Minęły równe trzy tygodnie, a wiosna zagościła w mieście na dobre. Przez okna studenckiej kawalerki wlewały się złote, popołudniowe promienie, niosąc ze sobą pierwsze uderzenia prawdziwego gorąca.
— Nie zadzwoni, Pete. Nie jest idiotą — powiedział do siebie, przypominając
sobie zmiętą kartkę z numerem telefonu, którą zostawił Fiodorowi na pościeli
tuż przed powrotem do miasta.
Przecież tamten mężczyzna widział go pod klubem. Widział, jak chętnie i łatwo
dał się wciągnąć w tę pułapkę. Rosjanin go nie znał, ale błyskawicznie
przejrzał. Wyłuskał jego prawdziwą naturę: spragnioną uwielbienia, kruchą i
bezczelnie puszczalską.
— Głupi... — wysyczał przez zaciśnięte zęby, przekręcając się gwałtownie na
brzuch.
Sam nie rozumiał, dlaczego ten człowiek w ogóle nie dawał mu spokoju.
Niezbyt często przywiązywał się do przelotnych kochanków. Właściwie tylko
Arthur zajmował jego myśli na tyle długo, by móc to nazwać czymś na kształt
tęsknoty. Tymczasem teraz desperacko pragnął, by ten obcy, milczący mechanik
chciał od niego czegoś więcej niż tylko uległego ciała. Żeby robili razem te
wszystkie prozaiczne rzeczy: poranne kawy, wspólne śniadania, milczące pikniki
za miastem.
Nie mógł mieć pretensji do nikogo prócz siebie. Oczekiwał, że facet po
prostu go zaliczy i zostawi, bo przecież sam nie planował niczego innego.
Szukał ostrego seksu, by znieczulić ból po odrzuceniu, a skończył z głową pełną
absurdalnych marzeń o kimś, kto i tak żył w zupełnie innym wymiarze.
Wściekły na własną słabość, zerwał się z kanapy. Wyciągnął z szafy
odważniejsze, krzykliwe rzeczy. Chciał zapomnieć.
Klub wibrował od muzyki i gęstego, lepkiego powietrza. Właściciel powitał
tancerza z drapieżnym uśmiechem, natychmiast wciskając mu w dłoń zwitek
banknotów i popychając w stronę garderoby. Kilka kwadransów później Peter,
spięty skórzanymi pasami i łańcuszkami, z powiekami podkreślonymi brokatem, był
gotowy. Makijaż nie maskował jego rysów, jedynie wyostrzał naturalną urodę,
nadając mu wygląd upadłego anioła. Tym razem miał tańczyć w klatce, w strefie
VIP.
Po kilku szybkich drinkach, które miały stępić resztki wstydu, dał się
zaprowadzić na wyższe piętro. W luksusowej, półmrocznej sali został sam na sam
z barmanem i stalową konstrukcją. Wspiął się do środka, przytulając rozpalony
policzek do chłodnych prętów. Z głośników popłynął ciężki, basowy bit. Choć
honorowych gości wciąż brakowało, poddał się rytmowi, leniwie rozgrzewając
giętkie mięśnie.
Fiodor ani na moment nie zapomniał o swoim młodym kochanku. Każdego
wieczoru, siedząc w fotelu, czuł palącą potrzebę wykręcenia zapisanego numeru.
Dlaczego tego nie zrobił? Sam do końca nie wiedział. Powstrzymywał go racjonalny
rozsądek, pragnienie powrotu do chłodnej stabilności i głęboko zakorzenione
poczucie, że uleganie męskiemu ciału nie jest do końca właściwe. Ta społeczna
trucizna sączyła się w jego umyśle, choć przecież co noc, gasząc niedopałek,
wpatrywał się w skrawek papieru z rzędem cyfr.
Pod prysznicem katował się najpierw wrzątkiem, a potem lodowatą wodą,
próbując zmyć z pamięci gładkość skóry Petera i wspomnienie rozkosznej,
obezwładniającej ciasnoty. Na szczęście wraz z wiosną sezon w warsztacie ruszył
pełną parą. Praca fizyczna wyczerpywała, odbierając siły na rozmyślania. Jednak
po trzech tygodniach celowego celibatu, napięcie seksualne osiągnęło punkt
krytyczny. I podczas gdy tancerz wił się właśnie na scenie, Fiodor z chłodną
kalkulacją umawiał się na wolny wieczór z jedną ze swoich niezobowiązujących
przyjaciółek, by zrzucić ciśnienie w sposób, który uważał za bezpieczny.
Ciało przyprószone złotym pyłem prześlizgiwało się między szczeblami
klatki. Peter wspinał się, zwisał głową w dół, rozsuwał nogi, wyginając się pod
nienaturalnym, hipnotyzującym kątem. Chwilę później zmieniał tempo – ruszał się
powoli, niemal niewinnie. Opadł na kolana, wyciągnął ramiona, na których
brzęczały ciężkie bransolety, i wygiął kręgosłup w perfekcyjny mostek,
opierając ciężar ciała na smukłych palcach.
Kilkudziesięciu zamożnych, elegancko ubranych mężczyzn obserwowało go
początkowo z rezerwą. Jednak drogi alkohol szybko zmył pozory kultury.
Zapragnęli tego chłopca z bliska. W kierunku klatki poleciały kolejne banknoty,
a obsługa pospiesznie rozstawiła rurę na środku sali.
Peter musiał coraz zwinniej unikać chciwych rąk. Ale nie wszystkich. Dał
się skusić jednym, pewnym ramionom. Pozwolił się objąć, ignorując własne
stłumione protesty, gdy usta smakujące wytrawnym koniakiem brutalnie zderzyły
się z jego wargami. Czuł obce, natarczywe palce wkradające się pod skąpe
spodenki. Z głośników dudniła muzyka, zagłuszając basowy śmiech reszty widowni.
Najmłodszy z grupy przycisnął drobne ciało tancerza do siebie, zupełnie nie
przejmując się złotym pudrem rujnującym jego jedwabny garnitur.
Peter jęknął, odchylając się na jego udach, gdy wyraźne, gorące
wybrzuszenie pod materiałem spodni klienta otarło się o jego własne krocze.
Obca dłoń miętosiła jego pośladek ze ślepą zachłannością. Syknął cicho,
zmuszając się do otwarcia oczu. Spojrzał w twarz mężczyzny – perfekcyjne,
chłodne rysy i błękitne spojrzenie przepełnione tępym, samczym pożądaniem.
Facet zapewne miał w domu żonę lub narzeczoną. Seks z nim na pewno byłby
fizycznie satysfakcjonujący. Mógłby zagłuszyć myśli, dać złudzenie bliskości i
wypełnić na chwilę pustkę.
Szatyn wywinął się jednak z jego uścisku. Wykonał płynny piruet, ukłonił
się nisko – jakby to brutalne macanie było tylko częścią wyreżyserowanego show
– i błyskawicznie umknął tylnym wyjściem.
Główna sala huczała. Dziesiątki ciał ściśniętych na parkiecie polowały na
łatwą zdobycz. Kilku próbowało go złapać, jeden przytrzymał mocniej, zmuszając
do kilku wspólnych kroków, zanim Peter znów się wyrwał.
Tęsknił. Tak cholernie tęsknił za tym, czego nikt w tym tłumie nie potrafił
mu zaoferować. Za szorstkim bezpieczeństwem. Szybko pozbył się scenicznych
rekwizytów. Złote jocksy zostały na nim – nie miał czasu ani siły na
przebieranki. Wciągnął przez głowę luźną bluzę, narzucił dżinsy i wybiegł z
klubu, byle tylko nie wpaść na szefa. Z roztartym makijażem, połyskującymi
cieniami na powiekach i w wysokich, czarnych trampkach wciąż wyglądał jak
zjawisko, gdy szybkim, zdeterminowanym krokiem przemierzał nocne ulice.
Znalazł właściwą kamienicę. Właściwy dzwonek. Oparł się o ścianę. Pachnąc
mieszanką cudzych, drogich perfum, z pulsującym śladem ugryzienia na szyi,
drżał, desperacko pragnąc znów znaleźć się w ramionach Rosjanina.
Przedsionek eleganckiej kamienicy świecił pustkami. Brak portiera,
absolutna cisza. Winda czekała na dole, zapraszająco otwarta, jakby specjalnie
dla niego. Wcisnął guzik, a kabina z cichym szumem ruszyła w górę. Głuche
uderzenia jego własnego serca wydawały się głośniejsze niż szmer mechanizmu.
Godzina była późna. Fiodor od dawna leżał w łóżku. W sypialni mrugał ekran
wyciszonego telewizora – Rosjanin nie znosił spać w absolutnej ciszy, chyba że
dzielił z kimś materac, co zdarzało się rzadko. Dźwięk dzwonka wyrwał go z
płytkiego, niespokojnego snu.
— Na litość boską, Peter, jak ty wyglądasz... — warknął Fiodor, otwierając
drzwi.
Obrzucił chłopaka ciężkim, pełnym wyrzutu spojrzeniem, odpalając złapanego
w przedpokoju papierosa. Zaciągnął się głęboko, krzywiąc z niesmakiem.
— Nie wejdziesz do mojego łóżka, dopóki tego z siebie nie zmyjesz —
stwierdził twardo. Ostry, słodkawy odór cudzych perfum przyprawiał go o
mdłości.
Widział, że wizyta musiała wynikać z jakiegoś załamania, ale po szybkiej
ocenie uznał, że chłopakowi nie stała się bezpośrednia krzywda. Zamknął za nim
drzwi. Pochylił się, złożył szorstki pocałunek na oprószonym brokatem policzku
i bez słowa wskazał łazienkę. Potrzebował tych kilku minut, by przetrawić fakt,
że jego obsesyjna, skrywana fantazja właśnie stanęła w jego progu i posłusznie
maszeruje pod prysznic.
Nogi Petera zmiękły. Ulga, jaka spłynęła na jego zmęczone ciało, była
obezwładniająca. Zrobiłby wszystko, czego ten człowiek zażąda. Posłusznie
zamknął się w łazience, wdzięczny za to szorstkie milczenie. Zrozumiał, że
Fiodor nie potrzebował tłumaczeń, nie zadawał pytań. Po prostu go wpuścił.
Zauważył, że mężczyzna przypatruje mu się przez uchylone drzwi, gdy ściągał
ubranie. Złota, skąpa bielizna opadła na płytki, odsłaniając jasną, piegowatą
skórę. Zszedł pod prysznic, odkręcając wrzątek, by zmyć z siebie całe to
sceniczne brudne złoto, cudzy dotyk i fałszywe zapachy.
Czysty, pachnący mydłem i owinięty tylko w ręcznik, znalazł Rosjanina w
kuchni. Fiodor właśnie rozlewał coś do dwóch kubków. W powietrzu unosił się
aromat gorącej czekolady, ale to nie za tą słodyczą Peter tęsknił. Ostrożnie,
badając wzrokiem ciemne oczy gospodarza, podszedł bliżej. Nie napotkawszy
oporu, wtulił twarz w jego twardy tors, chłonąc naturalne ciepło i surowy
zapach mechanika.
Fiodor musiał mieć pewność, że z chłopaka zniknął każdy ślad klubu. Nie
potrafił racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego te tanie, krzykliwe dodatki na tak
zgrabnym ciele wywoływały w nim niemal agresję. Uspokojony widokiem czystej
skóry, zaczął przygotowywać gorący napój, by jakoś zastąpić sen, który i tak
już bezpowrotnie prysł.
— Delikatniej — syknął cicho, gdy szczupłe ramiona oplotły go w talii.
Pod cienkim materiałem koszulki Peter wyczuł sztywną fakturę bandaża.
Zapach też się nie zgadzał. Oprócz tytoniu, mydła i cienia alkoholu, z bliska
wyraźnie wyczuwalna była ostra, apteczna woń medykamentów. Mimo bólu, potężne
ramiona mężczyzny zamknęły się wokół drobnego ciala. Fiodor wsunął dłoń w
wilgotne loki chłopaka, a jego serce, wyczuwalne pod żebrami, biło zdecydowanie
za szybko.
Peter zmarszczył nos. Odruchowo chwycił materiał koszulki, próbując ją
podciągnąć. Duża dłoń natychmiast unieruchomiła jego nadgarstek. Spojrzał na
twarz Rosjanina, przygryzł wargę i odpuścił. Zamiast tego zsunął dłonie niżej,
ostrożnie obejmując go na wysokości bioder.
— To coś poważnego? — zapytał cicho, przesuwając chłodnym nosem po linii
jego szyi. — Powinieneś leżeć, a nie niańczyć zagubionych tancerzy erotycznych.
Odsunął się, by zabrać ze stołu kubki z czekoladą. Ręcznik opadł nieco
niżej na jego biodrach, a jasna skóra złociła się w przytłumionym świetle.
Posłał Fiodorowi krzywy uśmiech i wskazał głową w stronę salonu. Z tym gorącym
napojem lepiej było omijać pościel. Nie czekając na odpowiedź, ruszył miękkim
krokiem w stronę kanapy, upewniając się tylko przez ramię, czy gospodarz podąża
za nim.
Umysł Rosjanina przez moment zarejestrował tylko pragnienie, by przycisnąć
ten chłodny nos do materaca i ucałować resztę twarzy. Otrząsnął się szybko.
— Przejdzie mi — rzucił burkliwie, siadając ostrożnie na kanapie. — A w
łóżku leżałem, dopóki się nie zjawiłeś.
Sięgnął po papierosa. Leki przeciwbólowe – z pewnością nie te dostępne bez
recepty – otępiały zmysły i ciążyły na powiekach. Zaciągnął się głęboko,
ukradkiem obserwując półnagiego chłopaka. Wzrok ślizgał się po wilgotnej skórze
z lubieżnym głodem, a Fiodor zastanawiał się, czy przypadkiem znów nie śni.
— Opowiedz mi o tym — poprosił z nieoczekiwaną łagodnością. Skoro i tak nie
spali, wolał zająć głowę czymś innym. Ciekawość walczyła w nim z rozsądkiem.
Wiedział, że im więcej dowie się o tym chłopaku, tym głębiej wpuści go do
swojego hermetycznego świata.
Peter zamrugał zdezorientowany, zlizując słodką piankę z warg. Spojrzał w
twarz mężczyzny, częściowo ukrytą za zasłoną dymu. Pragnął go. Ta świadomość
uderzyła w niego z taką mocą, że aż zabrakło mu tchu. Jak to możliwe, że ten
obcy, szorstki i poturbowany człowiek przyciągał go silniej niż ktokolwiek
przedtem?
— Masz na myśli... mój taniec? — upewnił się. Widząc skinienie głowy,
westchnął ciężko i wbił wzrok w kubek. — Studiuję na uczelni artystycznej.
Taniec to mój główny kierunek. Pozwala mi... zebrać myśli. Jakbym scalał
wszystkie rozbiegane kawałki siebie i wyrażał emocje wyłącznie przez ruch. Bez
analizowania. Naprawdę to kocham.
Skulił nieco ramiona, odruchowo przyjmując pozycję obronną.
— A taniec w klubie to tylko... dorabianie — dodał ciszej, starając się
wyprzeć wspomnienie tego brudnego uczucia, gdy pozwalał traktować się jak
kawałek luksusowego mięsa dla stada pijanych biznesmenów.
— I dzisiaj byłeś w klubie? Taki... wyrysowany? — zapytał Fiodor. Doskonale
rozumiał kontrast między pasją a zarabianiem własnym ciałem. Zgasił papierosa,
opróżnił swój kubek kilkoma dużymi łykami i zadrżał, gdy gorący płyn rozlał się
w żołądku.
Nie czekając na tłumaczenia, przysunął się bliżej. Oparł wargi na nagim,
piegowatym ramieniu Petera.
— Nie podobały mi się te odciski łap na twoich plecach. Ani te tanie
perfumy — wyznał chrapliwie, wdychając czysty zapach jego skóry. Zapach,
którego miał unikać za wszelką cenę.
— Chodźmy do łóżka — polecił łagodnie. Nie miał siły na nic więcej. Ból w
klatce piersiowej skutecznie studził żądzę, która normalnie kazałaby mu
docisnąć tego bezczelnego smarkacza do materaca i pokazać mu, gdzie jego
miejsce.
Peter odetchnął z ulgą. Zgasił lampę i posłusznie podążył za nim do sypialni.
— Nie dzwoniłeś. A ja nienawidzę samotności — wyszeptał w ciemności,
wsuwając się pod kołdrę.
Podpełzł bliżej, ostrożnie układając głowę na zdrowej stronie piersi
Fiodora, a ramię opierając na jego biodrze.
— Jeden z nich nawet mówił po rosyjsku. To znaczy, chyba nic innego nie
potrafił. Przypomniał mi o tobie, ale... nie był tobą — urwał, zaciskając mocno
powieki.
Jak miał przyznać, że obsesyjnie o nim myślał?
— Co ci się właściwie stało? — zapytał w zamian, nie unosząc głowy.
— Wypadek w pracy. Nic ważnego — uciął chłodno Rosjanin.
Cieszył się, że leżą w mroku. Potłuczone żebra rwały bólem, a świeże szwy
ciągnęły przy każdym ruchu. Zdecydowanie nie zamierzał wtajemniczać tancerza w
prawdziwe powody swoich obrażeń. To, że chwilowa utrata koncentracji wynikała
właśnie z myślenia o tym konkretnym chłopaku, było jego najpilniej strzeżoną
tajemnicą.
— Trochę mnie to ogranicza — mruknął, naciągając kołdrę na nagie pośladki
Petera. Przytulił go mocniej, jedną dłonią masując jego ramię, a drugą
wplatając we wciąż wilgotne włosy. Zaskakująco, to właśnie teraz poczuł, jak
schodzi z niego całe trzytygodniowe napięcie.
— Nie dzwoniłem, bo... — urwał, szukając wymówki, która nie zdradziłaby
jego lęków. — Widocznie obecność pary jąder w łóżku jednak robi mi różnicę — skłamał
gładko, choć jego klatka piersiowa zadrżała od tłumionego, gorzkiego
rozbawienia.
Peter prychnął cicho. Czuł, jak stres wreszcie opuszcza jego mięśnie.
Senność uderzyła w niego ze zdwojoną siłą.
— Może — zgodził się leniwie. — Ale to nie wszystko. Serio nie podobało ci
się to, jak wyglądałem? Większość facetów wręcz traci rozum na widok takiej...
oprawy. Szczególnie przy kimś o mojej budowie — dodał z sennym zaciekawieniem,
bezwiednie kreśląc leniwe wzory na udzie Fiodora.
Tym razem omijał ciepłe wybrzuszenie w pachwinie. Po raz pierwszy w życiu
po prostu leżał z mężczyzną, nie oczekując niczego więcej.
— Jesteś młodym, pięknym chłopakiem. Ten cały cyrk cię... zniekształcał —
odpowiedział poważnie Fiodor. — Rozumiem scenę, rozumiem sztukę. Ale przy mnie
nie musisz udawać. Wręcz nie chcę, żebyś to robił.
Ujął podbródek Petera, zmuszając go do uniesienia głowy, i wpił się w jego
usta miękkim, ostrożnym pocałunkiem.
— Poza tym, wyobraź sobie to technicznie. Całuję cię po szyi, brzuchu,
udach... podnoszę twarz, a ona cała świeci się od brokatu jak tania bombka —
prychnął cicho. Zamknął oczy, woląc skupić się na perspektywie spokojnego,
porannego parzenia kawy dla nich dwóch.
Był to pierwszy prawdziwy komplement, jaki Peter od niego usłyszał. Uderzył
w niego mocniej niż jakakolwiek deklaracja. Z delikatnym uśmiechem
przyszczypnął zębami linię szczęki Rosjanina. Wsunął dłoń pod koszulkę
mężczyzny, kładąc ją ostrożnie na twardym brzuchu, poniżej krawędzi bandaża.
Czuł miarowe uderzenia jego tętna.
— Dziękuję, że mnie wpuściłeś — szepnął.
Zasypiał, ukojony wonią tytoniu i obietnicą poranka. Gdzieś na dnie umysłu
tliło się pragnienie, by jutro, kiedy nabierze sił, odwdzięczyć mu się w ten
wyuzdany, bezwstydny sposób, zatracając się pod ciężarem jego ciemnego
spojrzenia.
Kiedy rano Peter otworzył oczy, druga strona łóżka była już pusta. Mimo to
powietrze w sypialni przesiąknięte było charakterystycznym zapachem kawy i
podgrzewanych w piecyku drożdżówek. Przeciągnął się z cichym jękiem
satysfakcji. Słodkie śniadanie czekało na szafce nocnej, ale uwaga chłopaka
natychmiast powędrowała w stronę dobiegających z łazienki dźwięków.
Fiodor siarczyście przeklinał po rosyjsku. Był to ten rodzaj cedzonych
przez zęby, syczących wulgaryzmów, które zwiastowały utratę cierpliwości.
Peter roześmiał się w duchu. Wyplątał się z pościeli i, wciąż nagi,
rozejrzał się za ubraniem. Zgarnął z oparcia fotela jakąś luźną, ciemną
koszulkę Rosjanina. Wciągnął ją przez głowę. Materiał sięgał mu do połowy ud,
całkowicie zasłaniając to, co trzeba. Złapał bułkę w zęby i miękkim krokiem
pomaszerował do łazienki.
Przez uchylone drzwi zobaczył, jak sfrustrowany gospodarz z wściekłym
prychnięciem ciska zwojem bandaża o podłogę.
— Pomóc w czymś? — zapytał leniwie, opierając się ramieniem o futrynę.
Odgryzł spory kęs słodkiego ciasta, obserwując widowisko.
— Nie powinieneś na to patrzeć — odpowiedział twardo Fiodor. Nie był
wściekły na Petera, tylko na własną bezradność. Rany, które próbował opatrzyć,
w najmniejszym stopniu nie wyglądały na wypadek przy pracy szlifierką. Z
drugiej strony, fizycznie nie był w stanie dosięgnąć pleców.
Westchnął ciężko.
— Wejdź — mruknął z rezygnacją. Gdy chłopak przekroczył próg, Rosjanin
zacisnął szczęki, unikając jego wzroku.
— Odkryj tę cholerną maść i posmaruj dookoła szwów — polecił szorstko,
wskazując na ranę po lewej stronie łopatek. Tę z przodu, wyglądającą
niepokojąco podobnie do postrzału, zabezpieczył już sam, nakładając gazę i
plastry. Żebra, boleśnie sine, domagały się jednak usztywnienia bandażem
elastycznym.
— Potem załóż jałowy opatrunek i zaklej — dodał, opierając dłonie o
umywalkę i zamykając oczy w oczekiwaniu na ból.
Peter przełknął kęs bez słowa. Zauważył, co trzeba, ale nie skomentował.
Sięgnął po butelkę płynu antybakteryjnego, dokładnie odkażając dłonie. Odkręcił
tubkę z maścią i z niezwykłą delikatnością zaczął rozprowadzać chłodny żel
wokół poszarpanej, zasinionej rany.
Przez jego głowę przelatywały dziesiątki pytań. W warsztatach samochodowych
mechanicy nie łapali kul. Zamknął jednak usta, decydując, że dociekanie prawdy
w tym momencie to najgorszy z możliwych pomysłów.
Sprawnie przykleił gazę. Kiedy Fiodor zaczął owijać bandaż wokół żeber,
Peter w milczeniu pomagał mu z tyłu, przejmując rolkę, gdy mężczyzna nie mógł
sięgnąć wystarczająco daleko, i podając mu ją z powrotem.
Gdy skończyli, szatyn opłukał dłonie, opierając pośladki o krawędź wanny.
Obserwował, jak Fiodor chowa leki do apteczki. Miał ochotę zapytać o nową
szczoteczkę do zębów, ale widząc ciemne, czujne spojrzenie mężczyzny w lustrze,
tylko uśmiechnął się niewinnie i wykonał prosty gest naśladowania szczotkowania.
Przemilczenie tajemnicy wydawało się najlepszą walutą w ich nowym układzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz