśnie rozlewał coś do dwóch kubków. W powietrzu unosił się aromat gorącej czekolady, ale to nie za tą słodyczą Peter tęsknił. Ostrożnie, badając wzrokiem ciemne oczy gospodarza, podszedł bliżej. Nie napotkawszy oporu, wtulił twarz w jego twardy tors, chłonąc naturalne ciepło i surowy zapach mechanika.

Fiodor musiał mieć pewność, że z chłopaka zniknął każdy ślad klubu. Nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego te tanie, krzykliwe dodatki na tak zgrabnym ciele wywoływały w nim niemal agresję. Uspokojony widokiem czystej skóry, zaczął przygotowywać gorący napój, by jakoś zastąpić sen, który i tak już bezpowrotnie prysł.

— Delikatniej — syknął cicho, gdy szczupłe ramiona oplotły go w talii.

Pod cienkim materiałem koszulki Peter wyczuł sztywną fakturę bandaża. Zapach też się nie zgadzał. Oprócz tytoniu, mydła i cienia alkoholu, z bliska wyraźnie wyczuwalna była ostra, apteczna woń medykamentów. Mimo bólu, potężne ramiona mężczyzny zamknęły się wokół drobnego ciala. Fiodor wsunął dłoń w wilgotne loki chłopaka, a jego serce, wyczuwalne pod żebrami, biło zdecydowanie za szybko.

Peter zmarszczył nos. Odruchowo chwycił materiał koszulki, próbując ją podciągnąć. Duża dłoń natychmiast unieruchomiła jego nadgarstek. Spojrzał na twarz Rosjanina, przygryzł wargę i odpuścił. Zamiast tego zsunął dłonie niżej, ostrożnie obejmując go na wysokości bioder.

— To coś poważnego? — zapytał cicho, przesuwając chłodnym nosem po linii jego szyi. — Powinieneś leżeć, a nie niańczyć zagubionych tancerzy erotycznych.

Odsunął się, by zabrać ze stołu kubki z czekoladą. Ręcznik opadł nieco niżej na jego biodrach, a jasna skóra złociła się w przytłumionym świetle. Posłał Fiodorowi krzywy uśmiech i wskazał głową w stronę salonu. Z tym gorącym napojem lepiej było omijać pościel. Nie czekając na odpowiedź, ruszył miękkim krokiem w stronę kanapy, upewniając się tylko przez ramię, czy gospodarz podąża za nim.

Umysł Rosjanina przez moment zarejestrował tylko pragnienie, by przycisnąć ten chłodny nos do materaca i ucałować resztę twarzy. Otrząsnął się szybko.

— Przejdzie mi — rzucił burkliwie, siadając ostrożnie na kanapie. — A w łóżku leżałem, dopóki się nie zjawiłeś.

Sięgnął po papierosa. Leki przeciwbólowe – z pewnością nie te dostępne bez recepty – otępiały zmysły i ciążyły na powiekach. Zaciągnął się głęboko, ukradkiem obserwując półnagiego chłopaka. Wzrok ślizgał się po wilgotnej skórze z lubieżnym głodem, a Fiodor zastanawiał się, czy przypadkiem znów nie śni.

— Opowiedz mi o tym — poprosił z nieoczekiwaną łagodnością. Skoro i tak nie spali, wolał zająć głowę czymś innym. Ciekawość walczyła w nim z rozsądkiem. Wiedział, że im więcej dowie się o tym chłopaku, tym głębiej wpuści go do swojego hermetycznego świata.

Peter zamrugał zdezorientowany, zlizując słodką piankę z warg. Spojrzał w twarz mężczyzny, częściowo ukrytą za zasłoną dymu. Pragnął go. Ta świadomość uderzyła w niego z taką mocą, że aż zabrakło mu tchu. Jak to możliwe, że ten obcy, szorstki i poturbowany człowiek przyciągał go silniej niż ktokolwiek przedtem?

— Masz na myśli... mój taniec? — upewnił się. Widząc skinienie głowy, westchnął ciężko i wbił wzrok w kubek. — Studiuję na uczelni artystycznej. Taniec to mój główny kierunek. Pozwala mi... zebrać myśli. Jakbym scalał wszystkie rozbiegane kawałki siebie i wyrażał emocje wyłącznie przez ruch. Bez analizowania. Naprawdę to kocham.

Skulił nieco ramiona, odruchowo przyjmując pozycję obronną.

— A taniec w klubie to tylko... dorabianie — dodał ciszej, starając się wyprzeć wspomnienie tego brudnego uczucia, gdy pozwalał traktować się jak kawałek luksusowego mięsa dla stada pijanych biznesmenów.

— I dzisiaj byłeś w klubie? Taki... wyrysowany? — zapytał Fiodor. Doskonale rozumiał kontrast między pasją a zarabianiem własnym ciałem. Zgasił papierosa, opróżnił swój kubek kilkoma dużymi łykami i zadrżał, gdy gorący płyn rozlał się w żołądku.

Nie czekając na tłumaczenia, przysunął się bliżej. Oparł wargi na nagim, piegowatym ramieniu Petera.

— Nie podobały mi się te odciski łap na twoich plecach. Ani te tanie perfumy — wyznał chrapliwie, wdychając czysty zapach jego skóry. Zapach, którego miał unikać za wszelką cenę.

— Chodźmy do łóżka — polecił łagodnie. Nie miał siły na nic więcej. Ból w klatce piersiowej skutecznie studził żądzę, która normalnie kazałaby mu docisnąć tego bezczelnego smarkacza do materaca i pokazać mu, gdzie jego miejsce.

Peter odetchnął z ulgą. Zgasił lampę i posłusznie podążył za nim do sypialni.

— Nie dzwoniłeś. A ja nienawidzę samotności — wyszeptał w ciemności, wsuwając się pod kołdrę.

Podpełzł bliżej, ostrożnie układając głowę na zdrowej stronie piersi Fiodora, a ramię opierając na jego biodrze.

— Jeden z nich nawet mówił po rosyjsku. To znaczy, chyba nic innego nie potrafił. Przypomniał mi o tobie, ale... nie był tobą — urwał, zaciskając mocno powieki.

Jak miał przyznać, że obsesyjnie o nim myślał?

— Co ci się właściwie stało? — zapytał w zamian, nie unosząc głowy.

— Wypadek w pracy. Nic ważnego — uciął chłodno Rosjanin.

Cieszył się, że leżą w mroku. Potłuczone żebra rwały bólem, a świeże szwy ciągnęły przy każdym ruchu. Zdecydowanie nie zamierzał wtajemniczać tancerza w prawdziwe powody swoich obrażeń. To, że chwilowa utrata koncentracji wynikała właśnie z myślenia o tym konkretnym chłopaku, było jego najpilniej strzeżoną tajemnicą.

— Trochę mnie to ogranicza — mruknął, naciągając kołdrę na nagie pośladki Petera. Przytulił go mocniej, jedną dłonią masując jego ramię, a drugą wplatając we wciąż wilgotne włosy. Zaskakująco, to właśnie teraz poczuł, jak schodzi z niego całe trzytygodniowe napięcie.

— Nie dzwoniłem, bo... — urwał, szukając wymówki, która nie zdradziłaby jego lęków. — Widocznie obecność pary jąder w łóżku jednak robi mi różnicę — skłamał gładko, choć jego klatka piersiowa zadrżała od tłumionego, gorzkiego rozbawienia.

Peter prychnął cicho. Czuł, jak stres wreszcie opuszcza jego mięśnie. Senność uderzyła w niego ze zdwojoną siłą.

— Może — zgodził się leniwie. — Ale to nie wszystko. Serio nie podobało ci się to, jak wyglądałem? Większość facetów wręcz traci rozum na widok takiej... oprawy. Szczególnie przy kimś o mojej budowie — dodał z sennym zaciekawieniem, bezwiednie kreśląc leniwe wzory na udzie Fiodora.

Tym razem omijał ciepłe wybrzuszenie w pachwinie. Po raz pierwszy w życiu po prostu leżał z mężczyzną, nie oczekując niczego więcej.

— Jesteś młodym, pięknym chłopakiem. Ten cały cyrk cię... zniekształcał — odpowiedział poważnie Fiodor. — Rozumiem scenę, rozumiem sztukę. Ale przy mnie nie musisz udawać. Wręcz nie chcę, żebyś to robił.

Ujął podbródek Petera, zmuszając go do uniesienia głowy, i wpił się w jego usta miękkim, ostrożnym pocałunkiem.

— Poza tym, wyobraź sobie to technicznie. Całuję cię po szyi, brzuchu, udach... podnoszę twarz, a ona cała świeci się od brokatu jak tania bombka — prychnął cicho. Zamknął oczy, woląc skupić się na perspektywie spokojnego, porannego parzenia kawy dla nich dwóch.

Był to pierwszy prawdziwy komplement, jaki Peter od niego usłyszał. Uderzył w niego mocniej niż jakakolwiek deklaracja. Z delikatnym uśmiechem przyszczypnął zębami linię szczęki Rosjanina. Wsunął dłoń pod koszulkę mężczyzny, kładąc ją ostrożnie na twardym brzuchu, poniżej krawędzi bandaża. Czuł miarowe uderzenia jego tętna.

— Dziękuję, że mnie wpuściłeś — szepnął.

Zasypiał, ukojony wonią tytoniu i obietnicą poranka. Gdzieś na dnie umysłu tliło się pragnienie, by jutro, kiedy nabierze sił, odwdzięczyć mu się w ten wyuzdany, bezwstydny sposób, zatracając się pod ciężarem jego ciemnego spojrzenia.


Kiedy rano Peter otworzył oczy, druga strona łóżka była już pusta. Mimo to powietrze w sypialni przesiąknięte było charakterystycznym zapachem kawy i podgrzewanych w piecyku drożdżówek. Przeciągnął się z cichym jękiem satysfakcji. Słodkie śniadanie czekało na szafce nocnej, ale uwaga chłopaka natychmiast powędrowała w stronę dobiegających z łazienki dźwięków.

Fiodor siarczyście przeklinał po rosyjsku. Był to ten rodzaj cedzonych przez zęby, syczących wulgaryzmów, które zwiastowały utratę cierpliwości.

Peter roześmiał się w duchu. Wyplątał się z pościeli i, wciąż nagi, rozejrzał się za ubraniem. Zgarnął z oparcia fotela jakąś luźną, ciemną koszulkę Rosjanina. Wciągnął ją przez głowę. Materiał sięgał mu do połowy ud, całkowicie zasłaniając to, co trzeba. Złapał bułkę w zęby i miękkim krokiem pomaszerował do łazienki.

Przez uchylone drzwi zobaczył, jak sfrustrowany gospodarz z wściekłym prychnięciem ciska zwojem bandaża o podłogę.

— Pomóc w czymś? — zapytał leniwie, opierając się ramieniem o futrynę. Odgryzł spory kęs słodkiego ciasta, obserwując widowisko.

— Nie powinieneś na to patrzeć — odpowiedział twardo Fiodor. Nie był wściekły na Petera, tylko na własną bezradność. Rany, które próbował opatrzyć, w najmniejszym stopniu nie wyglądały na wypadek przy pracy szlifierką. Z drugiej strony, fizycznie nie był w stanie dosięgnąć pleców.

Westchnął ciężko.

— Wejdź — mruknął z rezygnacją. Gdy chłopak przekroczył próg, Rosjanin zacisnął szczęki, unikając jego wzroku.

— Odkryj tę cholerną maść i posmaruj dookoła szwów — polecił szorstko, wskazując na ranę po lewej stronie łopatek. Tę z przodu, wyglądającą niepokojąco podobnie do postrzału, zabezpieczył już sam, nakładając gazę i plastry. Żebra, boleśnie sine, domagały się jednak usztywnienia bandażem elastycznym.

— Potem załóż jałowy opatrunek i zaklej — dodał, opierając dłonie o umywalkę i zamykając oczy w oczekiwaniu na ból.

Peter przełknął kęs bez słowa. Zauważył, co trzeba, ale nie skomentował. Sięgnął po butelkę płynu antybakteryjnego, dokładnie odkażając dłonie. Odkręcił tubkę z maścią i z niezwykłą delikatnością zaczął rozprowadzać chłodny żel wokół poszarpanej, zasinionej rany.

Przez jego głowę przelatywały dziesiątki pytań. W warsztatach samochodowych mechanicy nie łapali kul. Zamknął jednak usta, decydując, że dociekanie prawdy w tym momencie to najgorszy z możliwych pomysłów.

Sprawnie przykleił gazę. Kiedy Fiodor zaczął owijać bandaż wokół żeber, Peter w milczeniu pomagał mu z tyłu, przejmując rolkę, gdy mężczyzna nie mógł sięgnąć wystarczająco daleko, i podając mu ją z powrotem.

Gdy skończyli, szatyn opłukał dłonie, opierając pośladki o krawędź wanny. Obserwował, jak Fiodor chowa leki do apteczki. Miał ochotę zapytać o nową szczoteczkę do zębów, ale widząc ciemne, czujne spojrzenie mężczyzny w lustrze, tylko uśmiechnął się niewinnie i wykonał prosty gest naśladowania szczotkowania. Przemilczenie tajemnicy wydawało się najlepszą walutą w ich nowym układzie.